Ciąg dalszy wywiadu n.t. etyki z coachingu, który miałem okazję udzielać. Pierwszą część znajdziesz TUTAJ.

Etyka w pracy psychologa i coacha
Wywiad z Arturem Królem – coachem i trenerem, absolwentem psychologii Uniwersytetu Warszawskiego
Część 2

Magda: Czy oddajesz się superwizji? Jak to wygląda w przypadku coachingu? (Superwizja – “terapia terapeuty”/”coaching coacha”, praca z bardziej doświadczonym fachowcem nad usprawnieniem swojego warsztatu, wątpliwościami etycznymi, przeciwdziałaniem wypaleniu w roli “pomagacza”, itp.)

Artur: Nie wiem jak w przypadku coachingu ogólnie. Ja superwizuję się akurat u osób z zachodu, które były dla mnie mentorami na różnych etapach nauki. Nie jest to superwizja regularna, bardziej w zależności od potrzeb. Na zasadzie weryfikacji, żeby nie zgubić się w tym wszystkim. Często także w przypadku nietypowych sytuacji, kiedy staram się omówić czy w danym przypadku coś może zadziałać, jeśli superwizor posiada podobne doświadczenie. Chętnie bym widział interwizję (grupowa, wzajemna superwizja, omawianie przypadków, wątpliwości, między kilkoma fachowcami) pewnego rodzaju, trochę mi tego brakuje.

W przypadku superwizji przyznam szczerze, że niewiele osób widzę na rynku, do których mógłbym się zgłosić. Jest ich trochę, ale nie aż tak wiele. Bardzo często osoby bardziej doświadczone zajmują się typowym coachingiem gadanym, z pytaniami „a co wtedy?”, bez żadnych bezpośrednich interwencji. To tzw. coaching niedyrektywny. Ja natomiast pracuję bardziej dyrektywnie. Jeżeli przydadzą się pytania to stosuję pytania, ale często daję klientom konkretne struktury, konkretne ćwiczenia do pracy. To drastycznie ogranicza ilość osób, do których mógłbym zgłosić się na superwizję. Co oni mają mi powiedzieć, jeżeli sami pracują metodą zadawania pytań?

Boję się trochę, że superwizja lub mentoring będą traktowane w coachingu tylko jako nisza na zarabianie kasy. Widziałem szkolenie (które wydaje mi się, że na szczęście nie wyszło), gdzie można było zostać certyfikowanym superwizorem w szkole, którą promuje dosyć znana osoba w coachingu swoim nazwiskiem. Sam wymógł certyfikacyjny był taki, że żeby być superwizorem można było nie mieć w życiu żadnego klienta tylko i wyłącznie pracę w szkole coachingu z innymi coachami. Przepraszam, ale ja w tej chwili zbliżam się do 2 tysięcy godzin coachingów, mam za sobą kilkuset klientów, która to liczba powoli zbliża się do tysiąca i powoli zaczynam czuć się na siłach, aby superwizować, a to jeszcze długi kawałek do uczenia superwizji. A jest tutaj obawa, że osoby, które nie mają żadnego własnego doświadczenia będą ze względu na papier uprawiać superwizję.


Magda:Czy podejmujesz się coachingu znajomych lub bliskich?

Artur: Staram się nie, z bardzo prostego powodu: za bardzo mi zależy. Coaching czy jakakolwiek pomocowa robota ma sens, jeśli niespecjalnie nam zależy na efekcie. Dlatego, że jeśli za bardzo zależy nam na efekcie to będziemy mniej skłonni ryzykować, mniej skłonni sprawdzać czy coś akurat może zadziałać tylko zbyt chcemy się popisać i osiągnąć efekt. To bardzo zaślepia, ponieważ przy skupieniu na efekcie brakuje trochę ciekawości i patrzenia pod tytułem „ok, a co jeśli to zadziała?”. Oczywiście w zakresie bezpieczeństwa i komfortu klienta. Jeżeli skupiamy się na efektach jest nam ciężej, paradoksalnie zmniejsza to skuteczność. W momencie gdy mniej mi zależy na efektach, zwłaszcza w przypadku trudniejszych klientów, tym większą mam swobodę w szukaniu „ok, co może tam zadziałać”?


Magda:Dużo coachów chyba jednak podejmuje się coachowania znajomych?

Artur: Nie wiem o tym za wiele. Jeśli już, to przede wszystkim znajomych ze szkoły coachingu. Jest wielu coachów, którzy głównie coachują ludzi ze szkoły coachingu. Natomiast jeśli chodzi o rodzinę i znajomych, myślę że można ich coachować ewentualnie dla zdobycia doświadczenia. Jednak dla mnie największym problemem jest tutaj brak dystansu. Im większy masz dystans do klienta tym łatwiej osiągnąć odpowiednie efekty. Dodatkowo bliscy aż tak się nie angażują, wciąż widzą nas w roli znajomego czy krewnego. Im bliżej jest się sprawy tym łatwiej jest dać się wciągnąć samemu do czyjegoś bagna, zamiast pomóc komuś z niego wyjść.


Daniel:Wspominałeś o kwestionariuszu, jaki dajesz przed coachingiem. Jak oceniasz czy poradzisz sobie z klientem? Jaka jest bezpieczna granica między zdobywaniem nowego doświadczenia, a pomaganiem innym?

Artur: Chciałbym powiedzieć, że mam tutaj jakieś jasne i czyste procedury, ale jest to na tyle złożony układ, że ciężko mi mieć jakąkolwiek precyzyjną procedurę, bo może to być bardzo zróżnicowane. Generalnie po pierwsze staram się ocenić po kwestionariuszu czy w ogóle mogę pracować i nie odnoszę wrażenia, że klient jest zaburzony. Mając trochę doświadczenia z osobami ze schizofrenią, dosyć łatwo potrafię dostrzec określoną strukturę zdań. Można ją określić jako bełkotliwą, jednak to słowo nie oddaje do końca tego. Jeśli widzę taką strukturę oczywiście nie mam pojęcia czy jest to osoba ze schizofrenią czy nie, ale jeśli widzę taką strukturę włącza mi się podejrzenie i zawsze dopytam, sprawdzę i jeśli odniosę wrażenie, że coś jest nie tak – podziękuję i zasugeruję pójść na terapię.

Jeśli z kwestionariusza wynika coś, o czym moja umiarkowana wiedza neurologiczna mówi, że może tam być problem na poziomie zaburzenia organicznego, sugeruję przed sesją przeprowadzenie badań.

Jeśli chodzi o zakres problemów, jego konsekwencje są bardzo istotne. Jeśli jest problem, którego nierozwiązanie prowadzi bardzo szybko do poważnych problemów, np. zagrożenia życia to będzie to sytuacja, gdzie raczej będę starał skierować osobę do kogoś innego. Jeżeli mam wątpliwości czy mogę z kimś pracować to zwykle zaproponuję klientowi niższą stawkę. Zazwyczaj obniżam ją o połowę, jeśli mam wątpliwości czy to jest problem, którego mogę się podjąć.

Czasami wystarczy być po prostu bardziej elastycznym. Zdarza mi się umawiać na stałą płatność, ale zakres sesji zależny od potrzeb, np. klient płaci za dwie sesje, a ma dwie do czterech w tej cenie. Więc nie mam jednej procedury, bo nie wiem z jakim człowiekiem mogę mieć do czynienia, by przygotować procedurę na wszystkie możliwości… Jeśli macie jakieś pomysły na to to chętnie je poznam.


Magda:Mówi się, ze system wartości klienta i psychologa powinien być przynajmniej niesprzeczny. Jak jest inaczej to czy podejmujesz się pracy z taką osobą?

Artur: W większości przypadków nie wchodzę w system wartości klienta, ponieważ pracuję procesowo, a nie treściowo. Ponadto dosyć krótko, z większością klientów pracuję między jedną, a czterema sesjami dwugodzinnymi. Pracuję na procesie, a nie na treści. Ważne jest dla mnie jak osoba reaguje na konkretne sytuacje, a nie to, co dokładnie myśli i jakie ma przekonania.

W dziewięciu przypadków na dziesięć wartości klienta w ogóle nie wychodzą na wierzch. Nie ma potrzeby, żeby wychodziły. Jeśli ktoś pracuje ze mną, bo chce się odkochać to to czy wierzy, czy jest religijny nie ma większego znaczenia. Największy problem jest chyba w przypadku pracy niedyrektywnej wszelkiego rodzaju, ponieważ są badania, które rzeczywiście pokazują, że im większa niedyrektywność pracy, tym większa skłonność do przyjmowania światopoglądów klienta w sposób dyskretny i delikatny. Prawdopodobnie bierze się to z tego, że coach w większym stopniu reaguje wsparciem w tych sytuacjach, które pasują do jego światopoglądu. Klient jest odrobinę przez to warunkowany.

Pojawia się inny problem i to jest dobry temat pod kątem zdrowego podejścia etycznego. Co się dzieje, jeśli klient ma przekonania lub działania, o których wiemy obiektywnie, że są dla niego szkodliwe, np. zmniejszają jego szanse na sukces. Na przykład klient, który uważa, że w ogóle nie potrzebuje kontaktu z ludźmi i się nimi wręcz brzydzi. Chciałby najchętniej rozwiązać swoje problemy zostając z niechęcią do ludzi. I teraz pojawia się pytanie, ponieważ wiemy, że takie rozwiązanie jest długoterminowo szkodliwe. Co z tym robimy, czy zostawiamy czy nie? Nie mam na to dobrej odpowiedzi. Miałem sytuację, gdzie próbowałem się do tego odnosić, były takie, że rezygnowałem. Czasami odnoszenie się dawało dobre skutki, czasami złe. Czasami rezygnowanie dawało dobre, a czasami złe. Najbardziej barwny przypadek, który mamy to klient, który przyszedł do mnie stosując metodę z alternatywnej medycyny, która ewidentnie nie mogła działać. To była dłuższa praca i w między trzecim, a czwartym spotkaniem, w trakcie sesji stwierdził, że główny problem jest już rozwiązany, ale nie wie czy pomogły mu moje narzędzia czy tamta druga metoda i że popracujemy z czymś innym. Po czym rok po sesji odpisał, że w gruncie rzeczy na pewno pomogła mu tylko tamta alternatywna metoda, a to, jak pracowaliśmy na pewno nie, a tak w ogóle to problem nie został jeszcze rozwiązany. Później plułem sobie w brodę dlaczego nie angażowałem się w tłumaczenie mu, że to jest placebo, ale to bardziej z perspektywy pewnej satysfakcji z własnej pracy i niechęci, kiedy wiem, że placebu przypisywane jest to, co sam robiłem niż samej zmiany u klienta. To miało też wpływ na klienta o tyle, że gdyby tamto określone było jako placebo to klient być może również bardziej byłby zaangażowany w pracę po sesji, wykorzystując narzędzia, które dostał. Efekty byłyby trwałe, ponieważ by nie odstawił narzędzi, stwierdzając, że to placebo na niego podziałało. Ogólnie jest to więc bardzo trudne pytanie.


Daniel: To rzućmy kontrowersyjny przykład. Co robisz, jeśli zgłasza się do Ciebie klient, który po zdradzie partnera chce pozbyć się poczucia winy?

Artur: Po pierwsze nie pracuję z winą, więc nie wiem czy bym się tego podjął. Pracowałem jednak z osobą, która jako kochanka była w trójkącie. Chciała się odkochać, ale w momencie, gdy to przepracowała i miała większy dystans do partnera to on z kolei się bardziej starał. Ogólnie w takich sytuacjach powiedziałbym, że nie mi jest to osądzać. Zastanawiałbym się jakie są krótko i długoterminowe konsekwencje takich zachowań i zapytałbym czy klient jest tego świadomy.

Będą sytuacje, kiedy klient przychodzi z czymś, co jest ewidentnie dla niego szkodliwe. Dzisiaj nie podjąłbym się tej sesji z takim celem, może z innym, ale lata temu gdy byłem młody i gniewny i mogłem pracować ze wszystkim . Pracowałem wtedy z osobą, która została zgwałcona i chciała zapomnieć ten moment, wymazać go z pamięci, aby go tam nie było. Na sesji doszliśmy do sytuacji, gdzie były dwa wspomnienia. Tam gdzie wszystko było ok i tamta trudna dla niej sytuacja. Te wspomnienia były równoważne dla tej osoby i nie wiedziała, które jest które. Zapytałem wtedy: „ok, jak zadbać o to, aby jak zapomnisz taka sytuacja się więcej nie powtórzyła?”. Nie była w stanie się nad tym zastanowić, więc to zostawiliśmy i nie pociągnęliśmy tego dalej. Bez zadbania o ten element, następnym razem mogli tą osobę jeszcze zabić, a nie było niczego, co uchroniłoby ją przed ponownym znalezieniem się w podobnym układzie.


Magda: Czy są jakieś sytuacje, kiedy nie podjąłbyś się sesji z jakąś osobą? Niektórzy nie pracują na przykład z osobami uzależnionymi.

Artur: Nie pracuję z tematami seksualnymi, ponieważ nie znam się wystarczająco na tej tematyce, nie jestem seksuologiem i nie mam takiego doświadczenia. Większość zajęć z psychologii seksuologicznej były za wcześnie rano, więc na nie nie chodziłem. Ale je zaliczyłem ;)

Tak jak mówiłem, jeśli uważam, że osoba może mieć uraz neurologiczny, wymagam, aby wcześniej zrobiła badanie. Podobnie, jeśli mam wrażenie, że jest zaburzenie.

Na poziomie pracy, której nie lubię i staram się unikać:

a) nienawidzę pracować z palaczami, którzy chcą rzucić palenie, ponieważ dziewięciu na dziesięciu z nich nie chce realnie rzucić palenia.
b) nie przepadam, ale to wychodzi na sesji też za „komputerami”, którzy przejawiają się bardzo małą reakcją.
c) nie podejmuję się pracy na zasadzie hurra optymizmu. Wyjaśniam takiej osobie z czym mogę pracować, co jest realistycznym projektem, ale nie podejmuję się pracy na zasadzie „chcę zarobić milion dolarów w ciągu dwóch lat, zrób to”. Miałem takie osoby i sądziły one, że blokuję je tylko ich przekonania. Na pytanie „ile masz dzisiaj na koncie” odpowiadały, że prawie nic. Mówię im, że mogę pracować nad tym, by zarabiali więcej pieniędzy i mieli więcej na koncie, ale nie podejmę się miliona dolarów, bo uważam, że to nierealistyczne. Jeżeli klient przychodzi z celem, który postrzegam, jako nierealistyczny, mówię wprost, że z tym nie mogę pracować, ale mogę pracować nad czymś innym.


Daniel: Oferowałeś kiedyś coaching i inne swoje usługi w zamian za zaangażowanie w wolontariat. Dlaczego z tego zrezygnowałeś?

Artur: Najbardziej podstawowa, pragmatyczna sprawa to to, że zacząłem wynajmować gabinet zamiast używać gabinetu, który do mnie należał lub spotykać się w kawiarni. To wpłynęło na koszty. Nie są one duże, ale jeżeli inwestuję już swój czas to wolałbym nie ponosić dodatkowych kosztów. Poza tym wiele rzeczy, które mam opanowane wydałem w formie książek i powoli przygotowuję materiały wideo. Cała moja praca z pewnością siebie, do której było najwięcej osób z wolontariatu, jest opisana w książce. Nie ma tam tylko dwóch technik, które są zbyt złożone i musiałbym opisać obszerne podwaliny teoretyczne, “dlaczego i jak to działa” oraz całą koncepcją stojącą za tym. Są to jednak techniki, które pojawiają się raz na dziesięć, dwadzieścia sesji. Natomiast cała reszta tego, co robię, krok po kroku, bardzo szczegółowo, z masą ćwiczeń, masą treści mam opisane w książce. Ktoś może kupić tą książkę za 40 złotych, jeśli kogoś nie stać na sesję to pisze „ok, kup i przerób książkę i odezwij się ew. wtedy”.

Jestem też bardziej otwarty w kwestiach cenowych, jeśli ktoś ma jakieś poważne wątpliwości, ale oczekuję też pewnej odpowiedzialności. Strasznie nie lubię układu pod tytułem:
-„ok, to ile jesteś mi w stanie za to zapłacić?”
-„nie wiem, myślałem, że to Ty coś zaproponujesz”
-„to wybacz – nie”


Daniel: Jakie zachowania coachów uznajesz za ewidentnie nieetyczne?

Artur: Uzależnianie klienta od siebie. Skupianie się na regułach i zasadach coachingu, a nie potrzebach klienta. Zbyt często widziałem coachów, którzy deklarują, że “klient przychodzi po coaching i ja robię coaching”, a nie to, że klient przychodzi po określony efekt.

Oczywiście wszelkie rzeczy w rodzaju uwodzenie klienta. Potrafię zrozumieć sytuację, że coach pół roku po sesji spotyka się z klientem na gruncie prywatnym i coś z tego wychodzi. Nie wychodzę z założenia, że jeśli klient i coach poznali się kiedyś na coachingu to znaczy, ze do końca życia mają siebie unikać. Nie uważam też, że jeżeli coach wejdzie na tą samą imprezę, co klient to musi uciekać. Natomiast jest też realne zagrożenie, gdy osoba, która jest wrażliwa i potrzebuje tu i teraz pomocy, uwagi, odkrywa, że coach jest dla niej tą osobą wysłuchującą, dającą uwagi i posiadającą jakiś autorytet. W tym momencie jest już potencjalny problem..

Kolejny przykład braku etyki to wszelkiego rodzaju ujawnianie prywatności, poufnych informacji. Spotkałem się niestety z pytaniem „co mam zrobić, jak mój coach mnie szantażuje na podstawie informacji, które dostał na sesji?”. Jest to oczywista patologia.

Wszelkie kwestie, które podchodzą pod zwykłą etykę biznesu, czyli nie oszukujemy klientów, nie próbujemy ich naciągać, nie wydłużamy naszej pracy. Jeśli czujemy się niekompetentni to mówimy wprost: słuchaj mam wrażenie, że ktoś inny lepiej do tego pasuje. Nie używamy nieuczciwej reklamy. Nie próbujemy wyolbrzymić tego, co możemy zaoferować klientowi. Mówienie z czym można pracować, a co jest nierealistyczne.

Głupio mi trochę mówić o tym w kontekście etyczności coachingów, ponieważ są to rzeczy, które generalnie są nieetyczne. Coaching o tyle otwiera więcej możliwości na nieetyczność, bo często trafia do ludzi wrażliwych. Czy wrażliwych, bo są w takim obszarze swojego życia, że słuchają innych czy wrażliwych dlatego, że mają jakieś problemy lub coach jest dla nich autorytetem. Występuje tutaj większa skuteczność tych nieetycznych zagrywek, ale same zagrywki nie różnią się od codziennego ludzkiego braku etyki.


Magda: Podpytując jeszcze o podtrzymywanie kontaktów z klientami, bo tutaj też powstaje pytanie jaka jest różnica w głębokości zmiany w coachingu i w psychoterapii. Dużo osób jednak nie widzi możliwości utrzymywania kontaktów po terapii, sądząc, że wie się za dużo o drugiej osobie.

Artur: Jeśli masz naprawdę dobrego przyjaciela lub członka rodziny nie powinieneś się z nim spotykać? W końcu często tak jest, że gdy jest naprawdę dobra przyjaźń ludzie mówią sobie bardzo poufne rzeczy i nie zawsze jest to dwustronne. Czasami jest tak, że jedna osoba jest bardziej otwarta, a druga bardziej zamknięta i to też funkcjonuje.

Potrafię zrozumieć takie poczucie nierówności siły. Jestem świadomy, ze może tak być zwłaszcza w przypadku pracy, która jest bardziej treściowa. U mnie jest o tyle wygodnie, że ja pracuję procesowo, więc mogę wiedzieć, że ktoś wyobraża sobie daną osobę jako bliższą czy dalszą, ale nie wiem również czy ta osoba klnęła na nią w dzieciństwie czy biła go, bo po prostu nie mam tej informacji. Procesowość bardzo to redukuje. Możliwe, że będą takie sytuacje. Możliwe, że będą takie sytuacje, że ja po prostu nie polubię klienta. Mogę kogoś nie lubić. Jestem tutaj wielkim fanem Irvina Yaloma, którego szanuję głównie za to, że to jest człowiek, który miał odwagę powiedzieć „tego klienta nie lubiłem”, „tego lubiłem”, „a wtedy byłem bardzo zajęty i przyjąłem tą kobietę na sesję tylko dlatego, bo mi się podobała”. Coach, psycholog jest też człowiekiem. Mam wrażenie, że czasami wymaga się od niego takiego wyrzucenia z siebie bycia człowiekiem. Niepotrzebnie, czasami warto się dogadać, warto jest powiedzieć „fajnie to robisz”, „ooo, jesteś pierwszą osobą, która zareagowała tutaj inaczej”. Robię tak w sytuacji, gdy wiem, że coś nie będzie stygmatyzowało tylko będzie pewnego rodzaju nawiązaniem kontaktu. Jesteśmy też ludźmi. Jednym z elementów, które mają działać według badań w psychoterapii, pewnie też w coachingu jest relacja terapeutyczna. Próba wywalenia tej relacji i udawania, że tego nie ma jest więc patologią.


Magda: Wiadomo też, że osobowość klienta i coacha wpływa na specyfikę pracy. Czy może to zaburzać proces? Co robić, jeśli się klienta zwyczajnie nie lubi?

Artur: Możesz powiedzieć, ale możesz też nie pracować. Np. czasami jest klient, który może być fajny, ale mówi bardzo poooowoooli, co może być męczące na początku. Oceniasz czy możesz z daną osobą pracować. Jeśli możesz to pracujesz. Nie widzę problemów, żebym pracował z kimś kogo nie lubię. Na szczęście jest to praca krótkoterminowa. Przy długoterminowej być może miałbym problem w tym zakresie. Przy krótkoterminowej OK. Po prostu pracuję na rozwiązaniu konkretnego problemu. W przypadku pracy na przykład z kontaktami społecznymi, czasami powiedzenie  wprost, że kogoś nie lubisz może być elementem przydatnym w pracy…


Ciąg dalszy w kolejnych częściach.


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis