Czy Syndrom Sztokholmski faktycznie istnieje?

Jak to bywa między przyjaciółmi, ludzie sobie docinają. Ja na przykład zwykłem docinać przyjacielowi, który dużo gra w Twilight Imperium – to taka gra planszowa, gdzie tłumaczenie zasad zajmuje dwie godziny, a rozgrywka dalszych dwanaście. Nie jest tragiczna, ale przyjemność zdecydowanie nie uzasadnia zainwestowanego czasu. Ale ten kumpel ją uwielbia i grywa w nią regularnie, niemal co tydzień.

Moje uzasadnienie – „Syndrom Sztokholmski”. Niczym ofiary porywaczy, które zaczynają pałać sympatią do oprawców („bo mogli zabić, a tylko krzywdzą, czyli w sumie dobrzy ludzie”), mój przyjaciel zaczął pałać sympatią do gry, w którą włożył tak wiele czasu… i dodajmy, NIGDY, grając w nią od lat, w nią nie wygrał.

Niestety moi znajomi są dość łebscy, więc kumpel spokojnie odpalił, że Syndrom Sztokholmski to mit. Jak przystało na sceptyka naukowego sprawdziłem… I faktycznie, okazało się, że coś jest na rzeczy.


Oczywiście oznacza to, że jest tylko jedno inne wytłumaczenie podejścia mojego kumpla do Twilight Imperium. To nie Syndrom Sztokholmski. On jest po prostu zjebany…

Idea Syndromu Sztokholmskiego pojawiła się po napadzie na Kreditbanken w Sztokholmie w 1973 roku. Napastnicy przez sześć dni przetrzymywali zakładników. Po złapaniu przestępców, zakładnicy wyrażali sympatię do napastników i odmawiali współpracy z policją. Psychiatra i kryminolog zaangażowany w sprawę przez policję dość skrótowo podsumował mediom sytuację jako przejaw prania mózgu, którego doświadczyli zakładnicy ze strony napastników. Określił to mianem Syndromu Norrmalmstorg (od placu na którym mieścił się bank), a w świat poszło inne, łatwiejsze do wymówienia określenie – Syndrom Sztokholmski.

Przez lata media nagłaśniały inne przypadki, jak np. Nataschy Kampusch, porwanej w wieku 10 lat i przetrzymywanej w piwnicy napastnika przez kolejnych osiem, poddawanej przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej, przemieszanej z chwilami większej sympatii ze strony oprawcy. Gdy uciekła w wieku 18 lat, jej porywacz popełnił samobójstwo, a Kampusch przeszła normalny proces żałoby.

W efekcie medialnych nagłośnień, poppsychologicznych artykułów oraz książek czy filmów wykorzystujących ten motyw, Syndrom Sztokholmski trafił do popularnej wyobraźni. Nic dziwnego. To idealnie fascynujący paradoks, oprawca wzbudzający pozytywne uczucia u ofiary. Jednocześnie fascynujące i odpychające. Doskonała pożywka dla prasy czy różnych fabuł.


Sęk w tym, że szalenie trudno powiedzieć, czy Syndrom Sztokholmski faktycznie występuje. Brak porządnych badań w temacie, to co się pojawia to zwykle studia przypadku. Niektóre osoby którym przypisywano Syndrom Sztokholmski, np. Elizabeth Smart, zaprzeczają takim objawom. Jeśli nie angażowały się we współpracę z policją, to zwykle z obawy o bezpieczeństwo najbliższych, którym porywacze, napastnicy itp. pośrednio grozili („jeśli będziesz zeznawać, Twoja rodzina pożałuje”).  Wewnętrzne dane FBI sugerują, że objawy podobne do Syndromu Sztokholmskiego pojawiają się u mniej niż 10% porwanych.

Dlaczego więc tyle o tym słyszymy? Cóż, sytuacje w których mamy do czynienia z czymś co wygląda na Syndrom Sztokholmski chwytają wyobraźnię i napędzają medialną gorączkę. W końcu „ofiara porwania nienawidzi porywaczy” to żaden nius.


Jeśli więc mowa o tak rzadkim zjawisku, czy istnieje jakiekolwiek uzasadnienie, dla określania go mianem Syndromu?

Wiele wskazuje na to, że nie. Z tej koncepcji warto prawdopodobnie zrezygnować, jako z medialnej, ale niekoniecznie prawdziwej.


To powiedziawszy, oczywiście mogą być sytuacje w których ofiara zaczyna sympatyzować z oprawcą. Tzw. błędnie przypisane przywiązanie występuje m.in. u niektórych osób w związkach przemocowych czy wiernych w kultach. Może też wystąpić w sytuacji silnego stresu takiej jak porwanie. Pomijając wszystko inne, koniec końców jesteśmy po prostu ludźmi, istotami stadnymi. Jak spędzamy z innymi dużo czasu – nawet jeśli są wobec nas niemili, często zaczynają należeć do naszego stada, zaczynają być nam bliżsi. Charles Goetzinger przeprowadził eksperyment, w którym na jego wykłady chodził student w czarnej torbie na głowie. Nic nie mówił, nie wchodził w interakcje z innymi, początkowo był traktowany jako outsider. Z czasem jednak inni studenci zaczęli go lubić, a nawet bronić przed osobami z innych grup. Stał się członkiem ich stada.

Dużo prostszym wyjaśnieniem Syndromu Sztokholmskiego wydaje się więc po prostu być normalne, ludzkie poczucie bliskości, które może zajść także w sytuacji kryzysu, pod warunkiem, że mamy do czynienia z wystarczająco długimi interakcjami. Potwierdzają to dane wewnętrzne FBI, które wskazują długość kontaktu jako jeden z kluczowych czynników. Może to też wyjaśnić reakcję Nataschy Kampusch. Tak, jej porywacz był potworem. Ale był potworem, którego znała przez 8 lat swojego życia. Jesteśmy istotami społecznymi, czas buduje więź.

Zamiast więc myśleć w kategoriach Syndromu Sztokholmskiego, może warto przerzucić się na myślenie o powiązaniach międzyludzkich?


PS. Kumpel uparł się by podkreślić, że od tego czasu już co najmniej dwa razy wygrał w Twilight Imperium. Jego słowa, nie moje :)



Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!

Przykładowe pytania:

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis