Są pewne terminy, które powinniśmy, dla dobra wszystkich, zmienić. Wiem, utarły się, jakoś tak wyszło przez lata, że ich używamy. Zmiana będzie wymagała wysiłku.

Ale trzeba je zmienić, bo wypaczają nam postrzeganie świata i wszelkie debaty w bardzo niefajnym kierunku.

Termin na dziś: pracodawca.

Daję Ci pracę! Daję Ci ją! Masz mi być wdzięczny za mój dar!

Nie trzeba chyba dowodzić, że polski rynek pracy jest, mówiąc najdelikatniej, problematyczny. W kapitalizm weszliśmy z przytupem i wiele osób które dorobiły się korzystając z obfitujących wtedy okazji po prostu nie miało kiedy i jak nabrać odpowiednich nawyków, powszechnych w zachodnich społeczeństwach. Przeskoczyli od stoisk bazarowych do zarządzania wielkimi firmami, bez etapów pośrednich i związanej z nimi nauki jak podchodzić do pracowników, dostawców, itp.. Na dobre czy na złe, duża część kadry zarządzającej to u nas tzw. „Janusze biznesu” i to po prostu czuć. Znam firmy, gdzie największym możliwym wykroczeniem ze strony menadżera średniego szczebla jest… publiczne pochwalenie pracownika. Bo teraz ten pracownik może na tej podstawie mieć czelność domagać się podwyżki!

Oczywiście, nie wszystkie firmy są takie, jest wiele sensownych, zdrowych i wartościowych organizacji. Ale „Januszowanie” wciąż dotyczy szerokiej grupy osób.

Po drugiej stronie jest tzw. prekariat, czyli pracujący biedni, zwykle mieszkańcy Polski B na tzw. „umowach śmieciowych” (lub w ogóle bez umów). Jasne, mogą zgłosić sprawę do PiP – tylko co z tego, jeśli w okolicy nie mają innej firmy, która ich zatrudni? Otworzyć własny biznes? Wszyscy w okolicy też na śmieciówkach, kto przyjdzie do ich knajpy i za co? Niektórzy oczywiście są mobilni (są całe miasta w Polsce wschodniej gdzie główną ambicją licealistów jest „Irlandia” lub „Niemcy”), ale co z tymi, którzy mają np. chorą rodzinę, którą muszą się opiekować. Albo którzy po prostu, w imię choćby patriotyzmu, chcieliby pozostać w swoim rejonie?

To wszystko są realne problemy. O tym wszystkim warto mówić.

Tylko rozmowy tej bynajmniej nie ułatwia język, jakiego w niej używamy.

[br]

W krajach anglosaskich mówi się o employers – zatrudniających oraz employees – zatrudnianych. U nas mówi się o pracodawcach i pracobiorcach.

Dostrzegacie różnice?

[br]

Zatrudniający i zatrudniani to opis relacji handlowej. Jedna osoba kupuje pracę, druga ją sprzedaje. Żadna nie jest w tej relacji lepsza ani gorsza, tak jak klient w warzywniaku nie jest lepszy od pana sprzedającego mu truskawki. Każda ze stron chce czegoś, co ma druga i oferuje wymianę.

Pracodawca i pracobiorca? To już inna relacja. Pracodawca, jak sama nazwa wskazuje, daje pracę. Jak prezent. Albo jałmużnę. Pracobiorca bierze pracę, dostaje ją.

To układ w którym od początku wpisana jest nierównowaga. W którym pracodawca jest z miejsca na lepszej pozycji, jest łaskawym, szlachetnym panem, który raczy w swej wielkoduszności obdarzyć niegodnego pracobiorce łaską pracy. Pracobiorca zaś nie powinien być niewdzięczny i dyskutować o warunkach tego prezentu. W końcu darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, a darowanej pracy w pasek wypłaty.

I nie wiem, być może są takie firmy, które zatrudniają ludzi dla zasady, żeby im było fajnie, choć ekonomicznie zupełnie się to nie opłaca. Wtedy faktycznie możemy mówić o „pracodawcach”, ale za wiele takich firm raczej nie znajdziemy. W większości firm pracownika zatrudnia się, ponieważ jest to ekonomicznie uzasadnione. Tak samo kupuje się maszyny, albo surowce do produkcji. Gdzie tu „dawanie pracy”? To zwykłe nabywanie tego, czego firma potrzebuje do działania.

[br]

Podobnym zniekształceniem jest mówienie o „tworzeniu miejsc pracy” przez pracodawców. Podobnie, może są jakieś firmy, które tworzą miejsca pracy „dla zasady”. Jak byliśmy w Rzymie i mieszkaliśmy w apartamentach, to właścicielka wspomniała, że były dozorca budynku został po kilkudziesięciu latach pracy doceniony przez społeczność mieszkańców, która złożyła się na posadę dla niego, choć ta wcale nie była potrzebna. To faktycznie stworzone miejsce pracy. To jednak wyjątek.

Normalne miejsca pracy nie są w żaden magiczny sposób „tworzone” przez zatrudniających. Firma POTRZEBUJE pracownika na dane miejsce – bez tego nie zarobi. Najmuje więc pracę takiej osoby. Nic tu nie tworzy, nikt nikomu nie robi łaski – pracownik jest opłacalny dla firmy, tak jak opłacalny byłby np. nowy komputer, czy wynajem biura.

Dlaczego więc nagradzamy jedną ze stron tego równania? Dlaczego ponadprzeciętnie doceniamy nabywcę usługi, a nie jej dostawcę? Tak długo, jak będziemy to robili, racjonalna debata n.t. rynku pracy, gospodarki, itp. będzie szalenie trudna.

Najwyższy więc czas pozbyć się terminów „pracodawca” i „tworzenie miejsc pracy” i zamienić je na coś bardziej neutralnego.

I wtedy na spokojnie porozmawiać o gospodarce.

[br]


Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!

Przykładowe pytania: