Gdy dyskutuję na temat rozwoju osobistego, co jakiś czas jakiś zadeklarowany przeciwnik NLP powoła się na Tomasza Witkowskiego i jego akcje przeciwko tej dziedzinie. Ponieważ robią to raczej wspomniani zadeklarowani przeciwnicy NLP, a większość NLPowców, nie mówiąc już o szerszej populacji, nigdy nawet nie słyszała o tym panu, nie ma on specjalnego znaczenia dla NLP jako dziedziny.

Niestety, jego kolejne działania szkodzą obrazowi innej bliskiej mi działki, a mianowicie sceptycyzmu naukowego. Ponieważ Witkowski i założone przez niego Koło Sceptyków Polskich, w bardzo mało sympatyczny sposób nadużywa tego terminu i jego znaczenia. Niestety, zrozumienie istoty myślenia naukowego i potrzeby promocji tego podejścia do świata jest w naszym społeczeństwie dość niewielkie, a zachowania takie jak prezentowane przez Witkowskiego i KSP poważnie szkodzą tym ideom.

Ponieważ Witkowski ucieka przy tym od merytorycznej dyskusji, czy to podczas osobistych wystąpień (np. spotkanie na SWPS na początku 2012 roku), czy na swoim blogu i forum KSP, stosując tam ostrą cenzurę (oraz bezpodstawne, w świetle polskiego prawa, pogróżki), postanowiłem zadedykować mu ten post na blogu, tak by Google miał pewną alternatywę do jego jednostronnej argumentacji.

Dla jasności – gdyby Witkowski nie powoływał się na sceptycyzm, jego działania ani by mnie ziębiły, ani grzały. W Internecie wielu jest krzykaczy, wystarczy zerknąć na forum Onetu czy WP. A skoro Witkowski sam przyznał na spotkaniu w SWPS, że jest po prostu internetowym krzykaczem, trudno by się nim specjalnie przejmować. Problem w tym, że jego zagrania sprzyjają psuciu wizerunku sceptycyzmu w Polsce i poważnie szkodzą ideom, które rzekomo promuje.

Rzekomo, ponieważ w rzeczywistości jego „sceptycyzm” jest jedynie formą promocji samego Witkowskiego. Wszystkie jego działania, poczynając od prowokacji w „Charakterach”, przez „wyzwania” dla NLP, ataki na psychoterapię, a kończąc na niedawnej aferze z testami projekcyjnymi, służą w mojej ocenie po prostu promocji jego osoby. W przypadku prowokacji w „Charakterach” wykazał to dobrze duet Gustaw i Brocławik w piśmie Psychologia Społeczna (http://www.gtmentor.pl/publikacje/08_ps4.pdf ), w przypadku testów projekcyjnych wskazało to Polskie Towarzystwo Psychologiczne (http://www.ptp.org.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=408 ), ja zaś zajmę się NLP i psychoterapią, jako tematami mi bliższymi.

W 2010 roku Witkowski opublikował w piśmie Polish Psychological Biuletyn pełen wad artykuł n.t. NLP (http://www.tomaszwitkowski.pl/attachments/File/NLP.pdf ) . Nie wiem, jakim cudem redaktorzy z PPB przepuścili ten artykuł, zastanawiam się, czy pewien wpływ mógł tu mieć fakt, że Dariusz Doliński, redaktor naczelny PPB, jest przyjacielem i pracownikiem Witkowskiego w ramach firmy szkoleniowej tego ostatniego? (Źródło– obraz strony firmy Witkowskiego, z Dolińskim jako wykładowcą w jednym z kursów) Nie mówię tutaj o świadomej presji,  natomiast skoro badania pokazują, że nawet takie rzeczy, jak uczelnia autora artykułu potrafią wpłynąć na akceptację lub odrzucenie danego artykułu, to tym bardziej świadomość bliskiej relacji autora artykułu z redaktorem danego wydawnictwa będzie wpływała na ocenę recenzentów. Z tego względu niepisaną zasadą w świecie naukowym jest nie wysyłanie artykułów do publikacji, z których redakcją ma się bliskie relacje. Tutaj zasada ta została niestety zignorowana, co miało też dalsze konsekwencje w sprawie z Andrew Bradburym.

Wspomniany Andrew Bradbury (http://www.bradburyac.mistral.co.uk ) jest psychologiem zajmującym się NLP, który hobbistycznie zajmuje się analizą publikacji naukowych n.t. NLP, wskazując na liczne błędy merytoryczne zawarte w tych publikacjach (najczęściej w postaci testowania i przypisywania NLP tez, które z NLP nie mają nic wspólnego). Podstrona poświęcona temu tematowi znajduje się tutaj http://www.bradburyac.mistral.co.uk/nlpfax28.htm

Andrew debatował, online oraz w publikacjach, z wieloma naukowcami, którym wydawało się, że badają NLP, m.in. z Heapem na którego powołuje się sam Witkowski. Należy tu wskazać, że badacze Ci ochoczo podejmowali się takiej dyskusji, ponieważ istotą nauki jest dążenie do prawdy i zrozumienia tematu. Heap opublikował nawet debatę z Bradburym w swoim piśmie the Skeptical Intelligencer ( http://www.bradburyac.mistral.co.uk/response.html )

Bradbury opublikował w styczniu 2011 roku dokładną i miażdżącą naukową krytykę artykułu Witkowskiego, zapraszając go jednocześnie w korespondencji do odpowiedzi (http://www.bradburyac.mistral.co.uk/witkowski.html  dla osób nie znających angielskiego, krótkie podsumowanie na końcu artykułu*). Witkowski takiej dyskusji się nie podjął, natomiast ponad trzy miesiące po ukazaniu się tej krytyki ogłosił nagle swoje „wyzwanie dla NLPowców na świecie”, polegające na debacie z nim przez opublikowanie w piśmie naukowym odpowiedzi na jego artykuł. Po co potrzebował debaty, gdy ta już na niego czekała od kilku miesięcy?

Tutaj należy się pewne wyjaśnienie dla osób, które nie znają procesu publikacji naukowej. Standardem w publikacji artykułów i odpowiedzi na nie w pismach naukowych jest układ artykuł – odpowiedź (w tym samym piśmie) – reakcja autora na odpowiedź (w tym samym piśmie) – koniec. Innymi słowy, w takim układzie autor artykułu ZAWSZE ma ostatnie słowo, co niekoniecznie sprzyja realnej debacie. Taka debata jest zwykle bardzo czasochłonna i mało aktywna – między opublikowaniem kolejnych numerów pisma mijają długie miesiące.

Z tego względu uznanym standardem wśród naukowców, w tym także sceptyków naukowych na świecie jest owszem, debata pisemna, ale nie na łamach pism naukowych, tylko po prostu w Internecie, który dostarcza odpowiedniego miejsca dla takiej debaty. Doskonałym przykładem są tutaj sceptyczni lekarze działający w ramach bloga Science Based Medicine czy Neurologica, którzy dali wielokrotnie przykłady takich dłuższych, międzyblogowych debat. Co więcej, kilka sekund wyszukiwania w google po haśle „scientific debate” (debata naukowa) znalazło m.in. dużą organizację pozarządową zajmującą się promocją naukowej debaty – bynajmniej nie ograniczonej do pism naukowych. Z tego względu argumenty Witkowskiego, który gdy wskazano mu na krytykę Bradbury’ego zaczął twierdzić, że debata naukowa ma miejsce wyłącznie na łamach pism typu peer-review, są po prostu niezgodne z faktami. Pisma typu peer-review są niezwykle ważne w procesie naukowym, zwłaszcza w przypadku publikacji eksperymentalnych (do których artykuł Witkowskiego nie należał), ale twierdzenie, że debata naukowa ma miejsce tylko na ich łamach jest skrajnym absurdem – tak mogło być 120 lat temu, kiedy po prostu nie było innych narzędzi i rozwiązań, ale nie we współczesnej epoce. Można jednak zrozumieć tę argumentację, ponieważ pozwala ona Witkowskiemu uniknąć potrzeby przyznania lub obrony błędów, które zawarł w swojej pracy – błędów tak poważnych, że są one w zasadzie nie do obrony, jakakolwiek próba realnej debaty skończyłaby się więc dla niego publicznym upokorzeniem.

W rzeczywistości – co trzeba podkreślić – debata naukowa nie tylko nie ogranicza się do pism naukowych, ale też każdy sceptyk czy promotor nauki powinien ze wszelkich sił dążyć do tego, by nie była w ten sposób ograniczona. JEDYNIE wychodząc z takimi debatami do szerokiej publiczności można liczyć na popularyzacje naukowego podejścia. Witkowski zdaje się zresztą z tego zdawać sobie sprawę, ponieważ jego kolejna akcja, przeciw testom projekcyjnym, miała już formę publicznej debaty, bynajmniej nie na łamach pism naukowych, tylko m.in. na łamach internetu. Czemu więc w przypadku NLP taka debata miałaby być niemożliwa? Racjonalnych powodów do tego brak.

Witkowski argumentuje również, że ew. krytyka jego artykułów pozostanie w necie, a jego artykuł będzie cytowany w publikacjach naukowych. Sugeruje to, że jest on nieco nie na czasie ze współczesną literaturą naukową, w której standardem stało się już cytowanie w bibliografii, tam gdzie to istotne, odniesień do stron internetowych. Wszelka krytyka online jego publikacji może się więc jak najbardziej znaleźć w ewentualnych publikacjach w tematyce. Prawdopodobnie nie znajdzie się, z prostego powodu – również oryginalna praca, wtórna i potwornie wadliwa, raczej nie doczeka się wielu cytowań.

Muszę tu wskazać na pewien dodatkowy niuans sprawy. Za wyjątkiem artykułów bardzo ważnych, opublikowanych w naprawdę dużych pismach, praktycznie nigdy nie publikuje się odpowiedzi na artykuł z pisma 1 w piśmie 2. Tego się po prostu nie robi. Jedyną możliwością odpowiedzi na artykuł Witkowskiego jest więc publikacja w PPB, którego redaktor, Dariusz Doliński, ma już wspomniane powiązania z Witkowskim i aktywnie go wspiera (Źródło: zdjęcie fragmentu listu z bloga Witkowskiego, pokazujące bezpośrednią relację między Dolińskim i Witkowskim). Gdy Andrew Bradbury na przełomie grudnia 2011 i stycznia 2012 przesłał swoją krytykę artykułu Witkowskiego do Dolińskiego, ten odmówił publikacji twierdząc, że czas na otrzymywanie krytyki minął – coś absolutnie niesłychanego w świecie publikacji naukowych, gdzie odpowiedzi na oryginalny artykuł publikowane bywają nawet wiele lat po pierwotnej publikacji, a co dopiero rok po niej. Widać więc wyraźnie, że pole gry w tym wyzwaniu było od razu ustawione tak, by na artykuł nie dało się odpowiedzieć, a Witkowskiemu nigdy nie chodziło o debatę.

Podobnie, notabene, ma się miejsce z jego kolejnym artykułem. Został on właśnie opublikowany w piśmie Scientific Review of Mental Heath Practice. Od momentu gdy Witkowski wspomniał o tym artykule prowadziłem korespondencję ze Scottem Linefieldem, redaktorem naczelnym tego pisma, proponując napisanie odpowiedzi na art. Witkowskiego, podejrzewając – słusznie – że popełni on dokładnie te same, absurdalne błędy co w pierwotnym artykule (dla zainteresowanych, polecam krytykę Bradbury’ego) . Scott (notabene, bardzo sympatyczny człowiek) odpisał, że bardzo chętnie przyjmie odpowiedź, jest tylko jedno ale… SRMHP stracił właśnie wydawcę. Artykuł Witkowskiego ukazał się w ostatnim wydanym numerze tego pisma. Jeśli nie znajdzie innego wydawcy (a bynajmniej nie jest to takie pewne, jeśli zaś nastąpi, to za dłuższy czas), opublikowanie odpowiedzi na artykuł Witkowskiego będzie po prostu niemożliwe.

Muszę przyznać, że aż się zastanawiam, czy Witkowski celowo nie wybrał akurat takiego pisma i takiego momentu w jego historii do publikacji swojego artykułu. Może to być oczywiście czysty przypadek, natomiast zdumiewająco dobrze pasuje do jego stylu.

A’propos pozornych wyzwań – gdzie ukazało się to „wyzwanie dla NLPowców z całego świata”? Na blogu Witkowskiego. Po polsku. Zachęcam do wejścia na google’a i wrzucenia w wyszukiwarkę haseł WITKOWSKI NLP CHALLENGE i WITKOWSKI CHALLENGE.

Zauważyliście coś ciekawego? Tak jest, wyzwanie Witkowskiego ukazało się jedynie na jego blogu (w oparciu o wyniki z 27 kwietnia 2012), tylko po Polsku. Innymi słowy, NLPowcy z całego świata mieli akurat przypadkiem wejść na stronę Witkowskiego, akurat przetłumaczyć ją google translatorem, przeczytać o wyzwaniu i zareagować ;) Co następnego Panie Witkowski? Powiesi Pan sobie wyzwanie na karteczce na lodówce i jeśli nikt nie odpowie, ogłosi publicznie wygraną? ;) Sens mniej więcej ten sam. Na świecie jest naprawdę dużo różnych for NLPowskich i rozwojowych – brak opublikowania tam tego wyzwania jasno pokazuje, że to wyzwanie było po prostu czystą, PRowską zagrywką – i to na dość małą skalę.

I naprawdę, nie mam do Witkowskiego żalu o PRowskie zagrywki kosztem NLP. Klasyczne NLP robiło niestety to samo kosztem psychologii, więc nie ma o co się tu oburzać, gdy dostaje odrobinę swojego lekarstwa. Natomiast mieszanie w to nauki i sceptycyzmu – to już jest coś, nad czym nie mogę przejść tak obojętnie.

Podobnie nie mam zbyt dużego żalu do Witkowskiego o atakowanie psychoterapii, np. przez wskazanie na to, że pacjenci psychoterapii, zwłaszcza niedyrektywnych, lekko zmieniają swój światopogląd w stronę poglądów psychoterapeuty. Sam o tym otwarcie pisałem odnośnie coachingu (czego, co ciekawe, Witkowski nie robił, a dlaczego pozwolę sobie wysnuć teorię za chwilę). Tylko znów, nie mieszajmy do sprawy sceptycyzmu i nauki. Bo nauka polega właśnie na poważnej, merytorycznej debacie, a sceptycyzm naukowy musi trzymać się zasad nauki. I jeśli Witkowski i KSP nie potrafią się tych zasad trzymać, to niech dalej atakują psychoterapię i NLP, tylko niech przestaną w końcu wycierać sobie gęby nauką i sceptycyzmem. Bo te nic nie zrobiły, by zasłużyć sobie na takie traktowanie.

No, różnicą między moimi wypowiedziami w temacie, a działaniami Witkowskiego jest też to, że moje wypowiedzi skierowane były raczej do coachów mając na celu wskazanie im tego ograniczenia, tak by mogli mu starać się przeciwdziałać, a Witkowski uderzał od razu do pacjentów, być może zniechęcając do psychoterapii ludzi realnie jej potrzebujących – co jest mało fajne.

No dobrze, ale po co to wszystko ze strony Witkowskiego? No cóż, gdy nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze i sądzę, że tu również w tym leży cała sprawa. Witkowski prowadzi własną firmę trenerską, ta sama firma wydaje też jego książki (Źródło: obraz ze strony firmy Witkowskiego). Rozgłos, jaki próbuje wokół siebie stworzyć Witkowski jest w mojej ocenie po prostu formą marketingu – tym wyraźniejszego, że np. wszystkie argumenty wobec psychoterapii i większość argumentów wobec NLP, jakie stosuje Witkowski, można też odnieść do coachingu… A jednak Witkowski coachingu nie atakuje – sądzę, że dlatego, że jego firma sama prowadzi z tej działki szkolenia (Źródło: zdjęcie ekranu ze strony firmy). W standardach naukowych jest to ewidentny konflikt interesów, który należy przynajmniej oficjalnie zadeklarować, ale jak widać Witkowski zdecydował się tych standardów nie przestrzegać.

W środowisku psychologicznym Witkowski ma generalnie kiepską opinię, jeśli miałbym porównywać – wyraźnie gorszą od NLP. Jego PRowskie zagrywki są w większości postrzegane jako właśnie to – forma kiepskiej autopromocji. Niestety po drodze mogą sporo zaszkodzić, czy to nauce, czy np. pacjentom wymagającym psychoterapii i rezygnującym z niej ze względu na jego propagandę. Pod tym względem szkoda, że robi to co robi, ale sądzę też, że jego formuła powoli się kończy.

Ze swojej strony uważam, że tym artykułem wyczerpałem temat tego człowieka i nie jest on warty tego, by do niego wracać (jeden wyjątek – jeśli Scott napisze, że SRMHP zdobyło wydawcę, dla zasady napiszę krytykę artykułu Witkowskiego do tego pisma). Jednocześnie, ponieważ w przeciwieństwie do Witkowskiego nie przepadam za cenzurą, zapraszam jego i jego zwolenników do dyskusji pod tym wątkiem i wykazania mi, jeśli gdzieś popełniłem błąd lub napisałem coś niezgodnego z faktami – chętnie to wtedy skoryguję.  Informuję również, że zgodnie z dobrymi obyczajami w takiej sytuacji, w chwili opublikowania tego posta wysłałem informację do Witkowskiego, że coś takiego się ukazało, wraz z propozycją opublikowania jego odpowiedzi, jeśli będzie sobie tego życzył.

A żeby nie być jednostronny i tylko nie krytykować, chcę również zapowiedzieć będącą w przygotowaniu alternatywę do KSP i pseudosceptycyzmu tam propagowanego. Szczegóły wkrótce :)

P.S. Oczywiście jest banalnie prosty sposób, w jaki Witkowski mógłby utrzeć mi nosa i wykazać, że się mylę. Ba! Chętnie bym go w tej sytuacji przeprosił. Musiałby po prostu wykazać faktyczną chęć do debaty naukowej, m.in. rozpoczynając realną debatę z Bradburym. Ten czeka na to już od ponad roku, ale wątpię, by się doczekał. Z przyjemnością jednak stwierdziłbym, że jestem w błędzie.

*W skrócie, Bradbury wskazuje, że Witkowski nie wie czym jest NLP i przypisuje do NLP rzeczy, które nie mają z tą działką związku, zostały dawno odrzucone, itp., a wg. Witkowskiego stanowią podstawę tej koncepcji. W debacie to, co zrobił Witkowski określa się jako tzw. strawman argument – najpierw budujemy fałszywy obraz pozycji drugiej strony, a następnie obalamy ten fałszywy obraz i twierdzimy, że obaliliśmy pozycję drugiej strony.  Niestety, w literaturze badawczej nt. NLP dużo jest prób badań przez osoby, które nie rozumiały tematu i którym wydaje się, że testowały wyniki z NLP, a w rzeczywistości testowały zupełnie coś innego. Dla przykładu Sharpley, na którego mocno powołuje się Witkowski (jego artykuły są w zasadzie powtórką argumentacji Sharpleya), wziął na warsztat 15 badań (i ponad 20 wyników z tych badań) n.t. NLP. Z tych badań, jak pokazała krytyka opublikowana w tym samym piśmie rok później, jedynie 2 odnosiły się faktycznie do NLP (wyniki jednego były wspierające dla NLP, drugiego neutralne). Argumentacja Witkowskiego – co dokładnie opisuje Bradbury – opiera się właśnie na stworzeniu takiego fałszywego obrazu NLP i prób go obalenia – choć gdyby po prostu zapytał jakiegoś NLPowca, usłyszałby, że to co sprawdza nijak ma się do NLP. Niezależnie od samego NLP daje to jeden bardzo konkretny wniosek dla każdego zainteresowanego badaniem NLP – przed rozpoczęciem badań, oprócz konsultacji z typowymi organami jak komisja etyki, należy również zweryfikować z osobami faktycznie zajmującymi się NLP, czy to co chcemy sprawdzić będzie testowaniem twierdzeń powiązanych z NLP.


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis