W ciągu ostatniego pół roku dwa razy miałem okazję jednocześnie zrealizować swoją potrzebę oraz poczuć się jak ostatni idiota. Za każdym razem dotyczyło to dziedziny, na której się niespecjalnie znałem, ale dało okazję do ciekawych obserwacji samego siebie.

Parę miesięcy temu wymienialiśmy drzwi do szafy ściennej. Wielkie bydlęta, prawie trzy metry długości, a jako że mieszkamy wysoko, nie miałem pojęcia jak się ich wyzbyć. Z dużym trudem udało mi się znieść kilkanaście pięter w dół metalowe listwy, które te drzwi przytrzymywały, ale nie miałem pojęcia co zrobić z samymi drzwiami. Kilkanaście razy próbowaliśmy je z narzeczoną wsadzić do windy towarowej w naszym bloku i nijak nie dało się ich zmieścić.

Dzień później przyjechali monterzy nowych drzwi – jak zrozumieliśmy przy montażu, wnieśli je po schodach. Silne chłopy, więc nie zgłębialiśmy. Na odchodnym zapytaliśmy, czy za dodatkowych 100zł  bonusu nie znieśliby starych drzwi, tak byśmy je mogli normalnie wyrzucić.

Panowie się chętnie zgodzili, zanieśli drzwi do windy, przy wstawianiu zrobili myk w postaci dwóch różnych obrotów (my próbowaliśmy z jednym) i viola! drzwi się zmieściły…


Druga historia miała miejsce parę dni temu. Musiałem wezwać hydraulika – zlew kuchenny mi się zapychał, próbowałem go rozebrać i przemyć cały syfon, ale wyglądało na to, że zator jest głębiej w rurze odpływowej. Gdzieś w necie wyczytałem, że czyści się to specjalną śrubą, więc postanowiłem zdać się na fachowca. Koszt takiej wizyty to 120 zł. Fachowiec przyjechał, odkręcił, sprężyny bynajmniej nie wyjmował, ale coś lekko zaczarował i w jakieś 3-4 minuty było po zatorze.


W jednej i w drugiej sytuacji pierwszą reakcją było poczucie się jak idiota. Ot, może trzeba było jeszcze trochę pokombinować, jeszcze trochę poobijać windę kiwając drzwiami, jeszcze trochę pogmerać przy rurach – i byłoby ok. Stówka to może nie majątek, ale szanuje pieniądze i wydawanie ich lekką ręką nie jest czymś, co lubię.

A z drugiej strony? Z drugiej strony miałem po prostu potrzebę (pozbyć się drzwi, mieć niezatkany zlew), ktoś przyszedł i tą potrzebę załatwił. Byłem gotowy tyle za to zapłacić ile zapłaciłem, więc gdzie problem? Mogę co najwyżej wziąć lekcję na przyszłość, by w takiej sytuacji spróbować poradzić sobie sam, ale czemu się tym przejmować?

Łatwo w takiej sytuacji ulec pierwszemu podejściu i skupić się na nim. Tylko to po prostu nie działa. Natomiast na przyszłość wiem już, że – wzywając fachowca -będę z góry zakładał, że może on bez wysiłku zrobić coś, po co został wezwany. I super – w końcu obaj oszczędzamy dzięki temu czas, więc czemu miałbym narzekać?


A jako szersza lekcja, do wyciągnięcia – zdarzają się czasem sesje coachingowe, gdy zmiana polega dosłownie na przesunięciu jednego “przycisku”. Pstryk! I po sprawie. Ważne jest dla mnie zachować świadomość, jak może w takiej sytuacji zareagować klient, który zamiast zachwycić się szybkością zmiany może wręcz poczuć się głupio “Jak to? To tyle się zmagałem z tym problemem, tyle wybuliłem za terapię, a tu da się to zrobić tak łatwo? Ale ze mnie idiota!”

A to coś, o co będę musiał zadbać i przepracować z klientem.


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis