A czy Ty w ogóle jeszcze masz swój problem?

Jakiś czas temu odezwał się do mnie czytelnik zainteresowany umówieniem sesji indywidualnej. Chciał pracować nad lękiem, jaki czuł przed dentystą. A konkretniej, przed zastrzykami ze znieczuleniem u dentysty.

Przyznam, w nawale maili jakie otrzymuję jego mi niestety uciekł. Moje niedopatrzenie, które miało jednak ciekawą konsekwencję – i z którego wyszedł ten post.

Gdy już odpisałem, okazało się, że czytelnik w tym czasie zdecydował się spróbować innego rozwiązania, hipnozy. Mimo kilku sesji transowych wciąż odczuwał jednak lęk, zdecydował się więc umówić ze mną. Ustaliliśmy już termin, ale na kilkanaście dni przed nim napisał prosząc o odwołanie sesji. Okazało się bowiem, że w tzw. międzyczasie musiał być u dentysty. I dostał tam zastrzyk. I nie było to może super przyjemne, ale zdecydowanie poniżej poziomu, jaki wymagałby dodatkowej interwencji.

Straciłem więc klienta – bo ten już sesji nie potrzebuje. W zamian za to zyskałem dobrą historię, co jest niezłą wymianą. (Owszem, poprosiłem i uzyskałem zgodę na opisanie jej.) Historię, która demonstruje dość istotną kwestię przy pracy coachingowej czy terapeutycznej. To, że często wstrzymujemy się przed konfrontacją z problemem… który już dawno problemem przestał być.


Tak było z moim czytelnikiem. Pamiętał on sytuacje ze swojego dzieciństwa, gdy na zastrzyk zareagował bardzo emocjonalnie. Zakładał więc, że będzie tak samo w przyszłości i bał się sytuacji, w której mogłoby to wystąpić. A ponieważ się bał, to i nie próbował weryfikować, czy faktycznie tak będzie reagował. Lęk zaczął się robić czymś wtórnym, obejmującym nie sam zastrzyk, ale sytuacje w którym mógłby wystąpić. Dopiero przy konfrontacji z rzeczywistością okazało się, że ten wtórny lęk był skrajnie przesadzony i zbędny.


Jasne, te same efekty dałoby się uzyskać przy dobrej interwencji. Tyle tylko, że nie była ona tak naprawdę potrzebna. Wystarczyła realna weryfikacja tego na ile w ogóle dana kwestia była wciąż problemem. Weryfikacja jasne, nieprzyjemna. A kto z nas lubi się konfrontować z tym co uznaje za trudne, straszne czy niemiłe? Ale jednocześnie weryfikacja bardzo wartościowa.


Oczywiście, weryfikacja mogła też wywołać zbyt silne emocje i dać powód do zadbania o problem. Ale zaskakująco często okazuje się, że problemy naprawdę są dużo mniejsze, gdy już im się przyjrzymy. I to nie tylko w przypadku tego mojego czytelnika, ale też w wielu, wielu innych sytuacjach.


Jest tak, bo przez miesiące czy lata mamy tendencje do nadbudowywania problemów, potęgowania ich. W końcu skoro mamy je od takiego czasu i nic z nimi nie zrobiliśmy, to muszą być bardzo poważne. Gdyby nie były to już byśmy się nimi zajęli. Tak powstaje samospełniająca przepowiednia, dodatkowo nakręcająca obawy i zniechęcająca do konfrontacji.


Tymczasem gdy do konfrontacji dojdzie, zdumiewająco często okazuje się, że pamiętaliśmy problem jako dużo większy, niż go odczuwamy. Bo mieliśmy go gdy byliśmy młodsi i nie mieliśmy innych doświadczeń, z którymi można go skonfrontować. Bo nie mieliśmy kiedyś takiego poczucia sprawstwa, jaką wypracowaliśmy sobie przez lata. Bo od tego czasu doświadczyliśmy takich problemów, że tamten to przy tym pikuś – ale we wspomnieniach się taki nie wydawał.


Dlatego takie konfrontacje bywają przydatne. By odkryć na ile faktycznie dana sprawa jest warta energii, jaką jej poświęcamy. Na ile to czego się obawiamy, faktycznie dziś jest przerażające… A na ile dawno już takie być przestało.

Jeśli wciąż jest – są na to odpowiednie narzędzia. Warto jednak zacząć od sprawdzenia, czy w ogóle jest do czego je wykorzystać.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis