Jako trener regularnie uczę uważności na fakt, że nasi rozmówcy zwykle nie wiedzą dokładnie tego, co my wiemy. Czasem wiedzą więcej, czasem mniej, zwykle jedno i drugie na raz. Nie raz trzeba więc znaleźć wspólną przestrzeń i wejść na poziom wnioskowania pasujący obydwu stronom. Nie raz też trzeba po prostu wyjaśnić pewne rzeczy, które mogą nam się wydawać oczywiste – bo wcale dla innych oczywiste nie są.
Pomyślałem, że warto się samemu zastosować do tej nauki, w kontekście, który często poruszam, czyli sceptycyzmu. Nie ma co tu ukrywać – sceptycy zbyt często sprawiają kiepskie wrażenie. Potwornie łatwo, w próbach przeciwdziałania szkodliwym mitom, wyjść na przemądrzałego pyszałka. Bardzo łatwo po prostu stracić cierpliwość, po raz pięćdziesiąty czy setny tłumacząc te same podstawowe kwestie komuś, kto jest przekonany, że zjadł wszystkie rozumy, bo przeczytał dwie strony w internecie – i nie zdaje sobie sprawy z głębi swojej niewiedzy.
Fakt, że to łatwe nie może być jednak usprawiedliwieniem. Nie, jeśli chcemy, żeby sceptycyzm, promocja tego co faktycznie działa i przeciwdziałanie szkodliwym mitom miało szanse sięgnąć szerzej. Do tego potrzebne jest też obopólne zrozumienie. Pomyślałem więc, że warto poświęcić artykuł pewnym rzeczom, które stanowią codzienne doświadczenie sceptyków, o których przygodne osoby nie mają pojęcia.
Poglądy mają re
