Na ile decydują o nas geny?

 

Czy to jacy jesteśmy jest zdefiniowane tym, jacy się urodziliśmy? Czy nasze geny warunkują naszą osobowość, inteligencję, poczucie szczęścia, szanse na sukces? W końcu często dzieci aktorów zostają aktorami, spójrzmy na Maćka Sthura! Dzieci bogatych często odnoszą sukces! Dzieci intelektualistów są często intelektualistami. Czy to nie mówi o tym, że geny są kluczowe, a zaprzeczanie temu to negowanie biologii? Szuryzm na poziomie negowania ewolucji? Ba, czy nie mówi to o tym, że nierówności na świecie są naturalne i genetycznie usprawiedliwione? Może niektórzy rodzą się po prostu lepsi? Czy determinizm genetyczny, założenie, że nasza inteligencja, poczucie szczęścia, cechy temperamentu itp. są niezmienne i genetycznie uwarunkowane ma sens?

No cóż: nie.

Owszem, geny mają znaczenie dla tego jacy jesteśmy. Jednak ich wpływ jest dużo bardziej złożony niż wydaje się większości ludzi. W większości kontekstów mówią raczej o tym jak zareagujemy na dane środowisko, na które możemy, ale nie musimy być wystawieni, niż o tym jacy będziemy. Zdecydowanie nie umożliwiają natomiast usprawiedliwienia nierówności społecznych czy stwierdzenia, że dana osoba „osiągnęła już szczyt swojego potencjału” w danej dziedzinie. Nie dają żadnej podstawy do genetycznego determinizmu, ani żadnych podobnych hipotez. Co więcej, wypaczone czy nadinterpretowane badania genetyczne często są celowo wykorzystywane właśnie do promowania problematycznych ideologii na temat płci czy grup etnicznych. Choć sama genetyka nie jest tu niczego winna, to po prostu nauka, to jakie konkretnie pytania zadajemy i jak uparcie szukamy w danym zakresie wyników ma bardzo duże znaczenie.

Wiedziałem o tym już dawno, ale ostatnimi miesiącami trafiłem na kilka bardzo ciekawych źródeł, które tym bardziej pokazały mi jak genetyka bywa nadużywana, jak złożona jest prawdziwa interakcja genów i środowiska i czemu większość wyjaśnień genetycznych można o kant filozofa rozbić. Porozmawiajmy sobie więc o tym trochę.

 

 

Geny czy środowisko?

Podstawowa kwestia, od której warto zacząć i którą już poruszałem kiedyś na blogu, to kwestia proporcji genów i środowiska. Na pytanie „czy za daną cechę odpowiadają geny czy środowisko” w zasadzie wszyscy już dziś nauczyli się odpowiadać „geny + środowisko”. Problem w tym, że nie do końca rozumieją co z tego wynika.

Zapiszmy to bowiem  w formie równania: Cecha = Geny + Środowisko

Oznacza to, że jeśli wyeliminujemy różnice w genach, to zostaje nam czysty wpływ środowiska, a jeśli wyeliminujemy wpływ środowiska, to zostaje nam czysty wpływ genów. Proste, prawa? Wyeliminujmy wpływ jednego i już znamy wpływ drugiego. A = X + Y. Wpływ genów = co zostanie z cechy po wyeliminowaniu różnic środowiskowych; wpływ środowiska = co zostanie z cechy po wyeliminowaniu różnic genetycznych. Proste.

 

No nie do końca.

Sęk w tym, że gdy badamy ludzi, to w żadnej badanej populacji ani X, ani Y nie są stałe. Gdy mówimy o tym w jakim stopniu środowisko wpływa na cechę nie weryfikujemy przecież wszystkich możliwych środowisk (bo nie mielibyśmy jak tego robić), a jedynie pewien wycinek powszechnych środowisk, w ramach których funkcjonuje dana populacja. W określonych warunkach wpływ środowiska może być niewielki, ale drastyczna zmiana środowiska może przewrócić to równanie do góry nogami.  Dla przykładu, wzrost jest cechą mocno zdeterminowaną genetycznie. Typowo szacuje się, że w 80% odpowiadają za niego geny, a w 20% inne czynniki. To jednak dotyczy obecnych warunków w jakich żyjemy. Jeśli dane dziecko będzie poważnie niedożywione, to choćby jego geny pozwalały mu być bardzo wysokie, prawdopodobnie tego wzrostu nie osiągnie. Chyba, że zaczniemy temu niedożywionemu dziecku zapewniać obfity i pożywny pokarm, wtedy ma szanse nadrobić dużą część, lub nawet straty.

Zmieniając środowisko zmieniamy skalę jego wpływu.  Gdy ocenialiśmy wpływ genów na wzrost, ocenialiśmy go w warunkach w jakich żyje większość populacji np. w Niemczech, gdzie niedożywienie dzieci nie jest dużym problemem. Nie braliśmy pod uwagę środowiska przewlekłego niedożywienia, bo nie jest środowiskiem, które występuje w tej populacji. (Lub przynajmniej występuje na tyle rzadko, że nie mieliśmy okazji przebadać jego wpływu w tych grupach, które badaliśmy.) Gdyby nagle w Niemczech pojawiła się klęska głodu, dodałoby to zakres środowisk, których wcześniej nie badaliśmy i których wpływ może być większy.

 

Co więcej, nawet w ramach izolowania wpływu tych normalnych środowisk nie jest zbyt łatwo. Najbliższą kwestią byłyby tu badania na bliźniakach jednojajowych (a więc genetycznie identycznych), które zostały rozdzielone po urodzeniu, po latach się spotkały i wtedy badamy na ile są podobne, a na ile odmienne. No miały tutaj zupełnie inne warunki, więc wszelkie podobieństwa będą genetyczne, a wszelkie różnice środowiskowe, prawda?

No nie do końca.

 

Pomyślcie chwilkę. Ile takich par bliźniąt jednojajowych rozdzielonych przy urodzeniu może być? Bliźnięta jednojajowe występują średnio w trzech porodach na tysiąc. Adoptowanych jest przeciętnie 1-2% dzieci (w zależności od kraju). Tu jednak mamy do czynienia nie tylko z adopcją, ale z bardzo szczególnym rodzajem adopcji – rozdzieleniem rodzeństwa i to bliźniąt. Potem jeszcze te bliźnięta muszą się jakoś odnaleźć. Jak wiele takich sytuacji mogło się wydarzyć?

Jak się okazuje, niezbyt wiele. Psycholożka Nancy Segal wskazała, że od 1922 mamy zidentyfikowanych 1894 pary bliźniąt jednojajowych rozdzielonych przy urodzeniu. Co więcej, zdecydowanie nie wszystkie z nich brały udział w badaniach. Nawet optymistycznie zakładając, że połowa się na to zdecydowała, oznacza to, że mieliśmy może ze sto par na dekadę. Z całego świata! To strasznie mało by cokolwiek wnioskować. Gdybyśmy w jakimkolwiek innym badaniu na temat inteligencji czy temperamentu powiedzieli, że mamy próbę 100 osób z całego świata zebranych przez dekadę, to zostalibyśmy wyśmiani…

 

Co więcej, rozdzielenie przy urodzeniu nie oznacza przecież całkowitego zróżnicowania warunków tych dzieci. Przede wszystkim zwykle obydwoje dzieci było adoptowanych. Adopcja zaś jest czymś, na co zgodę dostają typowo rodziny o pewnym powtarzalnym profilu. Raczej z klasy średniej lub wyżej, charakteryzujące się całym zestawem cech pod kątem tak ubiegania się o adopcję, jak np. chęć posiadania dzieci, pewna stabilność rodzinna, itp. (Jasne, są wyjątki, patologiczne rodziny adopcyjne czy domy tymczasowe. Jednak generalnie grupa rodziców adopcyjnych jest dość podobna do siebie.) Co więcej, bardzo rzadko takie dzieci adoptowane są do zupełnie różnych kultur, np. jedno do Rosji, a drugie do Japonii, jedno do Algierii, drugie do Argentyny, itp. Wciąż mamy więc wspólny środowiskowy wpływ danej kultury. (Dla przykładu, jeśli w danym kraju mamy do czynienia z rasizmem, to dorastające bliźnięta z mniejszości będą doświadczały jego przejawów. Działa to też w drugą stronę – nawet bliźniaki wychowywane w jednej rodzinie nie dostają identycznego środowiska i identycznych wzmocnień. Choćby ze względu na ograniczenie czasowe po stronie rodziców.

A, jeszcze jedno – rozdzielenie bliźniąt przy urodzeniu RÓWNIEŻ jest wpływem środowiskowym. Wpływem mocnym i uderzającym w obydwoje bliźniąt, w krytycznym wieku. Znaczenie tego wpływu też trudno ocenić.

 

Oczywiście, mamy też mniej jakościowe źródła. Badania bliźniąt jednojajowych i dwujajowych wychowujących się razem. Badania dwujajowych rozdzielonych przy urodzeniu bliźniąt, których będzie nieco więcej. Tu mamy korzyść w postaci większych prób, ale pozostałe powyższe problemy będą tu się niestety odnosiły wyraźniej. No i wszystkie te badania, jakie by nie były, dość słabo przekładają się na konkretnego człowieka, z którym rozmawiamy.

 

Dlaczego nie można o tym mówić w wypadku jednostek (pomijając pojedyncze choroby)

Gdy mówimy o tym za ile danej cechy odpowiada genetyka lub środowisko, to praktycznie zawsze mówimy o zmienności populacyjnej, nie jednostkowej. Próby odniesienia tych statystyk do jednostki są błędem kategorii.  Jesteśmy w stanie oszacować ogólny wpływ środowiska i genów na grupę ludzi, ale gdy schodzimy do konkretnego człowieka, to co możemy powiedzieć robi się dużo mniej precyzyjne. Choćby dlatego, że u konkretnej osoby za daną cechę odpowiada np. 250, 700 czy 1000 genów, każdy wpływający odrobinę, do tego nie wiemy w sumie do końca jak bardzo wpływają i czy zachodzą między nimi jakieś interakcje. W populacji jesteśmy wziąć na to korektę, uśredniając pewne kwestie. U jednostki nie ma takiej opcji. Wyjątkiem będą tu niektóre choroby genetyczne, powiązane z bardzo precyzyjnymi wariantami genów, czy ryzyko innych chorób, znów opartych na dość powtarzalnym wzorcu.

 

To schemat typu „Ej, mamy uszkodzony przepis na produkowanie białka odpowiedzialnego za tą funkcję, jest to funkcja ważna dla organizmu, poważnie to wpłynie na to jak organizm będzie działał.” Przez analogię budowania domu: dom można zaprojektować na ogromną ilość sposobów. Wiele drobnych czynników może wpłynąć na to czy będzie się w nim np. wygodnie mieszkało, albo czy będzie przytulny. Tak wiele i tak drobnych, że szalenie ciężko to próbować przewidzieć. Tym bardziej, że oprócz samego projektu domu liczy się też jego wystrój i położenie (w tej analogii odpowiednik środowiska). Natomiast jest możliwość popełnienia paru takich błędów projektowych, które sprawią, że na pewno będzie się tam mieszkało niewygodnie, lub wręcz w ogóle się mieszkać nie będzie dało. Np. zapomnimy o kanalizacji jakiejkolwiek i toalecie. Albo podłączymy wodę, ale wrzucimy dziurawe rury i cały dom będzie non stop zalewany.  Te poważne błędy jesteśmy w stanie łatwo wyłapać. Ale wpływ dużo drobniejszych czynników? To szalenie trudno oszacować w przypadku konkretnego domu. Możemy też próbować ocenić ogólnie na ile projekt domu ma znaczenie dla jego przytulności, a na ile jego położenie i wystrój… ale jeśli braliśmy pod uwagę tylko domy w centrum miasta, a nagle okazuje się, że opcją jest też domek na szczycie góry i nad morzem, to znaczenie położenia robi się zupełnie inne.

 

Dlatego jeśli ktoś postuluje, że dziś może nam przeanalizować genom i wskazać z jakąkolwiek pewnością cokolwiek bardziej złożonego niż ryzyko pewnego wąskiego zakresu chorób genetycznych, to po prostu kłamie. Tezy typu „podamy dietę dopasowaną do Twoich genów” czy „powiemy Ci jaki masz genetyczny limit szczęścia” należy wsadzić między bajki, wróżby i estymacje projektowe.

 

Te dwie rzeczy już rozumiałem i już o nich wielokrotnie wspominałem. Już one same sprawiają, że argumenty z genetyki robią się dużo bardziej problematyczne. Ale żeby było zabawniej, okazało się, że to co rozumiałem na temat genetyki i tak jest zdecydowanym uproszczeniem. Zrozumiałem to za sprawą Gilesa Yeo, genetyka odżywiania z Cambridge.

 

 

To nawet bardziej złożone, bo okazuje się że Cecha = Geny x Środowisko!

Jak się okazuje, pierwotne równanie było błędne. To nie suma. To iloczyn. Środowisko wpływa bowiem na to czy geny mogą mieć jakiś wpływ, czy nie.

(Choć pewnie jeszcze lepszym wzorem byłoby „Cecha = Geny x Środowisko + Środowisko„, gdzie i geny i środowisko są dynamiczną wartością, nie stałą. Tak, mówiłem, to skomplikowane.)

 

No dobra, brzmi skomplikowanie, a o co chodzi w praktyce? Weźmy tu na warsztat badanie, które wskazał Yeo i które było dla mnie taką zmianą paradygmatu. Chodzi tu o tzw. Gemini Twin Research Study. (Oczywiście wszystkie zastrzeżenia co do badań nad bliźniętami pozostają w mocy.) Jednym z wyników tego badania była bardzo ciekawa zależność między środowiskiem i genami. Okazało się, że u bliźniąt wychowywanych w domach klasy średniej w których była tradycja zdrowego odżywiania i mało pokus, waga ciała była dziedziczna w 40%. Tymczasem u bliźniąt w tym samym badaniu wychowywanych również w domach najuboższych i mających najmniejszy standard zdrowego odżywiania waga okazywała się być dziedziczna już w 70%. Gdy chwilę o tym pomyślimy, ma to dużo sensu – jeśli np. masz gen, który sprawia, że nieco bardziej łakniesz tłuszczów, to będzie on miał duże znaczenie, jeśli wychowasz się na zupkach chińskich i chipsach, ale dużo mniejsze jeśli typowym jedzeniem w Twoim domu rodzinnym będą sałatki i grillowana pierś z kurczaka. Pomnóżmy to przez setki genów i tysiące wpływów środowiskowych i wychodzi nam dokładnie to, co badaczom z projektu Gemini.

De facto mamy tu powtórzenie uwagi od której zaczynaliśmy – tego, że środowisko i geny są dynamicznymi wartościami, a nie stałymi. Tu jednak idzie to o krok dalej, bo przenosi się już na ten przedział środowisk, w których już funkcjonujemy, bez poszerzania ich zakresu.

Sprawia to też, że dyskusja o tym w jakim stopniu coś jest środowiskowe, a w jakim genetyczne robi się jeszcze bardziej złożona, a wpływ środowiska jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu. Środowisko bowiem jednocześnie decyduje o tym w jakim stopniu geny wpływają lub nie wpływają na daną cechę oraz odpowiada za całą resztę tej cechy ponad wpływem genetycznym.

 

Wracając do naszej analogii domu, to tak jakby w zależności od tego czy dom jest położony w głośnym miejscu (środowisko) jego projekt (geny) może mieć dużo większe lub dużo mniejsze znaczenie dla komfortu (cechy) zamieszkania, w zależności od tego jakie ma wskaźniki wyciszające, a oprócz tego położenie wpływa też na komfort mieszkania tam pod innymi względami. Czyli „Komfort = Położenie x Projekt + Położenie”. (Dla uproszczenia analogii odstawiłem tu na bok kwestię wystroju, która pojawiła się w poprzedniej części.)

 

Epigenetyka, obróbka posttranskrypcyjna i inne czynniki modyfikujące ekspresję genów

Jak już wspomnieliśmy, geny to po prostu przepis na białko. Możliwych białek jest bardzo, bardzo dużo, a geny po prostu mówią rybosomom, wewnątrzkomórkowym fabrykom „ej, produkuj takie białko”. No i jak to często bywa… przepis nie zawsze musi być prawidłowo odczytany. Na to zaś wpływa szereg dalszych czynników, takich jak epigenetyka.

 

Epigenetyka jest stosunkowo nową dziedziną genetyki, mówiącą o potencjalnie dziedzicznych, ale nie przenoszonych przez geny informacjach. Jak to jest możliwe, że coś dziedziczymy, a nie jest to przenoszone przez geny? Cóż, technicznie rzecz biorąc wciąż jest, tylko… Inaczej. W ogromnym uproszczeniu, nasze DNA jest bardzo, bardzo, bardzo długie. Tak gdzieś 150 000 podróży tam i z powrotem na księżyc. I to się wszystko mieści w prawie każdej komórce naszego ciała. (Prawie, bo np. komórki krwi nie zawierają jądra komórkowego, a więc i DNA. Dlatego transfuzja krwi jest relatywnie łatwa do przyjęcia, a przeszczep wątroby już niekoniecznie.)

No więc żeby ta absurdalnie długa instrukcja się zmieściła, musimy ją nieco skompresować. Poskładać. A jak składamy, to wiadomo – niektóre fragmenty łatwiej podejrzeć, a niektóre trudniej. (Jeśli potrzebujecie przetestować, pobawcie się z fizyczną, składaną mapą, powinno to dać niezły punkt odniesienia.) I komórka będzie odczytywała i reagowała tylko na te fragmenty, które jest w stanie podejrzeć. Pozostałe będą ignorowane. (Fachowo mówimy tutaj o wzmożonej lub zahamowanej ekspresji genów. Ekspresji, czyli po prostu produkowania białek na podstawie danej informacji genetycznej. To jak konkretnie składamy poszczególne fragmenty tego planu jest czymś, co może być modyfikowane środowiskowo, ale też co może być przekazywane między podziałami komórek. A więc i dziedziczone. Plan jest więc dalej przekazywany przez geny, ale niektóre jego fragmenty są pomijane.

 

No dobrze, plan rozłożyliśmy na odpowiedniej stronie. To jednak nie koniec możliwych zakłóceń. Odczytany gen musi być bowiem przepisany na RNA i w tej postaci dopiero trafia do komórkowej fabryki. Ten proces przepisania jest jednak kilkuetapowy. I jak to w życiu bywa, coś może pójść nie tak. Większość takich błędów będzie drobnych i pomijalnych, ale nie wie wszystkie. Co więcej, ryzyko i rodzaj takich błędów w tzw. obróbce posttranskrypcyjnej zależy od szeregu czynników środowiskowych, np. jeśli komórka o której mowa jest w strefie walki z infekcją, to będzie to wpływało na cały proces, nawet jeśli sama komórka bezpośrednio nie zostanie zainfekowana przez wirusa. Mamy tu więc kolejny punkt gdzie środowisko może wpływać na to, co wychodzi z naszej genetyki.

 

Kolejnym istotnym czynnikiem są nasi władcy. Nie, nie koty. Chodzi o bakterie. Bo widzicie, mamy ich w sobie… dużo. Swego czasu mówiło się wręcz, że liczba komórek bakteryjnych w ludzkim organizmie jest około dziesięciokrotnie większa, niż ludzkich komórek tego organizmu. Dziś wiemy, że proporcje są bliższe 1.3:1, no ale skoro mamy tak dużo gości, to kto powiedział, że to my tutaj rządzimy? Jakkolwiek by na to nie patrzeć, nawet jeśli to nie nasi goście rządzą, to mają wpływ na to jak funkcjonujemy. I to całkiem duży, między innymi na ekspresję naszych genów. Ba, inne mikroorganizmy też mają znaczenie, np. istotna część naszego DNA jest pochodzenia wirusowego. Nasze mitochondria, komórkowe elektrownie, to coś w rodzaju pierwotnych bakterii, które weszły w symbiozę z innymi komórkami i od tego czasu towarzyszą większości części istot żywych jako pasażerowie. Nasz mikrobiom, tak przeszły jak i obecny, ma na nas więc duży wpływ.

 

Trzeba w końcu wspomnieć o biologii systemów, czyli o tym jak poszczególne poziomy naszego organizmu wpływają na siebie wzajemnie. Żywe organizmy są absurdalnie złożoną siecią pętli informacji zwrotnych, w których zmiany idą zarówno od dołu do góry, jak i od góry do dołu. Nie można powiedzieć, że wszystko wpływa na wszystko (bo wyszedłby z tego bezsensowny blob), ale można powiedzieć, że masa rzeczy wpływa na masę innych rzeczy. Między innymi, znów, na ekspresję genów i ich transkrypcję. A więc po raz kolejny na to jak bardzo nasze geny będą miały znaczenie.

 

W naszej analogii domu, obróbka posttranskrypcyjna mogłaby być porównana do jakości surowców, z których dom będzie budowany według planu. Epigenetyka mogłaby być tym jakich mamy budowlańców, czy będą pracowali według planu, czy pewne kwestie pominą. Mikrobiota to nasi sąsiedzi, niby nie mają znaczenia dla przytulności czy komfortu, ale melina dom dalej okazuje się mieć jednak znaczący wpływ na takie kwestie. Szersza biologia systemowa będzie tym jak zarządzane jest miasto w którym mieszkamy i jak to się przekłada np. na transport miejski czy poziom smogu. Wszystkie te rzeczy wpłyną na to, jak bardzo pierwotny plan sprawdzi się w zapewnieniu nam pożądanych cech domu. Wszystkie też sprawiają, że na podstawie samego planu po prostu nie jesteśmy w stanie przewidzieć (poza niektórymi ekstremalnymi wyjątkami) tego, jak się w danym miejscu będzie mieszkało, nawet zakładając, że budujemy dom w relatywnie podobnych miejscówkach i podobnie je wystrajamy. Trzy domy dalej to niby blisko, ta sama ulica, ale melina jest jakoś deczko mniej uciążliwa, niż gdy mamy ją tuż pod nosem.

 

 

Złożone cechy i zachowania są złożone również genetycznie

Pamiętajmy, geny to po prostu przepisy na białko. Pojedyncze białko rzadko kiedy zmienia, aż tak wiele. Chyba, że chodzi o jakiś kluczowy element danej układanki, wtedy niedobór czy nadmiar może mieć ogromne znaczenie. Dla przykładu, jeśli uszkodzimy gen odpowiedzialny za produkcję leptyny, hormonu informującego nasze ciało, że jesteśmy syci, prowadzi to do ekstremalnego tycia oraz szeregu innych problemów. Mówimy tu o sytuacji typu 3-latek ważący 42 kilogramy. Jeśli osobom z takim uszkodzeniem genetycznym podamy zewnętrzną leptynę, drastycznie zmienia to ich życie, błyskawicznie chudną, stają się zdrowsze, itp. (Niestety, podanie leptyny osobom bez takiej mutacji nie daje żadnych wartościowych efektów. Chlip.) Większość białek, których produkcję możemy zaburzyć lub wzmocnić nie jest jednak choć trochę tak istotna, jak leptyna. Dlatego zmiana wielu genów w ogóle nie będzie miała znaczenia, a wiele innych owszem, ma znaczenie… Ale drobne.

 

Dla przykładu, znane nam geny odpowiadające za sam apetyt i skłonności do odżywiania to ponad 250 wariantów, a genów szerzej powiązanych z otyłością jest ponad 1000… I to jeszcze nie wnika w kwestię genów związanych z naszym metabolizmem i zdolnością do pozyskiwania energii z danego kęsa pożywienia. Tu również możemy mieć różnice, tylko zbadanie ich jest jeszcze trudniejsze niż zbadanie różnic związanych z apetytem. Inteligencja to ponad 1000 genów, które w sumie może, jak się je wyciśnie skrajnie, to odpowiedzą za 10-15% wariancji (a więc różnicy w cesze między populacjami). Mamy więc ogromną ilość drobnych czynników odrobinę popychających dane cechy i w większości przypadków się w dużej mierze wzajemnie niwelujących. (Np. jedna osoba ma kopię genu nieco zwiększającą ochotę na tłuszcz, ale też genu nieco zwiększającego wrażliwość na leptynę, dzięki czemu szybciej robi się syta.) Dlaczego niwelujących? Bo w większości takich cech będziemy mieli tzw. rozkład normalny takich genów, wyjątków mających ekstremalnie dużo genów sprzyjających tyciu lub sprzyjających szczupłości będzie bardzo niewiele. Biorąc pod uwagę taką różnorodność genów wpływających na takie kwestie, dyskusja o dziedziczności takich kwestii jak inteligencja czy np. ugodowość, zwłaszcza w kontekście mniejszości etnicznych czy płci, robi się bardzo problematyczna. Wymagałaby bowiem postulowania (idąc za stereotypem), że kobiety jakoś tak typowo dziedziczą nie jeden, dwa czy pięć, ale pięćset albo i tysiąc genów akurat w tym wariancie redukującym inteligencję, a mężczyźni akurat na odwrót. O ile przy jednym czy kilku genach można by próbować tego bronić, wskazując na to, że są kodowane w pewnym konkretnym zakresie genomu, o tyle gdy mówimy o takiej ilości genów (i ciągle rosnącej!) takie wyjaśnienie nie ma żadnego sensu.

 

Co więcej, nawet jeśli czynniki genetyczne byłyby bezpośrednią przyczyną części międzypłciowej czy międzygrupowej zmienności np. intelektu czy temperamentu, to w jaki konkretnie sposób miałoby to wyglądać jest dla nas wciąż tajemnicą i to na poziomie takim, że nie jesteśmy w stanie ocenić czy kiedykolwiek to uda nam się stwierdzić. Tym bardziej, że geny nie działają same w siebie, wspomniane czynniki epigenetyczne, systemowe itp. też mają tu znaczenie. To wszystko sprawia, że od genów do zachowania czy cech daleka jest droga. Im bardziej złożona cecha czy zachowanie, tym bardziej skomplikowane to przejście od genów do wyniku. A takie kwestie jak osobowość czy inteligencja są wybitnie złożone. Z tego względu sugerowanie, że może jeszcze dziś nie wiemy jak to konkretnie genetycznie wygląda, ale na pewno się dowiemy i na pewno jest to genetyczne, są delikatnie mówiąc naiwne. Choć może bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że są one po prostu ideologiczne, wychodzą z założenia, że tam MUSI być jakaś różnica interpersonalna i MUSI być ona wrodzona, nie może być powodowana czynnikami środowiskowymi.

Jest to tym bardziej problematyczne podejście, że o ile w wypadku wpływu genetyki na złożone procesy mamy bardzo, bardzo ograniczone dane, o tyle jeśli chodzi o wpływ środowiska, dane są bardzo silne i jasne.  Mamy konkretne interwencje, dobrze przebadane, których wprowadzenie przekłada się, przyczynowo, na wyraźne zmiany behawioralne, wyników IQ, itp. Co więcej, takie dane dotyczą znaczących efektów, takich, które łatwo stwierdzić przy relatywnie niewielkich inwestycjach w badania w temacie. (Zwłaszcza w porównaniu z inwestycjami w badania nad genetyką w podobnym zakresie.) Sugeruje to, że gdybyśmy zainwestowali porównywalne środki, to moglibyśmy wykryć szereg interwencji przynoszących wprawdzie mniejsze, ale i tak konkretne efekty. W porównaniu z badaniami genetycznymi, które wciąż nie są w stanie dać jakichkolwiek praktycznie wartościowych wyników (w tym obszarze – bo jest wiele innych faktycznie cennych!) skupienie na interwencjach środowiskowych wydaje się więc być dużo lepszym wyborem.  W pewnym uproszczeniu to tak, jakbyśmy maksymalnie byli w stanie przypisać genom różnicę ok. 15% wariancji, co przekładałoby się gdzieś 10 punktów IQ, rozłożone na jakichś tysiąc genów, z których wiele nie znamy, ale w sumie trudno to sprecyzować. Podczas gdy mamy kilka potwierdzonych interwencji, z których każda niezależnie przekłada się na dodatkowych 5-10 punktów IQ.

Gdybym powiedział Ci, że 1000 zł Twojej pensji być może zależy od szeregu niezmiennych czynników związanych z tym gdzie się urodziłeś, ale kolejnych 3 tysiące zależy od tego, czy wdrożymy szereg programów, z których każdy podbije Twoją pensję o 500-1000 zł, to czy twierdziłbyś, że nie ma sensu ich wdrażać, bo nie zmienisz tego gdzie się urodziłeś, czy raczej uważałbyś, że przede wszystkim warto je wdrożyć?

 

A jednak w wypadku takich różnic między płciami czy grupami etnicznymi nagle niektórzy stwierdzają, że nie ma sensu bawić się w żadne programy czy wyrównywanie szans, bo przecież te różnice są wrodzone i tyle.

 

 

Jak powoływanie się na geny służy do zachowania status quo

Powoływanie się na wrodzone cechy pewnych grup względem innych ma bardzo, bardzo długą i bardzo niesławną historię. Co charakterystyczne, praktycznie zawsze było stosowane dla uzasadnienia i usprawiedliwienia istniejącej nierównowagi władzy.

Było powszechne długo zanim poznaliśmy koncepcję genów czy dziedziczenia cech. Dla przykładu, nasi XVI-wieczni szlachcice, doprowadzający do mistrzostwa sztukę wyciskania ostatnich groszy z chłopów pańszczyźnianych lubili to uzasadniać twierdząc, że to naturalny porządek rzeczy. W końcu szlachta miała pochodzić bezpośrednio od starożytnego ludu Sarmatów, podczas gdy chłopi byli potomkami biblijnego Chama, syna Noego, przeklętego przez ojca za to, że naśmiewał się z niego gdy ten się opił. Skoro Noe przeklął ród Chama by był zawsze sługą swoich braci, a wszyscy ludzie wywodzili się od synów Noego, to jasno wynika, że chłop, czyli Cham, ma służyć swemu panu, czyli szlachetnemu Sarmacie. (Tak, tak, sarmatyzm o którym się uczyliśmy pochodzi z tej narcystycznej bajeczki, podobnie jak określanie kogoś mianem chama, albo jakiegoś zachowania mianem chamstwa.) Dzięki temu szlachcice mogli się uważać za dobrych chrześcijan, nawet wykorzystując do cna swoich poddanych. W końcu to było „naturalne”, że chami służyli sarmatom, było to im wrodzone i nie ma co się z tym kłócić.

Za oceanem bardzo podobna narracja zaczęła wyrastać w kontekście niewolnictwa, a apogeum osiągnęła na przełomie XVIII i XIX wieku. Z jednej strony mieliśmy bowiem wielkie zrywy wolnościowe i równościowe, wolność, równość, braterstwo… Ale z drugiej jakoś ci bracia równi i równiejsi. Uzasadnieniem było stwierdzenie, że czarnoskórzy niewolnicy „naturalnie” są mniej inteligentni i zaradni, potrzebują kogoś kto nimi pokieruje i w zasadzie to właściciele robią im przysługę.

Równocześnie pojawiła się zresztą druga podobna „naturalna” bajeczka, tym razem o tym, że kobiety no może nie są gorsze od mężczyzn, bo równość i te sprawy, ale… Ale są inne! Tak „naturalnie” inne. Tak bardzo  „naturalnie” chcą się zajmować domem, dziećmi, zostawiając całą tą obrzydliwą sferę biznesu, nauki, polityki, itp. mężczyznom, którzy po prostu „naturalnie” idealnie pasują do tych, zupełnym przypadkiem dużo bardziej prestiżowych i dających większą władzę obszarów. No tak jest, nie ma co z tym walczyć!

Rozochoconych taką „naturalnością” czytelników o skłonnościach bardziej prawicowych (uchowali się tu jacyś jeszcze?) chciałbym na tą chwilę zapauzować i wskazać, że na przełomie XIX i XX wieku równie „naturalne” było wrodzone i niemożliwe do wykluczenia lenistwo, nieuczciwość, alkoholizm i głupota Irlandczyków, Włochów i… Słowian, w tym Polaków. (Oraz, co ciekawe, lenistwo, marzycielstwo i lekkoduszność… Japończyków… Jak szybko ta „natura” się zmienia!) Wręcz wskazywano, że mając do wyboru któregoś z takich imigrantów albo osobę czarnoskórą, zdecydowanie i bez wyjątku należy wybrać osobę czarnoskórą, bo będzie zdecydowanie bardziej pracowita i uczciwa.

Potem zaś mamy początek XX wieku i wszelkie projekty eugeniczne, próby „czyszczenia” społeczeństwa z „naturalnie” nieprzystających jednostek, zakończone popisowo w trakcie i w okolicach II WŚ, czy to w formie dobrze nam znanych niemieckich obozów zagłady w Polsce, czy japońskich masakr cywilów w Chinach, czy amerykańskich obozów koncentracyjnych dla azjatów, czy brytyjskiego zagłodzenia Indii, czy polskich obozów koncentracyjnych (a co, też mieliśmy! nie będzie Niemiec pluł nam w twarz!) w Szkocji dla lewaków, homoseksualistów i żydów wśród wojska polskiego na uchodźctwie, Te wszystkie zbrodnie i niezliczone inne opierały się na prostym argumencie: że pewne grupy ludzi są naturalnie, we wrodzony sposób gorsze niż inne.

 

I wciąż się nie nauczyliśmy. Jasne, nauczyliśmy się nie używać pewnych słów. Lepszego PR. Eugenika stała się terminem zakazanym po wojnie… Ale wielu badaczy z tej dziedziny gładko przeszło do badań nad rozwijającą się akurat genetyką. I zaskakująco często skupiali się akurat na takich tematach badań, które mogłyby pozwolić dowieść tego, że pewne grupy ludzi są naturalnie, we wrodzony sposób gorsze niż inne. Albo no może nie gorsze, ale no po prostu nie nadają się do biznesu czy zarządzania, tylko do prostych prac fizycznych albo zarządzani domem. Co, z nauką się będziesz kłócił?

 

Dla jasności, nie twierdzę bynajmniej, że wszyscy, ani nawet znacząca część genetyków działa z takich przesłanek. Wielu fascynuje biologia, interesuje zgłębianie specyfiki gatunku ludzkiego. Niektórzy wręcz zainteresowali się genetyką bo chcieli wykazać, jak mało się różnimy, jak podziały wg. kategorii „rasowych”, etnicznych czy płciowych są po prostu głupie. Problem w tym, że często nie przewidzieli jak wyniki ich badań mogą być wykorzystywane. Czasem przez wypaczenie, czasem przez wycięcie kluczowych kwestii i przedstawienie bez kontekstu, a czasem przez sam fakt, że takie badania są.

 

Bo widzisz, to jakie pytania zadajemy w nauce ma znaczenie. To, że decydujemy się porównywać akurat osoby o ciemnej i jasnej karnacji, albo, żeby było mniej kontrowersyjne, osoby o większym czy mniejszym stopniu pochodzenia sub-saharyjskiego… A nie np. rudych i szatynów, albo długo i krótkorękich… To ma znaczenie!

 

Po pierwsze dlatego, że subtelnie utrwala podział. Nawet dowodząc, że nie ma różnic między mężczyznami i kobietami, czy między grupami etnicznymi lub rzekomymi „rasami”, jednocześnie utrwalasz te kryteria jako coś oddzielnego. No bo jeśli by coś nie było na rzeczy, jeśli by nie było tu faktycznie żadnych różnic… To po co byśmy porównywali akurat te grupy? Nawet dowody na brak różnic utrwalają poczucie oddzielności takich grup, a jakiekolwiek najdrobniejsze sugestie różnic rosną wizerunkowo do kolosalnych rozmiarów. I nie ma tu znaczenia, że nawet jeśli pojawiają się jakieś różnice, to zróżnicowanie wewnątrz tak zdefiniowanych podgrup jest skrajnie większe, niż między nimi. Nie. Znaleźliśmy różnicę, więc wszystkie nasze dotychczasowe stereotypy są w stu procentach uzasadnione. (Tak samo jak w wielu innych dziedzinach zbudowanych w dużej mierze na próbach utrwalania stereotypów. „Co? Na 16 cech mężczyźni uważają karierę partnerki za 16 z 16, najmniej ważną, a kobiety karierę partnera za nr 15 z 16? Płeć wyjaśnia zaledwie 2.4% zróżnicowania preferencji w wyborze partnera/ki? Nie no, ten wynik jasno pokazuje, że mężczyźni i kobiety mają skrajnie inne oczekiwania wobec partnerów, a dla kobiet najważniejsze są prospekty kariery partnera!” parafrazując bzdurne pseudonaukowe książki parapsychologii pseudoewolucyjnej Davida Bussa.)

 

Po drugie, to jakie pytania zadajemy jest istotne także dlatego, że łatwo może nas prowadzić do fałszywych pozytywów. Wniosków które wydają się prawdziwe, choć nie są. Dla przykładu, moglibyśmy zrobić badania w poszukiwaniu „genu picia alkoholu”, porównując populacje Czech (najwyższe spożycie na świecie w 2019) i Algierii (jedno z najniższych). Znaleźlibyśmy szereg różnic genetycznych między tymi populacjami, ładnie przekładającymi się na różnice w spożyciu alkoholu. Na wszelki wypadek zrobimy jeszcze inne porównanie, między Litwą, a Tunezją. Doprecyzowaliśmy nasz model, wydaje się nam, że znamy dokładnie „geny alkoholizmu”, prawda?

Mam nadzieję, że już dostrzegacie problem z takim „badaniem”. Bo owszem, między populacjami tych dwóch rejonów będą istotne różnice genetyczne… Ale przede wszystkim mamy bardzo duże różnice kulturowe, słowiańską tradycję picia i bardzo łatwy dostęp do alkoholu po jednej stronie, a religijnie narzuconą abstynencję w krajach muzułmańskich, połączoną z utrudnieniami w sprzedaży alkoholu. Nasze „geny alkoholizmu” były przypadkowym wynikiem powiązanym z tym jak skoncentrowane są poszczególne wpływy środowiskowe.

 

Pomyślcie teraz o tym, jak odmiennym wpływom środowiskowym, często od najmłodszych lat (lub wręcz prenatalnie) poddawani są mężczyźni i kobiety. Albo osoby z dominującej w danym rejonie etniczności, a osoby z mniejszości etnicznych.  W jakich rodzinach w ogóle się rodzą takie osoby? (W USA, dla przykładu, różnica majątku między przeciętną białą i czarną rodziną jest aż 10-krotna. A wiemy, że zamożność rodziny przekłada się zaś na takie kwestie, jak inteligencja, np. przez to, że zamożniejsi rodzice mogą typowo więcej czasu poświęcić swoim dzieciom, co ma znaczenie dla ich rozwoju.) Jakie doświadczenia mają na każdym kroku? Czy różne ścieżki życia czy kariery są im przedstawiane jako równie prawdopodobne? Mniej? Bardziej?

Zjawiska takie jak stres mniejszościowy i zagrożenie stereotypem są w psychologii bardzo dobrze opisane. Pierwsze mówi o tym, jak osoby z mniejszości poddawane są przewlekłym stresorom ze względu na doświadczaną dyskryminację, co przekłada się na ich wyniki. Drugie o tym, że aktywowanie określonego stereotypu grupy może znacząco wpłynąć na motywację danej grupy w wykonywaniu zadania. Dla przykładu, amerykanki azjatyckiego pochodzenia wypełniające test z matematyki uzyskają inne wyniki jeśli na początku testu mają podać płeć (aktywacja stereotypu „kobiety są gorsze z matematyki”), niż jeśli mają podać etniczność (aktywacja stereotypu „Azjaci są lepsi z matematyki”). W tym drugim przypadku nie ma żadnej różnicy między wynikami mężczyzn i kobiet. (Działa to też w drugą stronę, mężczyźni typowo gorzej wypadają na testach empatii niż kobiety, ale jeśli powie się im, że dany test był zaprojektowany specjalnie pod mężczyzn i faceci na nim dobrze wypadają, to nagle różnica między płciami znika.)

 

Pomyślcie teraz o tym jak powyższe fakty przełożą się na wyniki powiązania między genetyką, a cechami, w zależności od tego jak podzielimy grupy. Możemy zrobić badania po kategorii etniczności… i wyjdzie nam wtedy różnica między grupami etnicznymi. Ale te same badania możemy zrobić po kategorii majątkowej… i wyjdzie nam wtedy różnica między grupami majątkowymi. Jeśli zrobimy badanie na temat empatii po kryterium płci, wyjdzie nam różnica płciowa w empatii. Ale jeśli zrobimy to samo badanie po kryterium motywacji, wyjdzie nam różnica motywacyjna w empatii. W przypadku złożonych czynników, powiązanych z wieloma elementami, to jak dzielimy grupy w zasadzie definiuje jakie odpowiedzi dostaniemy.

Oczywiście, prawidłowo powinniśmy teraz zrobić badanie w którym najpierw dopasujemy ludzi pod względem majątkowym i dopiero będziemy ich porównywali po kategorii etniczności. To daje już trafniejsze wyniki – i pokazuje, że wyniki inteligencji są powiązane z majętnością oraz kulturową presją na edukację, a nie z grupą etniczną. Nie jesteśmy jednak w stanie wyizolować wszystkich czynników zakłócających. Możemy wykluczyć wpływ majątku, ale co z wpływem doświadczanej dyskryminacji? Albo innymi miejscami zamieszkania? Albo…

To jakie pytania zadajemy ma znaczenie. Dlatego, jako prosta zasada – jeśli pytanie które chcesz zadać na temat różnic powiela jakikolwiek kulturowy stereotyp… Zwłaszcza stereotyp powiązany z nierównowagą władzy… To zadaj inne o tą samą wartość. Czy to będzie inteligencja, ugodowość, czy dowolna inna cecha. Zadaj dziesięć takich innych pytań. Zweryfikuj je wszystkie NAJPIERW. Dopiero wtedy, jeśli te kwestie nie wyjaśniły ci jeszcze zróżnicowania danej cechy, zadaj pytanie które powielałoby kulturowy stereotyp. Wtedy masz jakąś szansę na sensowną odpowiedź.

 

Czy da się oszukać genetykę?

Geny mają znaczenie. Z tym nie sposób dyskutować, byłoby to absurdalne.

Niemal równie absurdalne są jednak próby prostego, liniowego przechodzenia od genetyki do złożonych cech, jakie próbują stosować zwolennicy determinizmu genetycznego. Co więcej, bardzo przewidywalne kierunki tego liniowego przechodzenia sugerują, że ich motywacja od samego początku jest wypaczona i ideologiczna. Jeśli mimo ogromnych wysiłków badania wciąż nie chcą potwierdzić stereotypów utrzymywanych przez pewne grupy, stereotypów które jawnie tym grupom sprzyjają, stawiając ich przedstawicieli na szczycie lokalnej hierarchii, a jednak te osoby nalegają, że jak nie teraz, to za rok, pięć, dziesięć, ale badania w końcu potwierdzą ich tezę… To jest to po prostu próba racjonalizacji stereotypów.

Geny mają znaczenie. To znaczenie jest jednak tak głęboko powiązane ze środowiskiem w jakim żyjemy, a wpływ poszczególnych genów tak drobny w porównaniu do możliwości modyfikowania tego środowiska, że próby uznawania jakichś złożonych cech czy zachowań ludzkich za genetycznie zdeterminowane i ograniczone są jawną kpiną z wiedzy naukowej. Zwłaszcza w sytuacji, gdy możliwości zmiany genów mamy na ten moment dość ograniczone (przynajmniej na skalę masową), natomiast mamy dostęp do ogromnej liczby sprawdzonych, dających konkretne efekty interwencji środowiskowych w każdym obszarze, który mógłby nas interesować.

Pytanie „Czy da się odszukać genetykę” jest po prostu błędnie zadane. Genetyki nie trzeba oszukiwać. Przedstawianie jej jako niezłomny wyrok, determinujący nasze życie ma sens w przypadku wąskiej grupy poważnych chorób. W każdym innym przypadku będzie to uproszczenie wynikające z ignorancji na temat prawdziwego piękna tej dziedziny.

Geny mają znaczenie. Poznanie pewnych sposobów na jakie wyrażają się nasze geny może pomóc nam dobrać optymalne interwencje środowiskowe do nich.

Bo koniec końców – to środowisko ma kluczowe znaczenie dla tego, jak i czy w ogóle nasze poszczególne geny wyrażą się w naszym życiu.

 


Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!

Przykładowe pytania:

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis