Mit buntownika-terapeuty

Jednym z najpopularniejszych mitów w kontekście psychoterapii i pracy nad sobą jest idea, którą można by określić mianem „mitu buntownika-terapeuty”. To historia o tym jednym, odważnym terapeucie, który ośmielił się wystąpić przeciwko skostniałemu systemowi i odkrył nowy, niezwykły sposób na to, żeby pomagać ludziom.

W filmach o szeroko rozumianej pomocy psychologicznej mit ten powraca niemal cały czas. Mamy Patcha Adamsa, który odkrył „magiczną” moc śmiechu, wbrew sztywniackiemu systemowi leczenia. Mamy „Lot nad kukułczym gniazdem”, gdzie Randle McMurphy, jeden z pacjentów, rozwiązuje ich problemy, problemy, których nie była w stanie nawet tknąć instytucja zbudowana w tym celu, po prostu odkrywając jeden niezwykły sposób by dotrzeć do chorych i niemal cudownie ich ozdrawiając. W końcu wystarczyło jąkającemu się gościowi załatwić kochankę i po problemie!

Taki mit pojawia się oczywiście nie tylko w filmach. Znajdziemy go też w narracjach na temat wielu rzeczywistych terapeutów. W końcu, skoro ludzie są na ten mit uwrażliwieni, to aż szkoda go nie wykorzystać marketingowo, prawda?  Jako buntownika przedstawiano choćby Ericksona i skupionych wokół niego terapeutów krótkoterminowych, czy Farelly’ego z jego terapią prowokatywną. (Trudno mi przy tym ocenić na ile sami ci terapeuci tak się przedstawiali, a na ile przedstawiali ich tak ich promotorzy i uczniowie – stąd na wszelki wypadek termin „przedstawiano”.) Również w coachingu i innych obszarach rozwojowych tacy „buntownicy” pojawiają się nader często.

Dlaczego jojczę na ten mit?

Cóż, niestety, ale generuje on całą masę problemów.


Przede wszystkim wpisane jest w niego domyślne założenie, że „oficjalny” system psychoterapii, coachingu, itp. jaki mamy jest zły, skorumpowany czy w inny sposób wypaczony. Że tylko nieliczni „buntownicy” znają prawdę i wiedzą jak leczyć czy pomagać. Większość jest nieudolna, niekompetentna lub ma po prostu złe intencje. Takie podejście jest oczywiście potwornie nie fair wobec ogromnej rzeszy świetnych fachowców, stających na głowie by pomagać swoim klientom. Tak, system nie jest idealny. Tak, zdarzają się sytuacje głupie, wypaczone czy złe. Jesteśmy, niestety, ludźmi, ze wszystkimi tego ograniczeniami. Tym niemniej takie wypaczenia bardzo łatwo jedynie rosną w wypadku pojedynczych buntowników, często odrzucających pewne reguły nie dlatego, że rozumieją ich ograniczenia i wady, ale po prostu dlatego, że nie czują się komfortowo w kontakcie z jakimikolwiek regułami i chcieliby się ich pozbyć.

Owszem, zdarzy się czasem, że ktoś odkryje jakieś rozwiązanie cenne i skuteczne i chciałby je zacząć stosować jak najszybciej, by pomóc jak największej grupie ludzi. Tyle tylko, że często nie wie tak naprawdę, czy to rozwiązanie faktycznie jest cenne, czy tylko się takie wydaje. Bez badań naprawdę trudno to ocenić. Dla jasności, granica tu nie jest jasna, wiele technik będzie się opierało na prior probability, na tym, że w świetle tego wszystkiego co wiemy mają szanse zadziałać, choć nie mamy na nie bezpośrednich badań. Tyle tylko, że ten cały „establishment” ma tego świadomość i wątpliwe, by ktoś stał się wyklętym buntownikiem za stosowanie akurat takich technik. Ba, w ogóle nie jest tak łatwo stać się wyklętym buntownikiem – to raczej tożsamość, którą ktoś sam sobie nadaje, niż coś, co zostaje nadane przez środowisko branżowe.


Skoro jednak mówimy o kwestii niesprawdzonych rozwiązań, cóż, to kolejny problem z buntownikami. Nawet jeśli ich rozwiązania są cenne i wartościowe, jeśli nie przejdą standardowego sita badawczego, nie ma najmniejszych szans, żeby przetrwały na przyszłość. Na zawsze skazane są na bycie pobocznymi, odlecianymi rozwiązaniami. To ściana, z którą zderzyło się choćby NLP i teraz, w ramach NLPt czy Research & Recognition Project powoli stara się nadrobić dekady zaległości. Koniec końców nie da się być wiecznie buntownikiem, w pewnym momencie trzeba dorosnąć… lub się stoczyć. Niestety, nastawienie na bunt może zniechęcać do takich prób dorośnięcia i weryfikacji narzędzi, tym samym skłaniając do samodzielnego zakopania swoich własnych odkryć.


Ale największym problemem w micie buntownika jest to, jak traktuje pacjentów terapeutycznych czy klientów coachingowych. Pisałem już kiedyś o tym, że taki „mit magicznego leku”, „jednej prostej rzeczy, na którą nie wpadli eksperci, a która zmieni wszystko” jest strasznie krzywdzący dla osób mających faktyczne problemy. Potwornie spłyca problemy i często wieloletnie zmagania klientów.

Tak, czasem da się dokonać zmiany szybko i skutecznie. Czasem nawet błyskawicznie. To jednak raczej wyjątek niż reguła, większość zmian jest procesem. I to procesem często długotrwałym. Bardzo często sinusoidalnym – możemy mieć gwałtowna poprawę, owszem, a po niej równie gwałtowne pogorszenie. Kluczem jest to, w jakim kierunku finalnie ta sinusoida będzie zmierzała. Czy raczej w górę, czy raczej w dół.

Jeśli zamiast tego zaczynamy stosować proste rady i rozwiązania – „jesteś w depresji bo za mało się śmiejesz”, „jesteś nieśmiały, bo jesteś dziewicą” i podobne „magiczne pociski” jakie serwuje nam ten mit – to po prostu potężnie trywializujemy ludzkie cierpienie. Że też ta osoba w depresji nie pomyślała, że powinna się więcej śmiać!


Dobra wiadomość jest taka, że ten mit buntownika-terapeuty wydaje się powoli znikać z naszych mediów. Trudno mi przypomnieć sobie filmy z ostatnich 5-10 lat, w których takie trendy byłyby wyraźne. Zła jest niestety taka, że na tym micie opiera się wiele spośród klasycznych filmów z minionych lat – choćby wspomniane „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Patch Adams”. W efekcie dość trwale wsiąkł on w nasze kulturowe DNA i minie zapewne wiele czasu, zanim uda nam się go całkiem pozbyć. Co nie znaczy, że nie warto próbować.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis