Bardzo często spotykam się z podejściem „wszystko albo nic” w kontekście związków. Opcja pierwsza: jak są problemy, to się szybko rozstajemy. Opcja druga: jak już zdecydowaliśmy się być razem, to trzeba cierpieć i razem tkwić, choćby nie wiem co! (Ta ostatnia opcja była akurat naświetlona przez niedawną propozycję absurdalnej „intercyzy majątkowej”).

Tak naprawdę, obydwa te wyjścia opierają się na tym samym podejściu. I tu, i tam, nie ma żadnej próby rozwiązania problemów między  partnerami. Cierp dalej lub sobie idź, ale zakładamy, że sytuacja nie ulegnie zmianie.

Takie to trochę… głupie, nie sądzisz?

klotnia

Trudno mi zrozumieć czemu ludzie w ogóle nie biorą pod uwagę możliwości naprawy związku przez konkretną pracę nad sobą i swoimi zachowaniami w nim. Czy to w formie własnej pracy, czy przy użyciu dostępnych narzędzi w tym zakresie, takich jak terapia par.

[br]

Nie wiem z czego to wynika. Czy z jakiegoś na wpół baśniowego założenia, że „jak się trafi ten jedyny/ta jedyna”, to wszystko będzie idealnie? Jeśli więc coś w związku nie pasuje, to po prostu nie jest to związek z odpowiednią osobą?

No cóż, jest dobry powód, dla którego bajki i komedie romantyczne kończą się na „i żyli długo i szczęśliwie”, względnie na pierwszej wspólnej nocy (no, może jeszcze pierwszym wspólnym śniadaniu)… Bo później pojawia się zwykła proza życia. Później pojawia się prosty fakt, że mamy do czynienia z dwiema różnymi osobami, o różnych potrzebach, oczekiwaniach i przyzwyczajeniach. Wiem, to truizm, ale truizm który nasza popkultura próbuje uporczywie wyrugować z powszechnej świadomości. Mamy więc albo idealne świeże pary, albo pary już nasączone wieloletnimi frustracjami, wzajemnymi żalami, itp. Nie pojawia się nigdzie etap pośredni, pokazujący te pierwsze nieporozumienia, odmienne pragnienia, itp. W efekcie ludzie zwykle nie dostają wzorców na radzenie sobie z takimi sytuacjami. Niekiedy mają szczęście i sami dochodzą do jakichś sensownych rozwiązań.

Często takiego szczęścia nie mają… I wtedy zwykle albo szybko się rozstają, albo tkwią w takich relacjach stopniowo obrastając skorupą wzajemnych zadr… Mogą nawet wciąż kochać drugą osobę, ale często trudno o tym pamiętać przez te wszystkie „razy” przywoływane przez samą jej obecność.

Tak być nie musi – ale ludzie o tym nie wiedzą…

[br]

A może to kwestia naszej rodzimej alergii na psychoterapię w ogóle? Skoro wykształceni ludzie z dużych miast potrafią uważać, że jak ktoś chodzi na terapię, to jest czubkiem i psychopatą, to jak mieliby się sami wybrać na terapię małżeńską?

Oczywiście, dla wielu par sama cena terapii będzie kwestią zaporową. Nie jesteśmy bogatym społeczeństwem. Ale nawet w bogatych, dużych miastach, wśród ludzi zarabiających grube pieniądze, podjęcie wspólnej terapii jest dużym wyzwaniem. Wstyd przed byciem uznanym za „świra” niewątpliwie gra tu pewną rolę.

[br]

Podobnie jak duma, zresztą. Podjęcie terapii wymaga przyznania, że jest z nami coś nie tak. Że coś robimy źle. Zwłaszcza dla osób w problematycznych związkach może to być trudne. W końcu taka osoba jest zwykle szczególnie świadoma tego co jej partner/partnerka robi źle. „To ty powinieneś/naś się leczyć, czemu mnie w to wciągasz?!” jest tu bardzo popularną reakcją. Sęk w tym, że druga strona ma dokładnie to samo wrażenie.

Ludzka konstrukcja psychiczna zdecydowanie tu nie pomaga. Każda osoba w związku przecenia np. ile wysiłku proporcjonalnie wkłada w ten związek. Jeśli zadamy parze pytanie „ile procent obowiązków domowych Ty realizujesz”, suma ich odpowiedzi zdecydowanie przekroczy 100%. Każda ze stron doskonale wie bowiem co ona robi, a często nie ma nawet pojęcia co takiego robi druga strona. Wie ile razy sama powstrzymała się przed zrobieniem czegoś, czego partner/ka nie lubi… ale pamięta tylko te sytuacje, gdy partner/ka się nie powstrzymywała.

Gdyby te osoby zaangażowały się w pracę nad związkiem, czy to podczas terapii, czy podczas szczerej, nieoceniającej rozmowy, mogłyby się nauczyć jak radzić sobie z takimi kwestiami. Ale właśnie te kwestie blokują je przed podjęciem takiej pracy nad związkiem.

[br]

Może w końcu problem można wysnuć z naszego metaforycznie „rolniczego” podejścia do związków? W końcu miłość się u nas uprawia, związki się rozwijają… Ale w rolnictwie już tak jest, że kiedy masz kiepską ziemię pod uprawy, to wiele z nią nie zdziałasz. Albo musisz harować na tym co masz i cierpieć, albo znaleźć coś innego…

Może, w porównaniu z anglosaskim „tworzeniem”/”budowaniem” związku i miłości, wyjaśnia to częściowo naszą niechęć do pracy nad związkami?

[br]

Jakakolwiek byłaby przyczyna, takie podejście się po prostu nie sprawdza.

Nad każdym związkiem trzeba pracować.

Jesteśmy ludźmi. Cudownie złożonymi, skomplikowanymi, fascynująco odmiennymi ludźmi.

Każde z nas ma swoje preferencje, upodobania, natręctwa, obsesje i dziwactwa.

Każdy ma od mroku i trochę wad.

Ale zwykle również całkiem niezły pakiet zalet.

[br]

Różnimy się między sobą. Mamy różne oczekiwania i potrzeby.

Jeśli chcemy mimo wszystko być ze sobą szczęśliwi, potrzebne są kompromisy. Potrzebne jest ustalanie granic. Potrzebne jest negocjowanie rozwiązań.

Potrzebne jest lepsze zrozumienie drugiej osoby.

No i potrzebne jest wyjście z własnego zadka i zdolność do spojrzenia na sprawy z jej perspektywy.

To nie jest łatwe. Ale jest po prostu potrzebne.

Czy w ramach własnych rozwiązań i rozmów, czy terapii par – po prostu warto nad związkiem pracować.

Długo i szczęśliwie wymaga wiele wysiłku.

[br]


Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!

Przykładowe pytania: