Ten post powstał w wyniku ciekawej dyskusji n.t. AA na blogu Damiana Redmera, do przeczytania TUTAJ

Damian wskazał tam na podejście, które sam swego czasu dzieliłem, zanim nieco lepiej zgłębiłem temat i zdałem sobie sprawę z naiwności takiego stawiania sprawy. Naiwności w rozumieniu naukowym (tzn. uproszczonej tezy wynikającej z niedostatecznej znajomości tematu), nie zaś naiwności w rozumieniu potocznym, czyli łatwowierności, śpieszę dodać. Podejście to, to wielbienie hasła „primum non nocere”, po pierwsze nie szkodzić, rzekomej przysięgi hipokratejskiej, którą składać mają wszyscy lekarze. Przysięgi, która ma sprawiać, że niedopuszczalne są sytuacje w stylu promowania rozwiązania, które pomoże 100 osobom, ale zaszkodzi 1.


Jeden duży problem: lekarze nie przysięgają, ani nigdy nie przysięgali „po pierwsze nie szkodzić”.

Nie ma tego w treści Przyrzeczenia Lekarskiego.

Nie było tego w treści oryginalnej Przysięgi Hipokratejskiej (w rzeczywistości zresztą przygotowanej przez jego uczniów).

Nie było tego w treści żadnego dzieła Hipokratesa.

Mówiąc wprost: „po pierwsze nie szkodzić” to kolosalny mit.


Nie znaczy to oczywiście, że lekarze powinni szkodzić – przeciwnie, przyrzeczenie lekarskie zawiera ustęp mówiący „według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom”. Hipokrates pisał też o unikaniu szkodzenia. Ale żadnemu kompetentnemu lekarzowi nigdy nie przyszłoby do głowy stwierdzić, że najważniejsze jest, żeby nie szkodzić. A to dlatego, że żadna terapia, która ma choć minimalną szansę na poprawę sytuacji, nie jest też pozbawiona ryzyka. Po prostu, ludzie są zdecydowanie zbyt złożonymi organizmami – biologicznie i psychologicznie –  by coś, co ma na nas realny wpływ nie niosło za sobą jakiegoś zagrożenia. Dotyczy to zarówno terapii medycznych, jak i psychoterapii czy coachingu.

ZAWSZE w takiej sytuacji mamy do czynienia z bilansem zysków i strat, szans na poprawę i szans na pogorszenie. Zawsze trzeba potencjalnie zaryzykować szkodę, by móc pomóc. Rolą fachowca jest wybranie takiej metody, która w danym przypadku rokuje największe szanse na sukces przy jednoczesnych najmniejszym zagrożeniu oraz jak najmniejszych efektach ubocznych. Nie ma jednak metod idealnych, zawsze jest coś za coś.

Nie raz nie jest to łatwa decyzja – czy np. lepiej wybrać metodę, która daje 80% szans na sukces, ale ma 5% szans na poważne efekty uboczne? Czy może metodę, która daje tylko 40% szans na sukces, ale ma tylko 1% szans na efekty uboczne? A, żeby nie było tak łatwo – wiele problemów, których dotyczy taka decyzja, pogarsza się z biegiem czasu, więc nie można po prostu stwierdzić sobie – a, to najpierw sprawdźmy tą metodę z 40% szansą na sukces, a potem tą z 80%, ale bardziej ryzykowną.

Trudna decyzja? Będzie trudniej – bo ani pacjenci/klienci, ani terapeuci, lekarze czy coachowie nie mają nieograniczonych zasobów (co doskonale widać w naszej służbie zdrowia, ale co jest powszechne wszędzie, choć może nie aż tak patologiczne), tak by pozwolić sobie na testowanie po kolei wszystkich metod. Wiele z tych metod jest zarówno czasochłonnych, jak i kosztownych (dla pacjenta, ubezpieczyciela, służby zdrowia, podatnika – tak czy tak, ktoś musi zapłacić). A, takich decyzji dany fachowiec często podejmuje wiele w krótkim czasie, nie raz w oparciu o bardzo ubogie dane.

Kilka innych ograniczeń pewnie dałoby się jeszcze dodać, ale zawsze sytuacja sprowadza się do jednego – do wyboru tego, co oferuje najlepszy stosunek korzyści do zagrożeń. Nie ma luksusu wyboru metod idealnych. Nie w tym świecie.


 Primum non nocere to piękna, idealistyczna fantazja. Mogłaby być realistyczna w świecie w którym:

– nie podjecie żadnej terapii nie szkodzi pacjentowi w żaden sposób

– mamy nieograniczone zasoby (zarówno po stronie pacjentów, jak i terapeutów)

– mamy wiedzę absolutną (więc jesteśmy w stanie dobrać odpowiednią metodę zawsze idealnie trafnie do danego pacjenta)

– mamy wiedzę absolutną (więc dokładnie znamy wszystkie konsekwencje wszystkich stosowanych metod terapeutycznych, w każdej możliwej sytuacji)


Niestety – boleję nad tym ilekroć okazuje się, że bazylia i mięta na moim oknie wciąż wypuszczają normalne listki, a nie banknoty studolarowe – nie żyjemy w idealnym świecie. Żyjemy w świecie realnym, przy wszystkich tego ograniczeniach (i całym pięknie). Lekarze, mając bezpośrednie doświadczenie z niedoskonałością tego świata rozumieją to chyba bardziej niż ktokolwiek inny – dlatego nie znajdziemy „po pierwsze nie szkodzić” w przysiędze lekarskiej. Bo czasem trzeba zaryzykować szkodę by mieć nadzieję na poprawę.

A jednocześnie jakakolwiek praca pomocowa wymaga ogromnej odpowiedzialności i nieustannego usprawniania swoich kompetencji po to, by móc jak najtrafniej dobierać rozwiązania do potrzeb klientów. Przy pełnej świadomości ogromnego dystansu odpowiedzialności, jaki dzieli terapię czy coaching od zdecydowanie bardziej odpowiedzialnej i trudnej pracy lekarzy. Oraz przy trudnej do przełknięcia, ale akceptacji faktu, że nie zawsze ta ocena będzie trafna, ze wszystkimi tego konsekwencjami.


Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem. Pierwszy zjazd rozpoczyna się już 21 września! 


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis