Przy całej niechęci, jaką duża część środowiska rozwojowego darzy naukową weryfikację swoich twierdzeń, nie sposób  zaprzeczyć temu, że nauka ma autorytet. A, że żal im z tego autorytetu nie skorzystać w sprzedaży, to i korzystają, rzucając mądrze brzmiące hasła, które mają zwiększyć sprzedaż oferowanego nostrum lub wzmocnić siłę ich przekazu.

No cóż – zdumiewająco często te hasła tylko mądrze brzmią, a rozmówca nie wie o czym mówi. Przyjrzyjmy się niektórym z takich najpopularniejszych haseł i tym, jak są błędnie wykorzystywane:


Energia – najczęściej nadużywany termin. Energia w znaczeniu naukowym to termin fizyczny, zdolność układu do wykonania pracy. Jednak w środowisku rozwojowym, zwłaszcza związanym z ezoteryką, uwielbia się mieszać ten termin z bliżej nieokreślonymi innymi „energiami”, których definicji oczywiście nigdy się nie podaje. Mówi się więc o „bioenergii”, „energii kosmosu”, „męskiej i żeńskiej energii”, nigdy nie wyjaśniając jakiego układu miałaby ta energia dotyczyć i jaka jest jej fizyczna wartość. Ot, po prostu – „energia” dobrze brzmi, dla większości osób jest na tyle mało zrozumiała, że można pod nią przypisać dowolne rzeczy.

No cóż w rzeczywistości energia to bardzo ścisły termin i ilekroć spotkasz się z kimś powołującym się na jakąś jej formę, warto zapytać o konkretne fizyczne korelaty. Jeśli ich nie ma – nie ma o czym mówić.


E=MC2 – popularnym rozwinięciem nadużycia terminu „energia” jest nadużywanie słynnego równania Einsteina, E=MC2, jako argumentu, że „cała materia jest energią”, z czego z kolei ma wynikać, że możemy wpływać myślami na świat, bo „myśli to energia”. Pierwszym błędem logicznym jest tu oczywiście pomylenie fizycznego znaczenia terminu „energia” z ezoteryczno-potocznym znaczeniem terminu „energia”. Samo w sobie czyni to równanie bezsensownym. Co więcej – z równania E=MC2 nie wynika, że materia jest energią. Jeśli już, trafniejszym terminem byłoby stwierdzenie, że energia jest szczególną formą materii.


Wibracje – tryptyku „energetycznego” dopełniają „wibracje” oraz „częstotliwości”, używane najczęściej w odniesieniu do tej bliżej niesprecyzowanej energii i jej „centrów” w ciele człowieka. Problem w tym, że termin „wibracje” sam w sobie nie ma sensu. Wibrować musi COŚ, zawsze mówimy o wstrząsach konkretnego ciała fizycznego. To termin nawet nie fizyczny, a stricte mechaniczny i bez odniesienia do konkretnego ciała, które wibruje, np. powietrza czy błony w głośniku, nie ma najmniejszego sensu.

W rzeczywistości, rozwojowo-ezoteryczne „wibracje” są używane jako zwykły emocjonalny osąd.

„Lubie to” = „To ma wysokie wibracje”.

„Nie lubię go = on ma niskie wibrację.”

„Nie wiem o czym mówię = mówię o wibracjach w odniesieniu do nieistniejącej ‚energii’ ” ;)

nlp

Efekt obserwatora – inne popularne nadużycie terminu fizycznego, efekt obserwatora to niefortunnie nazwane zjawisko fizyczne, mówiące o tym, że akt pomiaru wpływa na mierzony obiekt i zmienia jego stan. Jest to zjawisko szczególnie istotne w kontekście fizyki kwantowej, gdzie akt pomiaru prowadzi do załamania funkcji falowej. Sęk w tym, że w fizyce takim aktem jest DOWOLNA interakcja z innym obiektem. Stąd niefortunna nazwa efektu, sugerująca potrzebę „żywego i świadomego” obserwatora i prowadząca laików do błędnego postulowania, że „fizyka kwantowa mówi, że wszechświat istnieje tylko dzięki temu, że my ludzie go świadomie obserwujemy”. To oczywista bzdura – ziemia może jutro wybuchnąć, a wszechświat jak był, tak będzie. Nie jesteśmy aż tacy ważni, w skali wszechświata, jakbyśmy ważni być chcieli.


Kwantowe – fizyka kwantowa, ze względu na jej złożoność i nieintuicyjność, stała się ulubionym obiektem nadużyć w wielu kontekstach. Najchętniej szafują tym terminem oczywiście osoby, które nie mają różowego pojęcia o tym, z czym to się je i dla których „teorię strun” należy tłumaczyć w oparciu o struny gitary (prawdziwy, niestety, case pewnego polskiego trenera rozwoju).

Czysto praktycznie – skala, w jakiej zachodzą zjawiska kwantowe jest tak absurdalnie mała w porównaniu ze skalą, w jakiej my funkcjonujemy, że jeśli cokolwiek jest reklamowane jako „kwantowe”, należy to czytać jako „dające efekt absolutnie, zupełnie, w 100% niezauważalny i niewyczuwalny w życiu, a więc de facto nieistniejący”.


Genetyczne – gdzie fizyka nie może, tam biologa pośle. Podobnie jak w wypadku „kwantowego”, „genetyczne” techniki są zwykłym nadużyciem terminu, podobnie zresztą jak mówienie o genetycznym uwarunkowaniu jakiejś cechy u danej osoby. Podział na genetyczne i środowiskowe uwarunkowanie dotyczy wyłącznie rozkładu w populacji – nie ma najmniejszego sensu stosować go do jednostki, to zwykły błąd kategorii.


Naturalna selekcja – popularnym rozumieniem tego terminu jest to, że „przetrwają najsilniejsi” oraz że jest to zjawisko predyktywne, że ewolucja ma kierunek. Tymczasem naturalna selekcja mówi, że „przetrwali najlepiej przystosowani”. To w rzeczywistości termin deskryptywny, opisuje to co już się wydarzyło, gdyż nie jesteś w stanie przewidzieć, z góry, kto okaże się najlepiej przystosowany. A nie jesteś tego w stanie przewidzieć, gdyż cechy pozornie osłabiające mogą dawać w pewnych warunkach przewagę. Dla przykładu, genetyczna skłonność do otyłości była kiedyś przewagą – ułatwiała przeżycie okresów głodu dzięki zmagazynowanym w ciele zapasom. Dziś – w warunkach obfitości pożywienia – zwiększa z kolei ryzyko śmierci na wiele chorób, zmniejsza szanse na przekazanie swoich genów (utrudnione zajście w ciążę), itp.


Epigenetyka – czyli nauka o tym, jak nasze środowisko wpływa na ekspresję naszych genów. Epigenetyka bywa używana jako uzasadnienie dla tez w stylu „nasz umysł decyduje o naszym zdrowiu”, rzekomo na podstawie wpływu epigenetycznego. Tymczasem owszem, ekspresja genów bywa hamowana lub aktywowana przez czynniki epigenetyczne, ale są to czynniki „deczko” wyższej kategorii niż „co sobie teraz pomyślę”, czy „jakie mam przekonania”. Mowa tutaj np. o nieustannym, długotrwałym poczuciu zagrożenia (np. dorastanie w strefie wojennej) albo okresach głodu. Żeby było jeszcze ciekawiej, duża część zmian epigenetycznych związanych z Twoim środowiskiem nie wpłynie na Ciebie, a dopiero na Twoje dzieci i wnuki.


Neuro – słowo, klucz, odniesienie do neurologii, które ma lepiej sprzedać dany produkt. Niestety, większość rzeczy oznaczonych jako „neuro-coś”, np. duża część tzw. „neuromarketingu”, nie ma z neurologią specjalnie wiele wspólnego, najczęściej opierając się na dziwnych, poppsychologicznych modelach tego, jak działa umysł… albo po prostu dorzucając termin „neuro” dla zasady.

Na takie sytuacje dobrze jest ogarnąć nieco naprawdę podstawowych terminów neurologicznych i sprawdzić, czy rozmówca w ogóle rozumie o czym mowa. Jeśli nie – prawdopodobnie szuka jelenia.


Ego – już o tym kiedyś pisałem, w psychologii, za wyjątkiem psychoanalizy, de facto nie ma tego terminu, a i w psychoanalizie ma on dość specyficzne znaczenie.


Naturalny/chemiczny – terminy równie popularne, co szkodliwie interpretowane. „Naturalny” zwykle rozumiany jest jako „zdrowy, korzystny” w odróżnieniu od „chemiczny”, który ma oznaczać „sztuczny”, „szkodliwy”.

No cóż…

Po pierwsze – wszystko co „naturalne” jest też „chemiczne”. Każda substancja na tej planecie – razem z samą planetą – jest chemiczna. Każda jest też syntetyczna – stworzona w reakcjach chemicznych, często dużo bardziej złożonych niż cokolwiek, co jest w stanie zrobić człowiek. Ba, większość „naturalnych” owoców ma listę chemiczną dużo bardziej złożoną niż dowolny „sztuczny” produkt ze sklepu.

Po drugie – to, że coś jest „naturalne”, nie znaczy, że jest to zdrowe ani dobre. Naturalna jest śmiertelność niemowląt 4/10 i średnia życia ludzi wynosząca 30 lat. Nienaturalna jest obecna śmiertelność niemowląt 15/1000 i średnia życia 80 lat. Umieranie na choroby jest naturalne – leczenie chorób jest nienaturalne. Arszenik i cyjanek są w pełni naturalne. Wszystko co jemy, może za wyjątkiem skorupiaków, nie jest naturalne – bo powstało drogą selektywnej hodowli. W przyrodzie nie ma mlecznych krów, ani truskawek.


Projekcja – podobnie jak z ego, psychologiczne znaczenie tego terminu jest zdecydowanie inne, niż jego powszechne wykorzystanie.


Teoria – tutaj problemem jest wieloznaczność. Teoria w języku potocznym to założenie, coś nieudowodnionego. W nauce coś takiego nazywa się hipotezą, zaś „teoria” to coś naprawdę dobrze udowodnionego, opartego o ogromną ilość badań i dowodów i wyjaśniającego zjawisko, którego dotyczy. Teoria jest w nauce najwyższej klasy owocem badań – to szczyt pracy naukowej, a nie jej początek.


Dowód – kolejny przykład różnic między potocznym a naukowym rozumieniem terminu. Potocznie rozumiany dowód jest czymś dużo „lżejszym” niż dowód w rozumieniu naukowym. W nauce dowód oznacza de facto absolutna pewność w danej kwestii – a więc coś czego nigdy nie uzyskamy. Najlepsze co możemy uzyskać – i co w ogromnej ilości przypadków mamy – to sytuacje w której alternatywne wyjaśnienia są tak skrajnie nieprawdopodobne jak to, że tu i teraz wyrosną Ci skrzydła i zmienisz się w Bruce’a Willisa. Skrzydlatego. Ale to wciąż nie jest pewność i „dowód” w rozumieniu naukowym. Takie dowody są zachowane w zasadzie tylko dla nauk teoretycznych, jak matematyki.


Artykuł ten nie wyczerpuje listy takich nadużyć, ale daje przynajmniej zarys najważniejszych. W oddzielnym tekście zajmę się tym, skąd takie nadużycia się biorą, bo to równie ciekawy temat :)


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis