O co chodzi z tymi Wysoko Wrażliwymi Osobami?

Jakiś czas temu okazało się, że szereg znajomych osób, mocno odmiennych pod wieloma względami, klasyfikuje siebie jako WWO – “Wysoko Wrażliwe Osoby”. Fakt, że identyfikował się tak rozległy przekrój osób, mocno od siebie odmiennych, wzbudził we mnie pewne wątpliwości. Ta koncepcja zaczynała brzmieć jak jakiś pop-rozwojowy wymysł, równie bezwartościowy jak MBTI czy testy kolorów.

Oczywiście, to, że coś dla mnie jakoś brzmi nic jeszcze nie zmienia. Jestem równie podatny na błędy poznawcze jak każda inna osoba. Dlatego zacząłem zgłębiać temat, by zweryfikować o co w tym chodzi. I tu trafiłem na dość mieszane wyniki. Z jednej strony, u podstaw koncepcji WWO leży po prostu interpersonalna różnica w skali wrażliwości układu nerwowego na bodźce. Nie jest to nowa idea i jest ona nieźle przebadana. Sam na szkoleniach często sięgam do niej w kontekście tłumaczenia pewnych kwestii. Z drugiej jednak strony, sama wrażliwość układu nerwowego nijak nie tłumaczyła wielu cech czy zachowań, na które powoływały się w autodiagnostyce osoby przedstawiające się jako WWO. Wyglądało na to, że chcę czy nie chcę, nie wystarczy pobieżna weryfikacja. Trzeba przeczytać kilka książek w temacie, zaczynając od tej, od której wszystko się zaczęło – “The highly sensitive person” Elaine Aron.

 

 

Parę książek dalej (dwie przeczytane, kilka przejrzanych), sytuacja była nieco jaśniejsza… I dużo bardziej frustrująca.

WWO okazało się bowiem być jedną z bardziej irytujących “kanapek z kupą” z jakimi się spotkałem. Kanapka z kupą to taka treść, w której realne, wartościowe treści (chlebek, tutaj taki naprawdę dobry, jeszcze ciepły, z tej skandalicznie drogiej francuskiej piekarni) przełożony jest, cóż, kupą. Jasne, niezbyt śmierdzącą nawet w tym przypadku. I nie ma jej jakoś wyjątkowo dużo jak na standardy takich kanapek. Tylko trochę na środku, może dałoby się ugryźć tak, by jej nie dotykać. Spróbować tylko samego chlebka, tak na pewno pysznego. No, ale to jednak wciąż kanapka z kupą, więc zjedzenie jej nie jest dobrym pomysłem.

 

Chlebkiem jest tu faktycznie uzasadniona idea różnej wrażliwości układu nerwowego. Ta sama, która stoi u podstawy ekstrawersji i introwersji w rozumieniu Wielkiej Piątki. Po prostu, układ nerwowy niektórych osób mocniej reaguje na bodźce, innych słabiej. Pierwsza grupa dość szybko może się więc poczuć przytłoczona i zmęczona. Potrzebować przerwy i regeneracji, a jeśli ich nie otrzyma, zacząć mieć coraz większe problemy z kontrolą własnych impulsów. Wrażliwość na bodźce oznacza też np. większe problemy z ignorowaniem dochodzącej od sąsiada muzyki i zaśnięciem czy potrzebę większej dawki znieczulenia u dentysty. Te osoby chodzą przez życie tak, jakby miały słuchawki (i ich odpowiedniki na inne zmysły) z głośnością podkręconą na maxa. Chwilę tak fajnie posłuchać muzyki, ale w pewnym momencie robi się to męczące. Ponieważ ludzie często są źródłem bardzo wielu bodźców, wiele osób z tej grupy będzie ograniczało kontakty interpersonalne. Albo potrzebowało więcej czasu na regeneracje po nich.

Po drugiej stronie skali będziemy mieli osoby o bardzo mało wrażliwym układzie nerwowym. Takie osoby będą celowo szukały pobudzenia, wystawiały się na sytuacje gdy tego pobudzenia będzie więcej. Łatwiej im będzie znieść np. borowanie zęba bez znieczulenia, ale za to ciężej non stop usiedzieć w domu w czasie pandemii. Ich “słuchawki” są non stop przyciszone, szukają więc takich sytuacji, które nawet po przyciszeniu zapewnią dość bodźców.

No i oczywiście jest to, jak wskazałem, skala. Wiele osób będzie gdzieś po środku. Niektóre idealnie, niektóre nieco bliżej jednego czy drugiego końca. Warto też podkreślić, że neurologicznie mówimy o ogólnej wrażliwości układu nerwowego. Szczególna wrażliwość np. tylko na dotyk, bez podobnej wrażliwości na bodźce z innych zmysłów nie będzie wystarczająca do spełnienia tego kryterium.

 

Drugą kromką chleba w koncepcji WWO jest zwrócenie uwagi na to, że każde miejsce na tej skali ma swoje zalety. Zalety WWO należy docenić na równi z zaletami Nisko Wrażliwych Osób (NWO). Dziś nie jest to niczym kontrowersyjnym, od co najmniej kilkunastu lat ukazuje się coraz więcej publikacji typu “siła introwersji”, np. bardzo dobre “Ciszej proszę“, które recenzowałem kilka lat temu. To jednak dość świeże podejście. Przez poprzednich kilkadziesiąt lat kultura popularna promowała raczej ekstrawersję*, dla introwertyków zostawiając raczej role drugoplanowe. Ofiar, upustu komicznego, albo chodzącej encyklopedii wspierającej głównego, ekstrawertycznego bohatera. Cóż, dla ekstrawertyków łatwiej się pisze scenariusze. Chodzą szukać tarapatów, zamiast siedzieć w bibliotece nad książkami. Od młodego wieku uczymy się więc cenić raczej takie postawy, doceniamy je także w dorosłości, nieświadomi ich ograniczeń. Ani też korzyści, jakie wynikają z introwersji. Aron była jedną z pierwszych osób publicznie podnoszących kwestię korzyści z wrażliwego układu nerwowego i zachęcających do traktowania tej cechy jako zalety i czegoś na czym można budować swoją tożsamość, zamiast przed tym uciekać. To cenne i warto to podkreślić.

*Słówko wyjaśnienia – pisząc o ekstrawersji i introwersji używam tu cały czas podziału z Wielkiej Piątki, bezpośrednio powiązanego z wrażliwością układu nerwowego. Może to wprowadzać nieco zamieszania u zwolenników WWO, gdyż Aron używa w tej książce terminów ekstrawersja i introwersja, ale w rozumieniu Jungowskim, “dążenia do ludzi i dążenia od ludzi”. W takim rozumieniu jej teza “WWO mogą być też ekstrawertycy” jest oczywiście prawdziwa, nie jest ona jednak prawdziwa gdy używamy terminologii z Wielkiej Piątki, gdzie skala Introwersja/ekstrawersja mapuje się liniowo na ten aspekt WWO/NWO, który jest wykazany badaniami. Niestety, w psychologii zdarza się takie zamieszanie terminologiczne, w różnych teoriach ten sam termin może znaczyć coś innego, albo to samo zjawisko może być opisywane kilkoma różnymi terminami.

 

Gdyby WWO opierało się tylko na tych dwóch kwestiach, byłbym wielkim fanem. Niestety, potem jest gorzej. Musimy się skonfrontować też z kupą. (Choć, by być fair, jest jej więcej w oryginalnych książkach Aron, niż w późniejszych publikacjach w temacie, jakie widziałem.) Problemy są tu dwa, zresztą silnie ze sobą połączone – mieszanie koncepcji oraz zbyt otwarte kryteria włączania do grupy.

 

Wrażliwość układu nerwowego, tak jak opisana powyżej, dobrze pasuje do podstawowej hipotezy Aron. Jest też nieźle podparta badaniami. U osób tak opisanych możemy oczekiwać między innymi tego, że zbyt dużo lub zbyt silnych bodźców szybko je wyczerpie, zmusi do wycofania, regeneracji sił lub wręcz, w sytuacjach ekstremalnych tymczasowo przeciąży system, doprowadzając np. do wybuchu płaczu, hiperwentylacji czy wściekłości. Takie osoby będą zwykle unikały sytuacji gdy bodźców jest za dużo, lub celowo je redukowały. Mogą np. spędzić część imprezy w kącie na komórce lub bawiąc się ze zwierzakiem, odcinając od głównych bodźców. Mogą potrzebować częściej odpoczywać i na dłużej się wyłączać.

Jak na razie spoko. Tyle tylko, że Aron nie zatrzymuje się na tym opisie. Dodaje też WWO szereg innych cech. Gdy już się pobudzą, dużo trudniej im się uspokoić. Silnie reagują na przemoc czy okrucieństwo. Są wysoce wrażliwe na sztukę. Chętnie rozważają takie kwestie jak śmierć czy sens życia, które nudzą osoby NWO. Jednocześnie WWO ma być aż 20% populacji.

Cóż… jest  z tym problem. Koncepcja zaczyna tutaj bowiem wrzucać do wrażliwości układu nerwowego rzeczy, które z tą wrażliwością zupełnie nie mają związku. Zaczyna robić duży stereotyp. (Bardzo pozytywny stereotyp, o czym jeszcze sobie porozmawiamy.)

Nie znaczy to, że nie będzie osób, które jednocześnie i mają wysoce wrażliwy układ nerwowy, i trudno się uspakajają, i silnie reagują na przemoc, i są wysoce wrażliwe na sztukę, i chętnie rozkminiają sens życia. Tylko każde kolejne “i X” na tej liście redukuje nam grupę osób, które kwalifikowałyby się jako WWO. Bo każda z tych kwestii jest oddzielną kategorią i dość naturalnie osób które mają po prostu wysoce wrażliwy układ nerwowy będzie mniej niż osób które zarówno mają wrażliwy układ nerwowy jak i rozkminiaja sens życia. Z 20% populacji zrobiłoby nam się 12%, potem 8%, 4%, w końcu 1-2%. (Procenty wyssane z palca, chodzi o pokazanie mechanizmu.) Innymi słowy, WWO tak definiowani obejmowaliby dużo mniejszy zakres populacji. A to stoi w sprzeczności z drugim problemem z WWO, o którym za chwile. Co więcej, testy weryfikujące obecnie WWO w badaniach nie weryfikują dobrze większości tych dodatkowych kryteriów, badania musiałyby być więc dużo bardziej szczegółowe i rozbudowane.

 

No dobrze, ale czy faktycznie mamy do czynienia z odmiennymi kryteriami? Może te wszystkie kwestie wywodzą się bezpośrednio z wrażliwości układu nerwowego na bodźce?

Niestety, nie da się tak tego uprościć.

 

Trudność z uspokajaniem się (oraz, pośrednio, wrażliwość na przemoc, itp.) odpowiada w psychologii innej cesze, neurotyczności (w rozumieniu wielkiej piątki). Neurotyczność, na poziomie układu nerwowego, definiowana jest tym jak szybko pobudzony układ powróci do pierwotnego trybu działania. Cecha ta opiera się na zupełnie innych mechanizmach niż wrażliwość układu nerwowego na bodźce. Używając nieco prostackiej analogii – wrażliwość układu nerwowego to kwestia tego jak mocno musisz dotknąć, lub wręcz uderzyć w czyjś samochód, by rozbrzmiał alarm. A neurotyczność to kwestia tego jak długo ten alarm będzie wył, jak już rozbrzmi. Możesz więc mieć np. samochód, który uruchomi alarm pod wpływem spadającego liścia, ale zaraz ucichnie. Możesz taki, w który musisz kopnąć tak, aż wygniesz blachę, ale jak już zacznie hałasować, to będzie to robić całą noc. Masz też i wrażliwe i wolno wygaszające, oraz niewrażliwe i szybko wygaszające. To dwa oddzielne wymiary i możliwe są wszelkie kombinacje.

Podobnie jak w wypadku ekstra/introwersji, neurotyczność jest też skalą. Są osoby na krawędziach, większość jest gdzieś po środku. Osoby bardziej neurotyczne będą się wolniej uspakajały, ale osób i wysoko wrażliwych i wysoko neurotycznych będzie w społeczeństwie stosunkowo mało. Cechy te nie są bowiem ze sobą bezpośrednio powiązane.

 

Z neurotycznością będzie powiązana też wrażliwość na przemoc czy podobne kwestie. Osoby wysoce neurotyczne będą, bazowo, bardziej wrażliwe na przemoc, w tym znaczeniu, że po zobaczeniu przemocy na tyle intensywnej, by wywołać reakcję, trudniej będzie im się uspokoić, pozbyć takich obrazów z głowy, itp. Jak większość cech osobowości, także ta jest jednak modyfikowana przez doświadczenia życiowe. Tak jak osoby o wrażliwym układzie nerwowym mogą na tyle przywyknąć do kontaktów z ludźmi, by przestały one dla nich być nadmiernie stymulujące, tak samo osoby o wysokiej neurotyczności mogą nauczyć się w pewnych sytuacjach szybciej uspokajać, lub redukować pobudzenie na tyle, by nie doszło do przekroczenia ich granic. Na tym polega między innymi część zabiegów psychoterapeutycznych w wypadku osób neurotycznych. Możliwe jest więc, że doświadczenia życiowe, zainteresowania, itp. tak wpłyną na osobę o wysokiej neurotyczności, że nie będzie ona wrażliwa na przemoc, albo przynajmniej na pewne odmiany przemocy. Na przykład kategoryzując je jako przerysowane i nierealistyczne. (Osoby, które nie mają kłopotu z krwawymi i przerysowanymi egzekucjami w grach typu Mortal Kombat prawdopodobnie miałyby duży problem z oglądaniem filmów z prawdziwych egzekucji, jakie musieli oglądać graficy firmy przygotowując takie materiały.)

 

Wrażliwość na sztukę czy piękno to jeszcze inne kryterium. I to nawet niezbyt jednorodne. Bo co to znaczy “wrażliwość na sztukę i piękno”? Od kiedy jest to jedna kategoria? A jeśli ktoś kocha zdjęcia, ale nie trawi obrazów? Albo uwielbia rzeźbę, ale muzyka zupełnie go nie rusza? Czy jest wrażliwy, czy nie? Już to jest problemem, nie wspominając nawet o tym, że to co uznajemy za sztukę i piękno jest w dużej mierze wyuczone. (Istnieją obiektywne, neurologiczne czynniki powiązane ze sztuką i kiedyś pewnie poświęcę im artykuł, ale w kontekście WWO nie ma odwołań do tych kwestii.) “Wrażliwość na sztukę i piękno” to taki wytrych, bo większość osób odnajdzie w sobie jakąś wrażliwość z tego przedziału. Ktoś na zachód słońca i jego kolory, ktoś inny na muzykę, jeszcze inny na określone smaki, ale niewiele będzie osób totalnie niewrażliwych na nic. Więc jak kogoś bardzo porusza muzyka, ale już nie obrazy to jest wrażliwy, czy nie? Oddzielnym kryterium jest tu też kontakt z własnymi emocjami – możesz być bardzo poruszony i w ogóle tego nie dopuszczać do świadomości, bo przez lata odrzucałeś świadomość takich doznań.

 

No i w końcu rozkminianie śmierci, sensu życia i podobnych, rzekomo nudnych dla nie WWO osób. To znów nie kwestia wrażliwości układu nerwowego. Jeśli cokolwiek, będzie to pewnie skorelowane z inteligencją, ale i tu wpływ będzie miało wychowanie i czynniki społeczne. Jeśli w czyjejś rodzinie dużo się rozmawiało na takie tematy, albo kogoś zainteresowała filozofia, takich rozkminek będzie więcej. Jeśli ktoś jest nawet bardzo inteligentny i ma bardzo wrażliwy układ nerwowy, ale w rodzinie takie tematy nie były poruszane, osoba ta w żadnym momencie nie trafiła też na takie książki czy filmy, które zbudowałyby odpowiednie zainteresowanie tym tematem.

 

Jak więc widzisz, wiele z rzekomych cech osób wysoko wrażliwych jest do nich przyklejonych tak raczej na gumę do żucia, niż przyspawanych. Czemu tak jest? Skąd dorzucanie dodatkowych kryteriów, które dość słabo trzymają się oryginalnej koncepcji, chyba, że na poziomie bardzo dużego stereotypu?

 

Cóż, tu nam się pojawia drugi problem z WWO. Problem z kategorii tych, w których muszę trochę pozgadywać, być może błędnie, odnośnie intencji autorki.

W oryginalnej książce o WWO pojawia się autodiagnostyczny test. Nie tylko miesza on masę kryteriów, takich jak sumienność (trzecia z cech z Wielkiej Piątki), nie tylko bardzo łatwo by każdy kto go wypełnia uzyskał efekt pozytywny (odpowiedzi Prawda/Fałsz na bardzo ogólnej skali, pytania typu “Zmiany w życiu wpływają na mnie” czy narcystyczne “Mam bogate życie wewnętrzne”). Jest gorzej. Bo po teście czytamy, że w sumie, to ignorować test, jak uważamy się za WWO to jesteśmy i tyle, niech nam nikt nie mówi, że jest inaczej. To generuje problem znany w psychometrii jako fałszywe pozytywy. Innymi słowy, jeśli WWO faktycznie odnosi się do istniejącej cechy (a postuluję, że tak, tej samej do której odnosi się intro/ekstrawersja w rozumieniu Wielkiej Piątki), która faktycznie występuje u np. 20% populacji, to pod wpływem tego testu zidentyfikuje się jako WWO np. 40% populacji. A więc wiele osób błędnie sobie przypisze takie cechy. Zrobi to też dlatego, że spojrzy na temat z perspektywy innych kryteriów, nieuprawnienie powiązanych z WWO, takich jak neurotyczność. Zrobi to w końcu dlatego, że WWO jest generalnie opisana bardzo pozytywnie. Wrażliwi na piękno? Inteligentni? Z bogatym życiem wewnętrznym? Kto nie chce tak o sobie myśleć? Kto ochoczo określa siebie jako “głupi, niewrażliwy trep z życiem wewnętrznym kuli bilardowej”. Zachodzi tu tzw. efekt horoskopowy, sprzyjający błędnemu dostrzeganiu siebie w pozytywnym, ogólnym opisie. Efekt ten jest jeszcze wzmacniany przez całą książkę oraz w większości artykułów i innych materiałów odnośnie WWO jakie widziałem. (Nowsze książki są pod tym kątem nieco lepsze, wciąż ten efekt występuje, ale na mniejszą skalę.)

Nie wiem skąd zastosowanie takiego efektu. Najbardziej hojna interpretacja jaką mogę wymyślić to “Aron chciała, by jak najwięcej osób identyfikowało się jako WWO, bo dzięki temu łatwiej zmienić społeczne podejście do tej grupy.” Umiarkowana “Wychodziła z opisu siebie samej jako WWO i narzuciła wzorzec swojej osoby wszystkim innym.” Mało szczodra “Aron zarabiała jako specjalistka od terapii WWO, taka książka pięknie generuje klientów do pracy nad pogodzeniem się ze swoim WWO i efektywnej pracy z nim.” Nie wiem, która jest prawdziwa. Może wszystkie, może żadna.

 

Tym niemniej wystąpienie tego efektu to po prostu błąd w sztuce i to duży. Sprawia, że jako WWO identyfikuje się sporo osób nie spełniających tych kryteriów. Co może być o tyle problematyczne, że w przynajmniej niektórych przypadkach bycie WWO bywa wykorzystywane jako toksyczna karta przetargowa, np. w sporach związkowych. “Ja jestem WWO, więc musisz się do mnie dostosować” jest zjawiskiem, o którym nie raz słyszałem od klientów będących w związkach z takimi osobami. Skupienie na wrażliwości układu nerwowego może też zaślepiać np. na kwestie neurotyzmu, z którym da się pracować na terapii, w sposób poprawiający jakość życia takiej osoby. Jeśli zamiast podjąć pracę stwierdzimy “jestem WWO, tak mam i tyle” możemy skazywać się na masę niepotrzebnego cierpienia. Bo jasne, wrażliwości układu nerwowego, czy tempa opadania pobudzenia nie zmienimy. Ale możemy nauczyć się narzędzi na lepsze zarządzanie tymi kwestiami i bardziej efektywną aranżację życia wokół nich.

 

Podsumowując – WWO jako koncepcja wrażliwości układu nerwowego ma wartość. Doceniam też zasługi Elaine Aron w odczarowywaniu introwersji i uczeniu, że taki sposób funkcjonowania ma też masę zalet. Jednocześnie WWO jako koncepcja sprzedawana szerokiej publiczności jest na tyle wadliwa, że nie widzę dla niej uzasadnienia. Lepiej skupić się po prostu na wielkiej piątce i jej kryteriach diagnostycznych.

 

PS. Elaine Aron powiela w książce sporo po prostu bzdur typu “prawopółkulowości”, WWO mają częściej wysypki i alergie, czy skrajne bzdury na temat historii Europy w stylu “przed przybyciem do europy nomadycznych NWO jeźdźców około siedem tysięcy lat temu nie było prawie wojen, monarchii ani niewolnictwa”. Dla wyjaśnienia czemu to bzdury zacznijmy od tego, że udomowienie konia to około 3500 lat temu i były to raczej kuce, a koń typu “nomadzi będą na nich jeździli na dużą skalę” został wyhodowany dużo, dużo później. Celowo nie chciałem się na nich skupiać, choć jak się pewnie domyślasz, wkurzały mnie niemożebnie. Nie miały jednak kluczowego znaczenia dla samej koncepcji Aron, a chciałem się odnieść bezpośrednio do niej. Pod tym względem późniejsze książki innych autorów wydają się nieco lepsze i mniej odleciane, więc tym bardziej chodziło mi o skupienie się na samej koncepcji.

 


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis