Non-apology, czyli jak ludzie udają, że przepraszają…

Spotkałeś się kiedyś z sytuacją, gdy ktoś niby Ci przeprosił, może tam nawet padło „przepraszam”, ale jakoś tak wcale nie czułeś się przeproszony? Jeśli tak, to całkiem możliwe, że trafiłeś na tzw. non-apology. „Niby-przeprosiny.”

Non-apology to te wszystkie „jeśli ktoś poczuł się urażony, to przepraszam”, jak również przeprosiny wrzucone w środek dłuuugiej wyliczanki jak to druga osoba zawiniła.

Np. coś w rodzaju „„Zegrzysław, pojawiłeś się na ulicy znikąd z postawą tak roszczeniową, jakbyś był właścicielem połowy ławek przy ulicy, a chodziłeś po niej tak, jakbyś był udzielnym władcą chodnika. Przypierdalając Ci miałem na myśli to jak chodziłeś, bo przecież nie znam Cię jako osoby. Mimo wszystko z perspektywy czasu uważam, że przywalenie Ci kastetem było przesadą i za to Cię przepraszam. Nie doprowadziło do niczego konkretnego, a wynikało z frustracji i zmęczenia zachowaniem, które uskuteczniałeś. Dziś z całą pewnością rozegrałbym to inaczej, mimo, że tak jak wtedy, nie ma we mnie zgody na zachowanie, które dla Ciebie jest normą.”

(Powyższy tekst jest, swoją drogą, parodią prawdziwego non-apology, jakie sam otrzymałem ;) ) 


Non-apology praktycznie nigdy nie załatwia sprawy. Nawet jeśli „formalnie” ktoś tak przeprosił, to w praktyce nic to nie zmienia. Wkurzeni pozostają wkurzeni. Może niezaangażowanych to jakoś przekona i może to jakiś ruch PRowski… Ale nawet to niekoniecznie, bo ludzie widzą takie fikcyjne przeprosiny regularnie i zyskują na nie alergie. Dlaczego więc tak robimy?


Zjawisko non-apology trafiło do nas z zachodu. Tam jednak miało pewne uzasadnienie. Uzasadnienie chore, owszem, ale realne. Chodziło o sprawy sądowe. Szczere, otwarte przeprosiny, zwłaszcza z samokrytyką, mogą w prawie amerykańskim być traktowane jako dowód w sądzie. Skoro przeprasza, to znaczy, że jest winny i należy się odszkodowanie. Jest to o tyle patologiczne, że mamy liczne dowody na to, że szczere przeprosiny mogłyby prowadzić do uniknięcia całej sądowej batalii. Prawnicy jednak radzą swoim klientom by nie przepraszali. Prawne próby rozwiązania problemu jedynie nakręciły go – prawa są zwykle tak sformułowane, że wyrazy przykrości przejdą ok, ale już jakakolwiek autokrytyka nie. Z drugiej strony ludzie chcieliby często, tak czysto po ludzku, przeprosić. Albo uznają, że byłoby to wizerunkowo lepsze. (Zapewne jeszcze częściej.)

Tak powstało tzw. „non-apology”. Coś, co pozornie brzmi jak przeprosiny, ale tak naprawdę z przeprosinami nie ma nic wspólnego. Niczym kiełbaski Gardło-Sobie-Podrzynam Dibblera, nie ma żadnej realnej zawartości i zostawia po sobie jedynie niesmak. („To, że to było w zwierzęciu nie znaczy jeszcze, że to mięso!”)


Jestem w stanie zrozumieć, czemu na zachodzie non-apology funkcjonuje. Jestem w stanie zrozumieć, czemu funkcjonuje i u nas w korpomowie. Wzorce działań w korpo przechodzą z zachodu. No i międzynarodowe korpo pozwane w USA może dostać po zadku za szczere przeprosiny wypowiedziane w Polsce i pod naszym prawem. Nawet jeśli faktycznie nie zawiniło i przeprosiny były szczerym, ludzkim odruchem jakiejś osoby. (Tak, to rzadkie, zwykle korpo są winne, ale czasem jednak nie.)

Nie jestem w stanie zrozumieć, czemu ta moda została bezmyślnie przejęta do codziennej rozmowy. Tym bardziej, że w codziennych relacjach takie udawane przeprosiny potrafią być bardzo toksyczne. Często służą jako sposób, by przenieść odpowiedzialność na ofiarę. Dodatkowo uniemożliwiają ofierze reakcje „no bo w końcu przecież przeprosiłem, czego jeszcze chcesz?” (Tzn. jestem w stanie to zrozumieć – właśnie dlatego. Bo pozwalają uciec od odpowiedzialności, a ludzie potwornie się odpowiedzialności boją. Po prostu emocjonalnie tego nie trawię.)


Dla jasności, czym innym jest przeproszenie, po czym poproszenie o wysłuchanie naszej strony i perspektywy, tak by uzyskać lepsze zrozumienie. Możesz powiedzieć: „Przepraszam. Czy mogę Ci powiedzieć jak ja to widziałem, może dzięki temu łatwiej mi będzie uniknąć takich sytuacji w przyszłości?” To jest w porządku. (No, pod warunkiem, że akceptujesz, że ktoś może powiedzieć „Nie, nie interesuje mnie Twoja perspektywa.” Pytaj szczerze.)


No w porządku, wiemy już czym są udawane przeprosiny. A jak wyglądałyby prawdziwe? Po czym możemy poznać, że mamy do czynienia z czymś, co przynajmniej ma szansę być szczere?

Dobre przeprosiny powinny:

  • brać odpowiedzialność za dane zachowanie – jasno wskazywać, że to przepraszająca strona zrobiła coś nie tak i było to jej działanie, nie efekt przymusu, czyjegoś wpływu (zwłaszcza ofiary), itp.
  • wykazywać świadomość dokonanej krzywdy – wskazywać, że przepraszająca strona wie dlaczego jej zachowanie było nie w porządku i co wywołało.
  • nie próbować przerzucać winy na rozmówcę – w jakimś sensie powtórzenie pierwszej kwestii, ale trzeba to powtórzyć, przeprosiny nigdy nie powinny być skupione na postępowaniu osoby przepraszanej!
  • nie być warunkowe czy oskarżycielskie – nie mogą opierać się na założeniu „jeśli Ty zgodzisz się na X, to wtedy ja przepraszam”, ani oskarżać na zasadzie „tak, przepraszam, ale zrobiłem to tylko dlatego, bo Ty…”

Takie przeprosiny nie zawsze muszą zadziałać, mogą wymagać trochę czasu od odbiorcy. Są jednak przynajmniej szczere. Jeśli jakieś przeprosiny nie spełniają tych kryteriów, to masz do czynienia z non-apology i możesz spokojnie posłać przepraszającego na drzewo.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis