Dlaczego tak wierzymy w talent?

Przy okazji kolejnej dyskusji na temat celowego ćwiczenia i mitu talentu przyszło mi do głowy, że warto zgłębić trochę to, czemu w ogóle idea talentu jest tak mocno utrwalona w naszej kulturze.

O ile bowiem wiele osób powołuje się tu na osobiste doświadczenie, to – przy precyzyjniejszym podpytaniu – miażdżąca większość z nich ma jednak ogromne kłopoty ze wskazaniem dobrych przykładów z tego doświadczenia. Nagle okazuje się, że ci znajomi o których myśleli ostro trenowali, często od młodego wieku… Albo ich przewaga wcale nie była taka ogromna i dość szybko uległa zniwelowaniu w dalszym życiu.

 

A jednak gdzieś, z tyłu głowy, po prostu czują, że ten model z talentem jest uzasadniony.

To piękny przykład na to, jak działają subtelne wpływy kulturowe.

 

Bo kultura popularna wręcz przesiąknięta jest mitem talentu. Jest on bardzo popularny, bo doskonale pasuje do wielu narracji powszechnych w naszej kulturze. Mamy tu np. od zera do bohatera – człowieka znikąd, który osiąga wielki sukces (ujawniając swój ukryty talent). Mamy poszukiwanie swojej pasji/celu w życiu (i odkrycie swojego wielkiego talentu do X czy Y). Mamy „syna marnotrawnego” i marnotrawiony talent niczym w „Good Will Hunting”/”Buntowniku z wyboru”.

 

(Co ciekawe, mit talentu jest dużo mniej rozprzestrzeniony w kulturach azjatyckich, gdzie kulturowo mamy dużo mniej przekazów „od zera do bohatera”, a dużo więcej „tsuyoku naritai”, „chcę być silniejszy” i stopniowego treningu. Przekłada się to też na wzorce kulturowe i oczekiwania względem dzieci.)

 

Jest to o tyle ironiczne, że ogromna część dzisiejszych przykładów talentu… Wcale nimi pierwotnie nie było. Wielu dzisiejszych „wybitnych” muzyków – Mozart, Bach, Bethoveen – za swoich czasów byli po prostu jednymi z wielu. Do pozycji „wielkich” i „klasyków” zostali wypromowani często po długich latach.

 

Doskonałym przykładem jest tu przypadek Mona Lizy, o którym już kiedyś pisałem. To dziś najsłynniejsze, najwybitniejsze dzieło Da Vinci’ego… kiedyś ukradziono i nikt tego nie zauważył, takim było trzeciorzędnym eksponatem. To dopiero po kradzieży, która zdobyła publiczną wyobraźnię na długie lata, obraz zaczęto uznawać za wybitny. (W końcu inaczej by go nie ukradziono!)

 

„Słynna” rywalizacja „talentu” Mozarta i „rzemieślnika” Salieriego? Argument tak często przywoływany przez zwolenników koncepcji talentu?

Nigdy nie miała miejsca. Tworzyli równolegle, byli uznawani za podobnie kompetentnych, nie ma śladu rywalizacji między nimi. Dopiero kilkaset lat później popularna opera o życiu Mozarta udramatyzowała jego historię i stworzyła podstawy do wiary w tą fikcyjną rywalizację. (Ale cóż, dzięki temu mamy kawałek „Piękno jak nóż”, więc wyjątkowo im wybaczam.) Do tego w rzeczywistości oczywiście Mozart wręcz harował od młodego wieku pod okiem ojca nauczyciela muzyki. Mit rozpada się gdy zaczniemy go weryfikować.

Ale jak to ujął Tim Minchin, płynności narracji nie sprzyja zbytnia szczegółowość. Dlatego popkultura dodatkowo ścina i usuwa te elementy, które nie pasują do ładnego przekazu.

 

A my popkulturą wręcz nasiąkamy. Bardziej, niż jakiekolwiek wcześniejsze pokolenie. Filmy. Seriale. Gry. Książki. Komiksy. Muzyka. Wszędzie, absolutnie wszędzie powtarzają się te same koncepcje. Nasiąkamy nimi, zupełnie nieświadomie.

 

Dotyczy to talentu. Dotyczy to też wielu innych kwestii poruszanych tu na blogu – seksizmu, kultury gwałtu, klasizmu i wielu innych fragmentów poglądów, które kształtują nasz świat. Nie myślimy o nich, nie uczymy się ich świadomie – ale to czyni dostrzeżenie tej błędnej nauki tym trudniejszym.

 

Tym bardziej, że coraz więcej badań pokazuje, że poczucie „to jest prawdą” czy poczucie „zrozumienia” wydają się być procesami oddzielnymi od jakiejkolwiek treści. Innymi słowy, jesteś w stanie poczuć „tak jest” bez realnych podstaw, tak samo jak jesteś w stanie poczuć np. szczęście czy smutek bez realnych podstaw. Po prostu jako efekt uboczny takiego, a nie innego działania mózgu.

 

A z takim uczuciem szalenie trudno jest walczyć, szalenie trudno jest je podważyć. W końcu wszystko w Tobie wręcz WYJE, że sprawa wygląda tak, a nie inaczej. Uświadomienie sobie, że to absolutnie nic nie znaczy jest szalenie trudne.

 

Takie uczucia powstają na różne sposoby. Także w wyniku kulturowego warunkowania. A ponieważ lubimy o sobie myśleć jako o racjonalnych i rozsądnych, to gdy już takie uczucie mamy, szukamy na nie dowodów. Szukamy przyczyn, dla których takie uczucie jest prawdziwe. Nawet, jeśli tych przyczyn nie ma, bo to uczucie jest pochodną przypadkowego warunkowania. Ot, taki nasz los jako ludzi.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis