Archive for the 'Od Artura' Category

Kwestionariusze przedsesyjne

Wrzesień 1 2010   Leave a Comment   

Czas czytania: ok 5 minut

Ah, kwestionariusze przedsesyjne. Jestem szczerze zdumiony, że niemal nikt z nich nie korzysta. To doskonały sposób na zaoszczędzenie czasu na sesji, rozpoczęcia procesu zmiany, wyłapanie wzorców zachowań klienta i upewnienie się, że klient ma problem z rodzaju z tych, z którymi jesteś kompetentny pracować.

Hmm, w sumie może dlatego tak mało osób z nich korzysta. W końcu im więcej sesji potrzebnych, tym większy rachunek. A co do kompetencji, to wielu speców od zmiany zakłada, że ma kompetencje do pracy z absolutnie wszystkimi problemami świata. Po co więc kwestionariusze?

Może dlatego praktycznie jedynymi osobami, które dotąd poznałem, które stosowały takie kwestionariusze byli ludzie których uznaję za swoich mentorów – Andrew Austin, Nick Kemp czy Andrzej Setman.  Byli to ludzi o solidnie ugruntowanej pozycji w branży, mający jednocześnie świadomość swoich mocnych i słabych stron i wiedzę z kim będą pracowali, a z kim nie. Ich kwestionariusze były różne, ale wszystkie pełniły podobne funkcje:

1) Pozwalały na preselekcję klientów. Jeśli ktoś nie jest dość zaangażowany, by odpowiedzieć na kilka(naście) pytań, to jak zaangażowany będzie na sesji?

2) Pozwalały na preselekcję coacha/terapeuty. Czasem od początku widać, że danemu klientowi lepiej pomógłby Twój kolega po fachu, specjalizujący się konkretnie w jego problemie, albo wręcz np. neurolog czy dietetyk.

3) Dawały wstępne rozeznanie co do stylu myślenia klienta, niektórych jego wartości, metaprogramów, itp. jeszcze przed rozpoczęciem sesji.

4) U wielu klientów pozwalały na rozpoczęcie procesu zmiany (np. przez zmuszenie do sprecyzowania oczekiwań jakie mieli wobec sesji).

Oczywiście, niesie to ze sobą pewne koszta z ekonomicznej perspektywy:

1) Część klientów z góry dawała sobie spokój, nie chcąc poświęcać nawet minimalnego wysiłku na wypełnienie kwestionariusza. Co prawda sesja z takimi klientami byłaby męczarnią i raczej nie przyniosłaby im realnych zmian, ale zawsze byłyby to jakieś dodatkowe sesje, co może być ważne zwłaszcza dla początkujących na rynku, gdy cashflow jest trudny do przewidzenia. Z drugiej strony, długoterminowo, pozwala to uniknąć dużej grupy ex-klientów mówiących “Coach X? Tak, byłem u niego, nic mi nie pomógł.”

2) Część klientów zmieniałoby się wyłącznie w wyniku wypełnienia kwestionariusza. Sam miałem kilka przypadków, gdy sesja nie była już konieczna, bo pytania zadane w kwestionariuszu załatwiały sprawę. Oczywiście, trudno jest takiemu klientowi wystawić rachunek.

Tym niemniej, z doświadczenia, zarówno jako coach jak i jako klient, uważam kwestionariusze za bardzo wartościowe rozwiązanie.  Poniżej zamieszczam skróconą wersję pytań, które zadaje moim klientom przed umówieniem sesji. Jak sądzisz, jakie zadania pełnią poszczególne pytania?

1. Z jakim problemem lub jakim celem chcesz pracować?

2. Co chcesz uzyskać podczas naszej sesji?

3. Czy uważasz, że ten problem da się rozwiązać/ten cel da się osiągnąć?

4. Gdybyś dostał magiczny napój, który sprawiłby, że problem nagle by zniknął i obudziłbyś się następnego dnia bez tego problemu, to skąd byś wiedziała, że nie ma tego problemu? Jak wyglądałby Twój dzień? Czym różniłby się od Twojego życiatu i teraz? Opisz to tak szczegółowo jak potrafisz, skupiając się na różnicach w tym co byś robił, gdzie i z kim, a nie na tym jak byś się czuł.

5. Jakich metod próbowałeś wcześniej w tej kwestii? Z jakim skutkiem? Czy korzystasz z jakichś obecnie?

6. Co sprawia, że problem staje się gorszy? Co sprawia, że staje się lżejszy?

7. Jak pozbycie się tego problemu wpłynęłoby na Ciebie?

8. Jak pozbycie się tego problemu wpłynęłoby na Twoją rodzinę, znajomych, przyjaciół, współpracowników? Jak by na to zareagowali?

9. Czy jest coś jeszcze, co uważasz, że powinieneś dodać w tym temacie, co byłoby przydatne przy pracy?

10. Jaki jest kontaktowy nr telefonu do Ciebie?

Swoje propozycje co do zastosowań tych pytań możesz umieszczać w komentarzach do tego wpisu.

Na dzisiaj tyle :) W przyszłym tygodniu wyjeżdżam na miesiąc do Japonii, więc blog ten może nie być uzupełniany we wrześniu. Dlatego do tego czasu chciałem poruszyć na nim jeszcze kilka istotnych dla mnie tematów.

Zmiany w rozwoju osobistym

Sierpień 22 2010   Leave a Comment   

Witaj,

Zwykle narzekam i krytykuję, więc dziś dla odmiany pochwalę. Co więcej – pochwalę szkolenie którego zupełnie nie znam, nie miałem też przyjemności spotkać organizatorów ani prowadzących. Ale i tak uważam, że warto je pochwalić, bo robi coś nowego i nietypowego na rynku rozwoju osobistego. Szkolenie nazywa się Moc Stresu i jest poświęcone właśnie temu, jak ze stresu aktywnie i skutecznie korzystać.  I przyznam, że bardzo mi się coś takiego podoba i uważam, że ma to wielki sens – przyjrzenie się temu jak coś działa i jak z tego skorzystać, zamiast przed tym uciekać.

Nie mogę niestety nic powiedzieć o jakości tego szkolenia – nie znam go ani osób prowadzących, więc nie mam w temacie opini. Ale bardzo doceniam pomysł i fakt innego niż zwykle podejścia do tematu. To dla mnie iskierka nadziei na to, że rozwój osobisty jednak się i u nas, w Polsce,  rozwija. Oby tak dalej :)

Baw się i rozwijaj z pasją,

Artur

Samoocena to Bullshit!

Sierpień 8 2010   Leave a Comment   

Witaj,

Dziś chciałem Ci przedstawić nowy epizod jednego z moich ulubionych programów, Penn & Teller’s Bullshit, poświęcony temu, czym ja się zajmuje – samoocenie.

http://www.divxden.com/nmtje51hwj2l/penn.and.teller.bullshit.s08e09.hdtv.xvid-fqm.flv.html

Może to nieco uderzy w mój biznes, ale jakoś nie mógłbym się nie zgodzić z magikiem Penn’em Julliett, gdy ten mówi “Sądzę, że ludzie powinni musieć sobie zasłużyć na prawo do posiadania wysokiej samooceny”. Prawdziwy problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś zasłużył sobie na tą samoocenę, ale wciąż go coś wewnątrz blokuje przed jej osiągnięciem – i tutaj jak najbardziej warto z tym pracować.

Baw się i rozwijaj z pasją!

Artur

Zagubieni w oceanie informacji

Lipiec 21 2010   Leave a Comment   

Witaj,

Czas czytania: ok. 4 minuty

Robiłem ostatnio porządki w swoich materiałach – przeglądałem i wyrzucałem płytki z archiwami artykułów z netu,  część skryptów szkoleniowych, decydowałem które książki zostawić, a które wydać znajomym albo zallegrować.  Przy tej okazji zauważyłem, jak wielką skłonność do kolekcjonowania informacji miałem oraz, co gorsza – jak wiele z nich się marnowało, ponieważ, nawet jeśli z nimi się zapoznałem, nie udało mi się ich utrwalić. Również samo zachowanie ich do archiwum niewiele dawało, a tendencja do zbierania kolejnych materiałów przed przerobieniem obecnych jedynie pogarszała sprawę.

Co ważne – podobną sytuację widzę u wielu znajomych zajmujących się rozwojem. Pisałem już kiedyś na ten temat w artykule “Chomiki książkowe”, ale wydaje mi się, że warto powiedzieć o tym coś więcej. W “Chomikach” skupiłem się na tendencji do “Chomikowania”, do zbierania materiałów na później, ale obok zwalczania tej tendencji są jeszcze inne kwestie, na które warto zwrócić uwagę:

1. Utrwalanie informacji – każdy ma na to swój sposób, mniej lub bardziej skuteczny i wydajny. Mój znajomy, Artur Poczekalewicz, o którym pisałem tutaj jakiś czas temu, ma nawyk regularnego notowania podczas czytania i jest to dla niego tak silna zasada, że nie siądzie do książki nie mogąc czegoś zapisać. Ja preferuję od razu jakoś wykorzystać dany materiał, np. pisząc jakiś artykuł na ten temat, albo np. używając tych informacji w dyskusji.  Podejść jest wiele, istotny jest rezultat – skuteczniejsze zapamiętanie i łatwiejszy dostęp do tych informacji. Znajdź swój własny sposób i stosuj go regularnie.

2. Sortowanie informacji - jak pokazują badania Ericssona (nie mylić z Miltonem Ericksonem ;) ) jedną z podstawowych różnic między ekspertami i laikami w danym temacie jest to,  że eksperci wykształcili skuteczniejsze sposoby sortowania informacji w swojej dziedzinie ekspertyzy. Dla przykładu, w przypadku zadań z fizyki laicy dzielą je według wartości podanych w zadaniu (np. siły, pędu), a eksperci według praw, które trzeba zastosować w ich rozwiązywaniu (np. trzecie prawo termodynamiki). Zacznij eksperymentować z metodami sortowania informacji, które zbierasz i zobacz, czy inny sposób sortowania nie przynosi Ci lepszych efektów.

3. Zdecydowanie czego szukasz – nie zliczę do ilu książek siadałem, nie wiedząc co w sumie chcę z nich wynieść… i to właśnie z nich wynosiłem – do dziś nie wiem co ;) Oczywiście, nadmierne skupienie na celu może z kolei zaślepić Cię na przydatne, a niezwiązane z nim rzeczy, dlatego nie chodzi o wykształcenie w sobie obsesji, a jedynie o zastanowienie się, przed rozpoczęciem lektury, co takiego chcesz w jej trakcie uzyskać.

4. Ustalenie granic interesującego Cię materiału – czasem można odpłynąć, przeszukując kolejne materiały za jednym nieuchwytnym “czymś”. Zdecyduj z góry jak wiele materiału chcesz przejrzeć, starając się coś opanować. W praktyce pozwól sobie na przekroczenie tej granicy o 10-20%, ale nie o więcej. Ten dodatkowy bufor powinien zapewnić, że nie stracisz niczego ważnego, ale powyżej tego zaczyna już wchodzić w grę prawo malejących zysków – tzn. możesz wkładać w zadanie coraz więcej wysiłku, uzyskując w zamian coraz mniejsze dodatkowe korzyści.

5. Ustalenie zakresu Twoich zainteresowań – jest też drugi popularny sposób na odpłynięcie. Jeśli zaczynasz poznawać coś ciekawego, można łatwo się tym zafascynować i starać się pochłonąć tego jak najwięcej. Jeśli masz akurat nieograniczony czas i zasoby, to nie stanowi to zbyt dużego problemu, ale ponieważ rzadko kiedy mamy taki luksus, to warto przy rozpoczęciu danego tematu ustalić sobie co chcemy poznać i po poznaniu tych rzeczy, zawiesić temat, przynajmniej na jakiś czas. Da to fascynacji czas na ostygnięcie, a Tobie na trzeźwą ocenę tego, czy w temat faktycznie warto zaangażować dodatkowe środki.

Tych pięć zasad może Ci znacząco pomóc w skutecznym nawigowaniu po oceanie informacji, do którego wszyscy mamy dziś dostęp, dlatego warto z nich korzystać w praktyce.

Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

“Bezmyślne jedzenie” i nowy nurt w psychologii zmiany

Lipiec 19 2010   1 Comment   Tagi: , ,

Witaj,

Czas czytania: ok. 3 minuty

Miałem ostatnio wielką przyjemność przeczytać książkę “Bezmyślne Jedzenie” Briana Wansink’a – amerykańskiego badacza specjalizującego się w psychologii tego, jak  jemy.

Zły geniusz w działaniu...

Zły geniusz w działaniu...

Książka zawiera masę fascynujących przykładów tego, jak pozornie niezwiązane z samym jedzeniem czynniki wpływają na to jak wiele jemy i czego – np.  ludzie pijący z długich i wąskich szklanek regularnie wypijają zdecydowanie mniej niż ci, którzy piją z niskich i szerokich szklanek, a jeśli wrzucimy do miski M&Msy w 10 różnych kolorach, ludzie zjedzą po kilkadziesiąt cukierków więcej na głowę, niż jeśli wrzucimy do niej tylko 6 różnych kolorów. Absurdalne? Bezsensowne? Może, ale bardzo prawdziwe i wyraźnie decydujące o tym, jak wygląda nasz brzuch ;)

Jednocześnie książka jest dla mnie kolejnym już przejawem czegoś, co postrzegam jako zupełnie nowy nurt w psychologii zmiany. Zamiast skupiać się na znalezieniu tej jednej wielkiej techniki, która zapewni wielką i gwałtowną zmianę, pojawia się coraz więcej metod umożliwiających wprowadzenie zmiany wprawdzie nie od razu i nie niesamowicie popisowo (np. metoda Wasnika umożiwia zrzucenie ok. 4-12 kilo w ciągu roku), ale za to relatywnie łatwo i bezboleśnie, poprzez wprowadzenie modyfikacji, której nawet nie będziemy później świadomie dostrzegać (np.  wymieniając wszystkie talerze na mniejsze, dzięki czemu porcje będą przez nasz mózg odbierane jako dużo większe, a w efekcie dużo bardziej sycące niż w rzeczywistości).  Podobne modyfikacje sugeruje obecnie coraz więcej badaczy i powoli robi się z tego cała nauka małych, a długoterminowo bardzo skutecznych zmian w naszym życiu. Dla zainteresowanych – jest w tym wielki potencjał biznesowy, wystarczy to rozruszać.

Albo i po prostu zastosować we własnym życiu, czego Ci serdecznie życzę.

-Artur Król

Ewoluuj lub giń

Lipiec 6 2010   Leave a Comment   

Czas czytania: ok. 3 minuty

Czasami załamuje mnie to, jak niewiele osób w światku rozwoju osobistego zdaje sobie sprawę z tej prostej zasady.

Ponieważ uważam,  że warto być na bieżąco z tym, co dzieje się na rynku, jestem zapisany na wiele newsletterów, zarówno polskich, jak i zagranicznych, na tematy związane z rozwojem osobistym,  marketingiem internetowym, psychologią, itp.

W efekcie zauważyłem kilka trendów, które niestety niezbyt pozytywnie świadczą o większej części naszego środowiska.

Przede wszystkim – ogromna grupa ludzi pisze wyłącznie pod kątem laików, którzy nie mają żadnego doświadczenia w tematyce, a do tego zakłada ogromny “przemiał” tych laików. Świadomie lub nie, zakładają, że ludzie albo są idiotami, albo będą prenumerowali dany newsletter tylko przez kilka tygodni lub miesięcy.

Dlaczego tak uważam:

- bardzo często w newsletterach, zwłaszcza w Polsce, widzę stosowane stare techniki “języka perswazji”,  które lata swojej świetności miały u nas koło końca ubiegłego wieku. Od tego czasu minęło 10 lat, ale wciąż widzę tematy w stylu “Zanim otworzysz ten newsletter, Artur…”

- kolejnym popularnym motywem jest “cykliczność” postów.  Gdy pierwszy raz czytasz tekst “Artur, chyba oszalałem, że Ci to zdradzam…” było to w miarę interesujące. Gdy otrzymuję taki post średnio co dwa miesiące od tego samego gościa, to nawet jak za każdym razem zdradza nowe rzeczy, trudno mi podtrzymać jakiekolwiek zainteresowanie, natomiast sugeruje to, że facet albo nie myśli o tym, co już kiedyś słał do swoich odbiorców… Albo zakłada, że tych odbiorców już tam nie ma, “poznaj, sprzedaj, zapomnij”, co niekoniecznie jest dobrą taktyką biznesową… chyba, że sprzedaje się marne rzeczy, co daje z kolei niezbyt pochlebny obraz danego autora newsletterów.

- nałogowe stosowanie [Name] i podobnych tagów wstawiających imię w każde możliwe miejsce. Ja rozumiem, że to kiedyś zwiększało statystycznie skłonność ludzi do czytania newslettera, jednocześnie mam wrażenie, że dzisiaj zdążyło się to już po prostu przejeść i ludzie na coś takiego nie reagują…

Problem dodatkowo zaognia fakt, że większość osób “uczy się” od siebie wzajemnie, ściągając pomysły z newsletterów innych osób… Natomiast dość niewiele osób z pośród tych, z którymi rozmawiałem, stosuje regularne statystki i sprawdza konkretne efekty swoich newsletterów i tego, jak są pisywane.

A tymczasem to właśnie te dane są koniec końców najważniejsze i decydują o tym, czy czas zainwestowany w napisanie danego newslettera w ogóle ma jakikolwiek sens.

Mam nadzieję, że ten, zainwestowany w napisanie tego tekstu miał ;)

Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

Gdzie są te wszystkie modele?

Lipiec 1 2010   Leave a Comment   

NLP to modelowanie. Programowanie Neurolingwistyczne opiera się o tworzenie modeli skutecznego działania, modeli ekspertów w swoich dziedzinach.

No więc pytam, tak czysto praktycznie… Gdzie są te wszystkie modele?

Gdzie modele, pozwalające na skuteczne opanowanie fizyki, chemii czy np. gotowania?

W praktyce, z tego co udało mi się znaleźć, jest nieco modeli okołoterapeutycznych, nieco modeli okołosprzedażowych, Charles Faulkner podobno stworzył modele n.t. gry na giełdzie a Ron i Eddie Perry model pracy fizjoterapeutycznej i…

Koniec. Zero. Nic więcej.

Przy tak wielu obszarach życia, można by oczekiwać, że modeli będzie jednak nieco więcej, zwłaszcza, że badania psychologiczne zdają się potwierdzać ideę tworzenia modeli. Ericsson stwierdził,że eksperci w różnych dziedzinach faktycznie mają swój własny sposób kodowania i przetwarzania informacji, który daje im zdecydowaną przewagę nad laikami.

Więc co tu jeszcze robią ci wszyscy NLPowcy, zamiast brać się za tworzenie modeli?

O nauce i metodzie naukowej

Czerwiec 19 2010   1 Comment   Tagi: , ,

Często z przerażeniem patrzę na NLPowców i rozwojowców prezentujących podejście – “jak ja w to wierze, to żadne dowody mnie nie przekonają” albo “i tak wszystko jest względne i wszystko jest opinią”. No cóż, nie wszystko jest opinią, a jak świetnie ujmuje mówca z tej prezentacji TED “Masz pełne prawo do własnej opinii. Ale nie masz prawa do własnych FAKTÓW.”

Miłego oglądania :) Podziel się wrażeniami

Rozwój przez gry planszowe

Czerwiec 17 2010   3 Comments   Tagi: , , , ,

Czas czytania: ok 8 min.

Przyznaję, jestem niepoprawnym “nerdem” – lubię fantastykę, gry planszowe i komputerowe, a jednym z moich marzeń jest sfinansować kiedyś w pełni serial Jossa Whedona (”Dollhouse”, “Angel”, Firefly”, “Buffy”), tak, żeby mógł zaszaleć i zrobić coś od początku do końca po swojemu.

Ponieważ jestem nerdem – daje mi to okazję spojrzeć na niektóre rzeczy z nieco szerszych perspektyw niż czysto rozwojowa.  Tak też chciałem zrobić w tym wpisie, pisząc nieco o różnych planszówkach, w tym o rozwojowym hicie czyli Cashflow.

Cashflow

W Cashflow gracze wcielają się w typowych ludzi – lekarzy, sekretarki, nauczycieli, itp. których zadaniem jest wyrwanie się z tzw. wyścigu szczurów (nieustannego zarabiania na siebie) poprzez stworzenie tzw. przychodu pasywnego – inwestycji, które zarabiają na siebie bez potrzeby doglądania ich. Gracze robią to inwestując w  firmy, nieruchomości i akcje.

Gra ta, stanowiąca sztandarowy produkt Roberta Kyosakiego, ma za zadanie zwiększyć inteligencje finansową grających. Jak sprawdza się w praktyce?

Na początek duża zaleta gry – na pudełku wyraźnie pisze, żeby nie traktować nauk z niej wziętych jako absolutne i przed wprowadzeniem ich w życie zasięgnąć dalszej edukacji. Nawet jeśli jest to, w sumie, reklama dalszych szkoleń i produktów, uważam tą przestrogę za bardzo trafną.

No dobrze, a co z samą grą? Testowałem ją w dwóch opcjach – 2-osobowej (kilkukrotnie) i 4-osobowej (raz). Wnioski:

- ogromna losowość. W praktyce cała gra opiera się na losowości, a nawet najbardziej trafne decyzje mogą nic nie dać długoterminowo. Jak dla mnie spory minus, jak na grę, która ma uczyć inteligencji finansowej – chyba, że głównym przekazem ma być “nic od Ciebie nie zależy”.

- absolutnie spaprany endgame (czyli, dla nie nerdów, końcowa, zaawansowana faza gry). W momencie gdy wyjdziesz z wyścigu szczurów, jakiekolwiek ślady planowania idą do piachu i wszystko sprowadza się  do losowości i szczęścia w rzucaniu kostką. O ile wcześniej tury innych graczy miały jeszcze jakieś znaczenie, bo można było np. liczyć na sprzedanie wtedy posiadanych akcji, o tyle teraz cała gra sprowadza się do bezmyślnego rzucania kostką.

- interakcja między graczami jest minimalna – w zasadzie jedyne co można robić w tym obszarze, to sprzedawać konkurentom okazje, z których sami nie możemy skorzystać.

- wbrew pozorom, gra uczy graczy raczej wydawania pieniędzy niż ich oszczędzania. Np. niemożliwe jest ograniczenie wydatków własnych, zwrot kredytów z którymi się startuje jest mocno nieopłacalny, wszelkie inwestycje długoterminowe (akcje z dywidendami) mają wręcz żałosną stopę zwrotu, do wyboru jest niemal absolutnie bezpieczne inwestowanie w nieruchomości (mniej niż 1% szans na grę, że się na tym straci) albo próby spekulacji na giełdzie czy złocie.

- to powiedziawszy, gra potrafi być przyjemna, zwłaszcza w grze na cztery osoby. Natomiast jeśli chodzi o wartości edukacyjne, to w sumie nie różni się ona zbytnio od Monopolu pod tym względem, co najwyżej oprawą. Natomiast ani sama gra, ani zawartość pudełka nie uzasadniają obscenicznej więc (w porównaniu z innymi tytułami dostępnymi na rynku) ceny gry.  Przy średniej cenie 360 zł, przebija nawet takie cegły jak Twilight Emperium, World of Warcraft, Starcraft: The Board Game czy Horus Heresy, których pudła zawierają dosłownie kilogramy figurek, plansz i żetonów.  Nie wspominając już o klasycznym monopolu, który można spokojnie kupić za dwie dychy (czyli 1500% mniej!) w większości sklepów z zabawkami. Wychodzi więc na to, że zakup gry o inteligencji finansowej sam z siebie jest sprzeczny z tą inteligencją finansową.

Ale co tam, pograć można.

Co ważne, powyższa recenzja dotyczy głównie Cashflow 101, nie wiem jak sprawdza się w wersji 202 z dodatkiem bardziej zaawansowanej gry na giełdzie. Być może w takiej wersji rozwiązanych jest choć część problemów z wersji podstawowej.

Dla odmiany sięgnijmy więc po inny tytuł ekonomiczny który miałem okazję testować, Agricola.

Agricola

“Agricola” czyli rolnik i tym właśnie staje gracz. Startując od dwuizbowej, drewnianej chaty i młodego rolniczego małżeństwa, celem graczy jest jak najskuteczniej zaadoptować posiadaną ziemię. Ma na to czternaście tur, przy czym w każdej turze ilość dostępnych dla graczy akcji wzrasta. Jednocześnie pojawia się dodatkowy problem, bo każdą z dostępnych akcji może wykonać tylko jeden rolnik spośród wszystkich będących w grze. Co pewien czas pojawiają się także żniwa, kiedy niezbędnym jest posiadanie odpowiednich zasobów do wykarmienia rodziny – inaczej muszą oni iść na żebry, co boleśnie odbija się na końcowej punktacji.

Jakie wrażenia z gry?

- Ogromna zaleta, w porównaniu z porównywanym Cashflow – ZAWSZE jest co robić. Nie zawsze można zrobić to, co zamierzałeś – inny gracz mógł Cię uprzedzić – ale zawsze masz coś do zrobienia. Jeśli nie wyszła Ci akcja, którą akurat zaplanowałeś, musisz po prostu bardziej pomyśleć i dostosować się do nowych warunków, zobaczyć jak najlepiej możesz z nich skorzystać. Dla mnie – perełka, ucząca ogromnej elastyczności i kreatywnego wykorzystania zasobów.

- Ograniczona ilość ruchów, konieczność wyprzedzenia konkurencji, a jednocześnie inne czynniki (”jak zaczekam jedną turę, to zbiorę z tego lasu 6 drewien zamiast 3… chyba, że ktoś mnie wyprzedzi, może więc lepiej zebrać teraz”) uczą gospodarowania swoimi zasobami i czasem w dynamicznym środowisku i wyważenia między korzystaniem z okazji na szybko oraz czekaniem na potencjalnie większy zwrot z inwestycji,  za większa cenę.

- Interakcja między graczami nie  zbyt duża, choć możliwość “blokowania” zagrań innych graczy może być bardzo potężnym narzędziem i zdecydowanie wpływa na korzyści z rozgrywki. Jednocześnie rzadko kiedy patrzy się na zaszkodzenie innym graczom – jest się zbyt zajętym realizacją własnych planów.

- Gra nagradza dywersyfikację i maksymalne wykorzystanie posiadanych zasobów. Im bardziej różnorodne uprawy i hodowle będziemy mieli, tym lepiej dla nas w końcowej rozgrywce.

- Bardzo podkreślana jest kwestia odpowiednich rąk do pracy – posiadanie dwóch dodatkowych członków rodziny naprawdę czyni  w grze ogromną różnicę. Ale nawet w tej sytuacji można stracić okazję, na którą się polowało.

- W grze pojawia się losowość, zwłaszcza w kwestii doboru kart “Pomocników” i “Małych usprawnień”, ale nie jest to losowość zbyt wkurzająca, ponieważ niezależnie od niej zawsze jest co robić i zawsze można pewne rzeczy zaplanować. Dodatkowo, “rodzinna” wersja gry pozwala uniknąć tej losowości, nie wykorzystując zupełnie pomocników ani małych usprawnień.

Podsumowując – świetna gra (która wygrała zresztą sporo plebiscytów na najlepszą grę wszechczasów), ucząca sporo praktycznego, biznesowego myślenia w łatwy do przyswojenia sposób. A przy tym cena o dobre 200 zł niższa od Cashflow, przy nieporównywalnie lepszej jakości elementów.

Oczywiście, powyższe recenzje są mocno stronnicze i subiektywne. Jestem pewien, że znajdzie się sporo osób, dla których Cashflow jest super grą. Dla mnie jest po prostu ok, natomiast jako narzędzie edukacyjne nie przebija raczej Monopolu – natomiast stanowi świetną demonstrację tego, co może zdziałać dobry marketing…

Tyle ode mnie. Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

Los guru…

Maj 22 2010   Leave a Comment   

Witaj,

Czas czytania: ok. 2 minuty

Trafiłem ostatnio na bardzo ciekawą listę: http://www.johntreed.com/bestseller.html

Autor wymienia na niej 15 guru finansowych, autorów bestsellerów n.t. zarabiania pieniędzy…. Oraz co się z nimi stało później, po wydaniu tych bestsellerów.

Co ciekawe, tylko DWIE OSOBY z tej listy nie trafiły do więzienia i/lub nie zostały bankrutami.

Dlaczego?

Bo najprostszą drogą do osiągnięcia statusu guru i autora bestsellerów jest, niestety, skuteczne kłamanie jak największej ilości ludzi, granie na ich nadziejach i marzeniach. Jest tak zarówno w świecie finansów, jak i w świecie rozwoju osobistego czy duchowości.

Czy to znaczy, że nie ma żadnych prawdomównych guru rozwoju?

Sądzę, że są, podejrzewam nawet, że spora część z powyższych szczerze wierzyła w to co sprzedawała.

No dobra, zapytam inaczej – czy to znaczy, że nie ma żadnych skutecznych guru, dających prawdziwe sugestie?

Ponownie, sądzę, że są. Ale rozpoznamy ich raczej po tym czego NIE oferują – łatwych dróg wyjścia, błyskawicznych rozwiązań dla leniwych, itp – niż po czymkolwiek innym.

To nie znaczy, że życie, sukces czy rozwój muszą być trudne. Po prostu nie będą tak łatwe, jak byśmy tego czasem chcieli.

Baw się i rozwijaj z pasją,

Artur

 
     
Copyright © 2009 Wszystkie Prawa Zarezerwowane. Stosuje WordPress 2.7 Zaprenumeruj RSS