Dlaczego wszyscy nie jesteśmy socjopatami?

Na ten wpis złożyło się kilka kwestii, od pytań czytelników mających wątpliwości w tym temacie, po jedną wyjątkowo paskudną dyskusję na blogu w której autor próbował  między innymi racjonalizować gwałt jako „świadectwo dobrego genotypu” (autor już wyleciał, samemu kasując jej ślady, ale hej, disqus przechowuje wszelkie obrzydliwości, które ktoś wrzucił, niestety…) Pomyślałem więc, że przyda się post bezpośrednio tłumaczący czemu taki model myślenia o świecie i ludzkiej interakcji jest absurdalny. Czemu nastawienie na współpracę/altruizm w miażdżącej większości przypadków okazuje się po prostu bardziej opłacalne, niż na egoizm/socjopatyczne ignorowanie innych. I to zarówno dla jednostki, jak i dla całej grupy.

 

 

Problem altruizmu

W trakcie dyskusji w tym temacie często pojawia się wątpliwość, czy w ogóle możemy mówić o altruizmie. Czy nie jest tak, że koniec końców altruistyczne zachowania robimy też dla jakiejś wewnętrznej przyjemności, więc nie są do tak końca altruistyczne?

W kontekście omawianego tematu, nie ma to najmniejszego znaczenia. Niezależnie od tego, czy założymy, że altruistyczne zachowania są koniec końców egoistycznym spełnieniem jakiejś przyjemności, czy nie, w kategoriach o których rozmawiamy wciąż kwalifikowalibyśmy je jako altruistyczne i nastawione na współpracę. Choć,  skoro już ruszamy ten temat, to uważam, że może istnieć realny altruizm. Owszem, może zachowania altruistyczne mogą sprawiać nam przyjemność i w ten sposób być naszymi motywatorami. Mogą, ale nie muszą. Jestem tu zwolennikiem podejścia sufickiego, które zakłada, że owszem, możesz wykorzystać pewną wartość jaką daje altruistyczne działanie po to, by czuć się lepiej. Albo po to, by zyskać pewien społeczny respekt. W tych przypadkach nie byłoby to już tak naprawdę działanie altruistyczne. Jednak ta wartość może być też czymś, co czyni Cię lepszą osobą, jako człowieka, jeśli nie „wydasz” jej na lepsze samopoczucie czy respekt. Jeśli robisz pewne rzeczy nie dlatego, by czuć się z tym dobrze, ani by zdobywać szacunek innych, ale po prostu dlatego, że w danej sytuacji nie możesz zrobić inaczej.

To jednak, jak mówiliśmy, wtórne rozważania. Skupmy się na sednie – czyli czemu w ogóle mając do wyboru zachowania egoistyczne i altruistyczne, mielibyśmy wybierać te drugie.

 

Dylemat więźnia

Jednym z prostych, uniwersalnych modeli porównujących zachowania altruistyczne i egoistyczne jest tzw. dylemat więźnia. Opisywałem go szczegółowo w oddzielnym wpisie, pozwolę sobie tutaj więc tylko na krótkie podsumowanie. To sytuacja w której jesteśmy zaangażowani w układ z drugą osobą i mamy do wyboru strategię współpracującą, lub egoistyczną. Np. razem pracuję z kimś nad projektem i mogę albo przyłożyć się do pracy (współpraca), albo obijać, licząc, że druga osoba pociągnie sama projekt (egoizm).

Jeśli obydwie osoby współpracują, obydwie wyciągają z tego umiarkowane korzyści. (Napracowały się trochę, ale projekt zrobiony i dostaną nagrodę.)

Jeśli obydwie zachowują się egoistycznie, ponoszą z tego powodu duże straty. (Projekt został uwalony, nie dostają nagrody, mogą zostać ukarane.)

Jeśli jedna osoba zachowa się egoistycznie, a druga współpracuje, wtedy egoistyczna ma ogromne korzyści, a współpracująca ogromne straty. (Egoistyczna zyskuje korzyści z realizacji projektu, ale się nie narobiła; współpracująca wkłada tonę wysiłku, na którym egoistyczna żeruje.)

 

Jeśli o tym chwilę pomyślimy, egoistyczna strategia wydaje się potencjalnie optymalna. Niezależnie od tego, czy druga osoba wybierze współpracę, czy egoizm, nasze wyniki pozostają lepsze, niż gdybyśmy wybrali współpracę. Co więcej, dylemat więźnia występuje nie tylko w złożonych ludzkich decyzjach. To coś co zachodzi nawet w relatywnie prostych systemach, możemy więc oczekiwać presji ewolucyjnej na egoistyczne zachowanie. Sprawa rozwiązana, mamy ewolucyjny dowód na to, że ludzie powinni być egoistyczni, prawda?

 

No nie do końca. Bo zapomnieliśmy o jednym kluczowym czynniku. O tym, że prawdopodobnie będziemy grać więcej niż raz.

 

I jasne, przy jednorazowej grze strategia egoistyczna jest optymalna.

Jednak przy powtarzalnym dylemacie więźnia jest drugą najgorsza z możliwych strategii. (Absolutnie najgorszą jest naiwna współpraca. Tzn. współpracujemy nieustannie, niezależnie od tego czy druga strona zdradza nas, czy nie.)

 

Bo ludzie pamiętają, że ktoś zdradził. I następnym razem też zachowują się wobec nas egoistycznie.

Ba, zwykle funkcjonujemy w społeczeństwie, inne osoby mogą się więc dowiedzieć, że mamy tendencję do gry egoistycznej i też będą wobec nas grać egoistycznie.

Zakładając, że po prostu nie zdecydują się nam udzielić lekcji. Potencjalnie ostatniej w naszym życiu.

 

Przy powtarzalnym dylemacie więźnia optymalna strategia jest miła, odwetowa, wybaczająca i nie-zazdroszcząca. Czyli zaczynamy próbując współpracować, ale potem gramy wet-za-wet. Jeśli ostatnio druga strona nas wspierała, to teraz my wesprzemy. Jeśli ostatnio zdradziła, teraz my zdradzimy. Nie chowamy urazy, dajemy jasną lekcję, ale i możliwość poprawy. (Oczywiście w prawdziwym życiu takie dylematy mogą być nieco bardziej złożone, bo poszczególne „partie” mogą mieć nagrody o różnej wartości.)

 

W życiu istot stadnych, jakimi są ludzie, miażdżąca większość interakcji to właśnie wielokrotne dylematy więźnia. Wyjątkiem są tu jednostki postrzegane jako obcy. I z obcymi faktycznie mamy tendencje do gry egoistycznej! (Choć i ona może być kulturowo hamowana – patrz np. tradycje gościnności w wielu kulturach.) Natomiast ze „swoimi” gramy typowo altruistycznie, bo długoterminowo jest to po prostu bardziej opłacalna i stabilna strategia. W toku życia osoby decydujące się na taką strategię okazują się być po prostu bardziej opłacalna, suma korzyści z regularnej współpracy błyskawicznie rośnie. Jest to zresztą strategia wręcz uniwersalna dla życia jako takiego. Nie chodzi mi tu nawet o pierwotność zachowań stadnych i socjalnych (najbardziej pierwotne mamy już u insektów). Tak naprawdę jakiekolwiek wielokomórkowe życie jest właśnie formą takiego oparcia na współpracy. Wbrew popularnym w niektórych kręgach obrazowi świata jako przede wszystkim rywalizacji, współpraca jest absolutnie wszędzie. Gdybyśmy pozostali na etapie czystej rywalizacji, to świat funkcjonowałby dalej w formie jednokomórkowców. Ponieważ jednak dla niektórych taka analogia może być zbyt odległa, wskażmy po prostu, że dla nawet dla egoistycznych ludzi, skupionych tylko na swoim bezpośrednim interesie, tak długo jak wiemy, że będziemy z innymi w dłuższej relacji, tak długo nienaiwne nastawienie na współprace okazuje się być bardziej opłacalną strategią.

 

Oczywiście, jak z każdą strategią i od tej są pewne warianty. Znajdziemy wśród ludzi osoby o tendencjach bardziej egoistycznych, lub wręcz ekstremalnie egoistycznych. Jak praktycznie każda cecha, również tendencja do agresji/współpracy mieści się na pewnej skali i znajdziemy przypadki brzegowe, ekstremalnie współpracujące i ekstremalnie egoistyczne. (Ekstremalnie w porównaniu do średniej populacyjnej.) W pojedynczych przypadkach – np. gdy taka osoba trafi na partnerów o tendencji do nadmiernej, naiwnej współpracy – taki układ może być strzałem w dziesiątkę. Jednocześnie sytuacje te będą na tyle rzadkie, że taka strategia nie będzie stabilna, a ludzkość jako populacja będzie dążyła raczej do współpracy.

Skąd to zróżnicowanie strategii? Czemu nie utknęliśmy na jednej idealnej? Cóż, pewne badania wskazują, że w niektórych przypadkach opłacalna jest nieco bardziej naiwna strategia, tzw. wet-za-wet z wybaczaniem, w której bardzo rzadko (1-5% sytuacji) zagramy kooperatywnie mimo egoistycznej decyzji drugiej osoby w poprzedniej rozgrywce. Zaletą takiej strategii jest możliwość wyjścia z nieustannego cyklu egoistycznych zachowań po obydwu stronach. To z kolei skłania do utrwalania nieco bardziej naiwnej strategii. Gdy w populacji osób egoistycznych jest bardzo mało, strategia nieco bardziej naiwna jest opłacalna, więc naiwnych osób robi się więcej. To sprawia, że ci nieliczni egoistyczni mają nagle szerokie pole manewru i zaczyna ich być coraz więcej… co doprowadza do drastycznej redukcji osób naiwnych na rzecz strategii nienaiwnej, a czasem pewnie wręcz mściwej. Co prowadzi do redukcji liczby osób egoistycznych. I tak cykl trwa. Jeśli mielibyśmy tu sięgać do analogii do drapieżników, to stabilne populacje różnią się tutaj zwykle co najmniej o rząd wielkości. Na każdego drapieżnika powinno przypadać co najmniej dziesięć potencjalnych ofiar. Jeśli więc np. w populacji mamy 2% osób socjopatycznych, to oczekiwalibyśmy około 20% osób o strategii naiwnej. Jeśli zestawimy to z rozmiarami typowych plemion, łatwo możemy wskazać, że w wielu z nich po prostu nie byłoby miejsca na jednostki grające egoistycznie. Współczesny świat nieco zaburza te proporcje, ponieważ dużo więcej naszych interakcji jest jednorazowych. To czyni strategię egoistyczną nieco bardziej opłacalną, przynajmniej w pewnych kontekstach, stąd prawdopodobnie ta nadreprezentacja osób socjopatycznych w zarządach.

 

Dlaczego więc tak zwracamy uwagę na socjopatów takich jak Musk? Cóż, tu mamy najpewniej do czynienia z klasycznym efektem ocalałych. Dostrzegamy tych pojedynczych wyrazistych graczy egoistycznych, którzy odnieśli sukces, nieświadomi tego jak wielu innych odpadło po drodze, skończyło w więzieniu, itp. O Musku słyszymy często, o Elizabeth Holmes następnym razem usłyszymy pewnie dopiero przy jej zwolnieniu z więzienia. O niezliczonej rzeszy innych, którzy nie doszli nawet tak daleko, nie usłyszeliśmy ani nie usłyszymy nigdy. To może łatwo zaburzać ocenę skuteczności strategii egoistycznej.

Innymi słowy, raz na jakiś czas jednostkom egoistycznym się uda i będziemy mieli tendencję do zwracania na nie uwagi. Taka strategia bywa umiarkowanie skuteczna w pewnych środowiskach, np. w radach nadzorczych korporacji jest – w zależności od tego jak kwalifikować – 2-3x więcej osób socjopatycznych, niż w typowej populacji. To jednak wciąż zaledwie kilka procent całych rad nadzorczych, a nie 20, 50 czy 100%. Ta strategia wciąż okazuje się więc być mniej skuteczna, niż alternatywy, nawet w tak specyficznych warunkach, w pracy dla organizacji, które same z definicji są socjopatyczne. (Prawnie korporacje są bowiem zobowiązane do dążenia do zysku za wszelką cenę, nie uczynienie tego może być powodem pozwu ze strony akcjonariuszy. Dopiero niedawno pojawiły się alternatywne rozwiązania, pozwalające zalegalizować korporację, której celem jest nie tylko czysty zysk.)

 

A, to wszystko zwraca uwagę na sukces jednostkowy. Tylko gra egoistyczna, nawet w jednorazowych interakcjach, ma zwykle jeden dodatkowy koszt. SUMA zysków jest bowiem mniejsza, niż w wypadku współpracy. Patrząc z perspektywy grupy, mamy więc gorsze wyniki, niż w grupach alternatywnych. Jasne, grając egoistycznie możesz odnieść sukces wobec innych graczy z otoczenia, ale co z tego, skoro finalnie cała Twoja grupa przegra z innymi? A że takie przewagi mogą łatwo być kumulatywne, to z perspektywy nawet kilku pokoleń strategia egoistyczna okazuje się być absurdalnie szkodliwa i nie do utrzymania.

Częścią odpowiedzi na pytanie „dlaczego nie jesteśmy socjopatami” jest więc to, że jest to po prostu na dłuższą metę nieopłacalna strategia tak na poziomie jednostki, jak i na poziomie populacji. Niewielki procent socjopatów jest w stanie żerować na społeczeństwie, ale to jak z pasożytami: przekroczenie kluczowej wartości prowadzi albo do silnej reakcji immunologicznej, albo do zgonu pacjenta.

 

Kwestia kultury

Siła kultury przeważa nad jakimikolwiek wrodzonymi skłonnościami. Doskonały przykład na to podaje filozofka Mari Ruti, wskazując na jeden prosty fakt: większość ludzi miałaby problem z uprawianiem seksu przy wigilijnym stole, na oczach całej rodziny. Jasne, znajdziemy niewielką populację, dla której takie ekshibicjonistyczne działanie byłoby nawet stymulujące. Ale dla większości z nas wizja w której dziadek z teściową jedzą obok łazanki, wujek z teściem dyskutują o partiach politycznych, a my tymczasem radośnie wykonujemy ruchy frykcyjne na ich widoku byłaby, cóż… delikatnie mówiąc niesmaczna i niepokojąca.

Generalnie jakoś tak mocno unikamy uprawiania seksu w miejscach publicznych, na widoku rodziny i bliskich. (Ponownie, z pewnymi wyjątkami, ale mówimy tu o tendencjach populacyjnych.)

I teraz należałoby zapytać: czemu?

Z perspektywy pokrewnych gatunków – inne naczelne totalnie nie mają problemów z uprawianiem seksu na widoku reszty stada, swojej rodziny, itp.

Z perspektywy szans na przekazanie dalej genów – tracimy ogromną ilość okazji na rozmnażanie, ograniczając takie zachowania tylko do sytuacji gdy jesteśmy komfortowo odizolowani od naszych bliskich.

Nie jest to też jakimś ludzkim standardem historycznym. O ile można dyskutować o tym, jak było na poziomie pierwotnych plemion, wiemy doskonale, że tych 100-200 lat temu nasi przodkowie uprawiali seks w obecności dużej części rodziny (i zwykle sporej grupy zwierząt). Po prostu nie mieli innej opcji, bo wszyscy mieszkali w jednej izbie, nie za bardzo mieli okazję do prywatności. A jednak dzieci przybywało. (Przynajmniej przodkowie tych z nas, którzy wywodzą się z chłopstwa, robotników czy nawet ubogiego mieszczaństwa,) Więc mieliśmy okres, gdy tej normy nie było kulturowo.

 

Mamy więc zachowanie, które nie jest instynktem pozostałym z gatunków z których się wywodzimy. Jeśli cokolwiek jest z takim instynktem sprzeczne. Zachowanie, które drastycznie redukuje szanse na reprodukcję. Zachowanie, które nie jest uniwersalną historyczną czy kulturową normą… Ale które jednocześnie jest, obecnie, bardzo głęboko wpisane w naszą kulturę. Tak głęboko, że lektura takiego scenariusza dla niektórych osób była odczuwalnie nieprzyjemna. W takiej sytuacji większość osób nawet o bardzo dużym libido miałoby poważne zaburzenie funkcji seksualnej. (Choć, ponownie, jestem pewien, że będą osoby, dla których wyobrażenie sobie dziadka i babci obserwujących ich podczas seksu mogłoby nawet być stymulujące. Tylko, ponownie, będzie to wyraźna mniejszość populacji.)

 

To jest siła kultury.

Nie próbujmy jej nie doceniać.

 

Częścią odpowiedzi na pytanie „dlaczego nie jesteśmy wszyscy socjopatami” będzie więc „ponieważ żyjemy w kulturze, która nas przed tym chroni”. Co nie znaczy, że kultura nie mogłaby się zmienić i nawet osoby naturalnie skore do współpracy i altruizmu zmienić w dużo bardziej socjopatyczne jednostki. To też warto mieć na uwadze.

 

Socjopatia, przemoc seksualna i czemu to nie działa?

Jak wspomniałem, jedną z przyczyn napisania tego artykułu były odloty jednego z czytelników, który próbował argumentować, że „gwałt stanowi dowód na lepsze geny gwałciciela”, bo zwiększa szanse na ich przekazanie dalej. Normalnie zostawiłbym to, jako szurski odlot, ale są tu cienie pewnego mocno patologicznego podejścia, które krąży po obrzeżach manosfery i które warto przy tej okazji ugryźć. Podejścia postulującego gwałt jako skuteczną strategię rozmnażania. W wersji wyjątkowo podłej i obrzydliwej wręcz postulujacego „instynktowną atrakcyjność gwałtu i gwałcicieli dla kobiet” jako „dobrych dawców genów”. Mdli mnie na takie wymysły, zarówno na płaszczyźnie etycznej, jak i ze względu na to jak są one po prostu namacalnie głupie. Jednocześnie mam zasadę, że gdy obalam coś po raz kolejny z rzędu, to czas zrobić wpis obalający i tu przekroczyło to taki kluczowy próg.

 

Zacznijmy od tego, że główną motywacją dla gwałtu nie jest spełnienie seksualne. Jest nią okazanie dominacji i władzy, upokorzenie drugiej strony. Jest to szczególnie wyraźne w gwałtach sadystycznych, w których często w ogóle nie dochodzi do typowo rozumianego stosunku, ale odnosi się do zdecydowanej większości gwałtów. Gwałciciela nie motywuje wyobrażenie o pobudzeniu seksualnym i przyjemności z nim związanym, ale o przyjemności czerpanej ze zdominowania ofiary. Już to zdecydowanie podważa tezę o tym, że gwałt miałby być strategią rozpłodową u ludzi.

 

Drugim czynnikiem mocno podważającym tą hipotezę jest relatywnie niskie ryzyko zapłodnienia w wyniku pojedynczego stosunku, niezależnie od tego czy był on dobrowolny, czy wymuszony. Wraca nam tu świetne wyliczenie Dorothy Einon, która wskazała, że wbrew popularnym wyobrażeniom o tym jak to mężczyznom opłaca się szukać różnych partnerek, a kobietom trzymać jednego stałego partnera, męska strategia regularnych stosunków w z jedną partnerką daje większy sukces reprodukcyjny, niż strategia szukania różnych partnerek mogła dawać przez miażdżącą większość historii. (Jasne, dziś to się zmienia, gdy choćby za sprawą portali randkowych jedna osoba może uprawiać danego dnia seks z kilkunastoma różnymi. Mówimy tutaj jednak o trendach historycznych, bo to one mogły wpływać na naszą ewolucję. Historycznie mieliśmy też pojedyncze przypadki haremów, były one jednak wedle naszej wiedzy wyjątkiem, a nie standardem dla naszego gatunku. Plus wraz z częstotliwością stosunków jakość spermy, a więc i indywidualne prawdopodobieństwo zapłodnienia może ulec redukcji.) Jest tak między innymi dlatego, że prawdopodobieństwo zajścia w ciążę w wyniku pojedynczego stosunku jest dość niewielkie (0-9% w zależności między innymi od okresu cyklu, przeciętnie 3%) i zmniejsza się w wypadku nieregularnego uprawiania seksu, do tego mamy pewien procent kobiet bezpłodnych i szereg innych czynników. Do tego łowcy zbieracze funkcjonowali typowo w kilkudziesięcioosobowych plemionach, więc liczba potencjalnych partnerek w danym momencie była dość mocno ograniczona. To wszystko sprawia, że klasyczne wyobrażenie na temat promiskwitycznej strategii rozmnażania mężczyzn po prostu nie spina się w wyliczeniach. Tym samym gwałt jako istotna strategia rozmnażania robi się jeszcze mniej prawdopodobna – bo okazuje się, że nie ma skąd brać takich potencjalnych ofiar.

 

A to wszystko zakładając, że otoczenie pokornie pozwala gwałcicielowi funkcjonować. W rzeczywistości możemy oczekiwać konsekwencji, choćby ze strony rodziny ofiary. Te sumarycznie prowadzą do drastycznego obniżenia, a nie zwiększenia szans na przetrwanie i przekazanie genów gwałciciela. Dobrze wyliczają to Smith et al. wskazując że koszta dla potencjalnego gwałciciela (ryzyko zemsty, utrata reputacji, wpływ na rodzinę sprawcy i ich szanse na rozmnażanie itp.) są typowo o rząd wielkości większe, niż korzyści. Z ich wyliczeń wynika, że by gwałt był ewolucyjnie opłacalny, prawdopodobieństwo zapłodnienia podczas pojedynczego gwałtu musiałoby wynosić co najmniej 69.5% – co jest oczywiście biologicznie niemożliwe.

(Przy okazji możecie tu zwrócić uwagę na to, że dotyczy to konsekwencji dla sprawcy przy takiej przemocy wobec „swoich”. Gwałt np. na wojnie nie niesie ze sobą większości tych negatywnych konsekwencji dla szans rozmnażania sprawcy, choć jego konsekwencje pozytywne są wciąż bardzo ograniczone. To sugeruje, że nawet w takich ekstremalnych sytuacjach motywacja seksualna wciąż nie jest kluczową motywacją dla gwałtu, a ewentualny wpływ doboru naturalnego na takie zachowania byłby skrajnie ograniczony.)

 

Podsumowując, także socjopatyczne zachowania seksualne nie znajdują uzasadnienia ewolucyjnego. Są po prostu kolejnym wyrazem próby dominacji i podkreślenia swojej pozycji.

 

A co z przemocą?

No dobrze, więc w sytuacji w której mamy szereg decyzji o kooperacji lub egoizmie, pierwsze mogą się bardziej opłacać. Ale czemu jedna silna jednostka po prostu nie narzuci przemocą posłuszeństwa reszcie grupy? Taka prosta, toksycznomęska fantazja pt. „ja bym ich wszystkich wziął za mordy i by chodzili jak im każę”.

Oczywiście, takie sytuacje też się zdarzają. Tyle tylko, że nawet najsprawniejszy człowiek da radę dość ograniczonej grupie oponentów. Musi też kiedyś spać. Musi coś jeść. Trucizna jest użytecznym narzędziem, znanym ludzkości bardzo długo. Jeszcze dłużej znamy broń wszelkiego rodzaju, która jest świetnym tzw. multiplikatorem siły. No i nie trzeba specjalnie zaawansowanej technologii, by rozwalić komuś głowę kamieniem gdy śpi. Los takiej jednostki będzie nieciekawy i to dość szybko. Tyranie przemocowe więc owszem, zdarzają się, ale raczej krótkoterminowo.

Nie bez powodu nawet najpotężniejsi władcy w naszej historii cierpieli zwykle na głęboką paranoję, nieustannie obawiając się skrytobójstwa czy zamachu pałacowego. A ci ludzie mieli typowo całe aparaty kontroli i przemocy, zupełnie niedostępne naszym przodkom w strukturze plemiennej. Jeśli temu się przyjrzymy, zobaczymy, że fantazja o siłowym wymuszeniu swoich wpływów w grupie była po prostu nierealna z perspektywy większości historii. Potencjalnie takie wymuszenie mogła uzyskać dopiero koalicja, grupa wzajemnie się wspierająca. Nawet tutaj byli jednak typowo ograniczeni, gdyż ewentualni poddani mogli po prostu… odejść. Do czasu trwałych osad nic takich osób nie trzymało i jeśli stwierdzały, że mają dość, cóż – i tak regularnie przenosiły swój niewielki dobytek. Nic nie stało na przeszkodzie by po prostu rozpłynęli się w nocy. Strategia przemocowa również nie miała więc solidnej podstawy. Zupełnie zapominamy o tej opcji, gdyż z perspektywy współczesnych ludzi jest ona trudna do wyobrażenia. Jak to, ot tak odejść, z dnia na dzień? Ja moja praca? Mieszkanie? To wszystko na co pracowałem? Tymczasem u naszych przodków zachowaliby to co najcenniejsze – relacje, bo prawdopodobnie nie odchodziliby sami – a reszta była relatywnie łatwa do odzyskania w nowym miejscu.

 

Podsumowując: jesteśmy zbyt egoistyczni, by być socjopatami

Współpracujemy nie dlatego, że jesteśmy mili czy fajni, tylko dlatego, że taka strategia się generalnie opłaca. Tak długo, jak postrzegamy drugą stronę nie jako tymczasowego obcego, a jako kogoś, z kim będziemy wchodzili w regularne interakcje, dążenie do współpracy i altruistyczne zachowania okazują się być po prostu rozsądnym wyborem, zwiększającym nasze szanse na przetrwanie i przekazanie dalej genów. Nawet jeśli odrzucimy wszystkie kwestie moralnościowe, itp. czysty, prosto rozumiany egoizm prowadzi nas do współpracy.

Egoistyczni socjopaci owszem, zdarzają się, ale jako niszowa strategia żerująca na krawędzi stada. Na tyle stabilna, żeby nie zanikła całkowicie, ale też z wbudowanymi mechanizmami blokującymi nadmierne się jej rozpanoszenie. Dopiero kulturowo możemy taką strategię uczynić bardziej akceptowalną (slogan „chciwość jest dobra” z lat 80-tych), albo surowiej karaną. Kulturowo możemy też uczynić pewne aspołeczne zachowania bardziej tolerowanymi, lub całkowicie je wykreślić. Dlatego tak ważne jest budowanie zdrowszej kultury dla wszystkich. Bo finalnie, jak wskazaliśmy, kooperacja daje korzyści tak jednostkom, jak i grupie.

 


Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!

Przykładowe pytania: