Jednym z popularnych haseł odnośnie własnego biznesu to “po prostu musisz znaleźć swoją niszę, ludzi, którzy będą gotowi zapłacić za to, co oferujesz.”

W haśle tym jest wiele prawdy. Jest też jedna istotna kwestia, którą łatwo co do niego pominąć. Powstało ono w USA, które jest tak około 10-krotnie liczniejsze niż Polska. (Plus, język angielski jest obecnie językiem światowym, co daje dostęp do jeszcze szerszego grona odbiorców). A to zmienia bardzo, bardzo wiele…

Nie wiesz co tu robi lalka brzuchomówcy? Dowiesz się… I będzie “łeee!!!”

Na pierwszy rzut oka, strategia szukania niszy brzmi świetnie. Znajdź coś, czego jeszcze nie ma na rynku, coś w czym możesz się wyróżnić i otwieraj biznes tam, zamiast konkurować z wieloma podobnymi firmami w innym sektorze. Nie mając konkurencji łatwiej złapiesz oko klienta i więcej zarobisz.

W strategii tej jest jednak jeden kluczowy problem – czy ewentualnych klientów będzie faktycznie dość, by się z nich utrzymać? Bo jasne, złapać oko klienta będzie łatwiej… Ale jak będzie sam jeden, to o ile nie sprzedajesz prywatnych samolotów albo luksusowych limuzyn, trudno Ci może być z niego wyżyć zbyt długo.

Kluczem do zrozumienia tego problemu jest wychwycenie różnicy między Polską, a USA i chciałem Ci to zilustrować jednym z moich ulubionych przykładów…


Jednym z serwisów, które regularnie czytuje (i do którego chciałbym w sumie kiedyś pisać) jest Cracked. Jeden z ich artykułów, który utkwił mi w pamięci, to wspomnienia dziewczyny z seks-kamery. Ta dziewczyna miała swoją niszę – uprawiała przed kamerą seks ze specjalnie zmodyfikowaną lalką brzuchomówcy, równocześnie podkładając pod nią głos brzuchomówstwem.

Przeczytaj proszę powyższe zdanie jeszcze raz. I pomyśl jaki procent populacji może mieć taki konkretny fetysz – seks z lalką brzuchomówcy…

Niewielki, prawda? Tak potwornie, potwornie, absurdalnie niewielki.


A jednak dziewczyna ta wykroiła sobie niszę. Część widzów pewnie trafiała do niej z ciekawości (chorej, chorej ciekawości)… Ale miała też grono “stałych klientów”, gotowych płacić za jej show dość, by dobrze jej się z tego żyło.

Jak sądzisz, czy gdyby była Polką i robiła swój show po polsku, w naszym internecei, zebrałaby wystarczającą grupę klientów?

Oczywiście, że nie! Nie dlatego, że Polacy są mniej kreatywni w zakresie dziwnych fetyszów seksualnych, ale dlatego, że jest nas po prostu za mało. Nie zbierze się dość takich fetyszystów brzuchomówstwa i biedna dziewczyna będzie musiała zjeść swój manekin…

I podobnie z większością niszowych produktów – sprzedając na rynku takim jak nasz, nawet jeśli trafisz na niewykorzystaną niszę, będzie ona raczej za mała, by Cię utrzymać. To czyni wszystkie niszowe biznesy dużo bardziej ryzykownymi.


Nie znaczy to, oczywiście, że w Polsce nie da się znaleźć własnej niszy na biznes. Ba! Da się nawet znaleźć niszę dochodową! (Przynajmniej przez jakiś czas – dziś niszą są knajpy tajskie, przed chwilą były wege, zaraz będą koreańskie, a potem…)

Jednocześnie jednak taka strategia jest w sumie dużo mniej skuteczna, niż na większych rynkach, gdzie nisz może być więcej, mogą być bardziej szczegółowe, dziwne, zwichnięte, a i tak znajdzie się dość chętnych by z nich wyżyć. To po prostu kwestia skali. Można próbować tej strategii, ale trzeba się liczyć z tym, że dużo lepiej dostosowana jest do większych rynków. Dlatego zresztą tak wiele niszowych sklepów z Polski czy Czech od razu otwiera się na rynki zachodnie – bo z naszego dużo trudniej wyżyć na niszy.


A jeśli chcesz się skupić na naszym swojskim rynku? Co proponuję w zamian, skoro nisze niekoniecznie są tak dobrym rozwiązaniem? Cóż, mamy bardzo wielu firm obciążonych naleciałościami kiepskiego zarządzania i podejścia do klienta. (Pisałem o tym np. tutaj czy tutaj.) Dlatego może zamiast szukania szczegółowej niszy, lepiej skupić się na po prostu bardzo dobrym realizowaniu danej usługi?

Wciąż nie jest to wbrew pozorom standardem, ani nawet opcją 50:50. A jednocześnie w pewnym sensie jest niszą – bo pozwala się wyróżnić wśród konkurencji. I to w obszarze, w którym widać, że jest zapotrzebowanie.

Nawet taka nisza nie musi być oczywiście pewna – być może ludzie wolą gorszą jakość, ale zapłacić mniej. W coraz większej ilości sytuacji jakość zaczyna się jednak liczyć. Dlatego ze swojej strony sugerowałbym się skupić właśnie na tym.



Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis