Film “Avengers” przebił właśnie rekord kasowy, zarabiając ponad 200 milionów dolarów w pierwszy weekend i ponad 640 milionów dolarów w ciągu pierwszych 12 dni (u nas premiera dopiero w piątek). Jest całkiem prawdopodobne, że w końcowym rozliczeniu okaże się najbardziej dochodowym filmem w historii.

Niesamowicie mnie to cieszy, ponieważ reżyserem tego filmu jest człowiek, który od paru lat był moim wielkim idolem – Joss Whedon. Facet, który potrafił tworzyć fantastyczne seriale, pisać świetne dialogi i generować cudowna dynamikę między swoimi aktorami (te dwie ostatnie umiejętności wykorzystał zresztą doskonale w “Avengers”). Facet, którego wiecznym problemem było to, że sieci telewizyjne dla których robił seriale próbowały grzebać w jego dziełach i przerabiać je na popularną modłę. Facet, który mimo tego był w stanie postawić się studiom, a jednocześnie tworzyć raz za razem dzieła absolutnie kultowe. Buffy, Firefly, Dollhouse, Dr. Horrible – wszystko to trafiało do serc fanów. Zdarzały mu się też pewne wpadki (Aliens:Ressurection)  trudno jednak ocenić na ile odpowiadał za nie on, a na ile interwencje studia w jego materiał.

Ludzie, którzy znają mnie osobiście, wiedzą jak uwielbiam dzieła Whedona – choćby dlatego, że każdego namawiałem do obejrzenia przynajmniej niektórych z nich. Nawet więcej – jednym z moich marzeń bardzo długoterminowych, przewidzianych na sytuację, w której zgromadziłbym naprawdę duży majątek, było posiadanie wystarczających środków, by sfinansować Whedonowi dowolną produkcję, jaką będzie chciał, bez jakiegokolwiek mieszania się w jej treść – tak by mógł w pełni zaprezentować swoje mistrzostwo.

I dlatego jestem tak podekscytowany “Avengersami”. Tutaj Whedon dostał już taką szansę (w pewnych granicach), przy tworzeniu tego filmu nikt mu nie mieszał… a rezultaty były takie, że od chwili obecnej, KAŻDY projekt jaki sobie zamarzy będzie jego, bez żadnego wtrącania się ze strony studia czy stacji telewizyjnej. Jeśli dodamy do tego całkiem niezłe wyniki wychodzącego równolegle “Domu w głębi lasu”, za którym również stoi Whedon i jeden z jego filmowych wychowanków – cóż, to naprawdę fajne uczucie wiedzieć, że ktoś, kogo absolutnie podziwiam jest w końcu w pozycji, w której może w pełni rozwinąć skrzydła i tworzyć jeszcze więcej, jeszcze lepszych rzeczy.

Dojście to tych wyników wymagało od Whedona kilku rzeczy. Po pierwsze – umiejętności. Jest niewątpliwie dobry w tym co robi, trenuje to od wielu lat i staje się lepszy z każdym nowym dziełem. Po drugie – wytrwałości – przez długi czas musiał być gotowy walczyć o swoje, walczył w zasadzie o każdy sezon każdego ze swoich seriali – popularnych wśród fanów, ale nie rozumianych przez studia, które je finansowały. Po trzecie – i to trzeba też podkreślić- wymagało łutu szczęścia. To, że Whedona wzięto do Avengersów było po części zasługą jego umiejętności, ale powiedzmy sobie szczerze – mogli wziąć wielu innych reżyserów. Whedon dostał okazję i potrafił ją wykorzystać. Jak to ujął Nassim Taleb -wytrwała praca doprowadzi Cię do profesury, na Nobla potrzebujesz też łutu szczęścia. Po czwarte, Whedon ma do siebie ogromny dystans, co pozwalało mu łatwo korygować swoje dzieła, utrzymywać dobry kontakt z fanami i po prostu dobrze funkcjonować z ludźmi – a to coś, czego nie można przecenić.

Jak wielki ma dystans do siebie? No cóż, to gość, który na jednym z konwentów, zdybany przez program internetowy, zaczął udawać fana, który przebiera się (cosplayuje) za Jossa Whedona i żartować sam z siebie. Trudno coś takiego przebić ;)


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis