Emocje konstruowane, czyli dlaczego wszystko co Ci się wydawało na temat emocji jest błędem…

Urok opierania się na nauce jest taki, że rzadko bo rzadko, ale raz na jakiś czas nasze poglądy mogą musieć ulec drastycznej zmianie. Nowe badania wykazują słabość dotychczasowych stanowisk, nowe informacje pokazują inny sposób interpretacji dotychczasowych danych. W efekcie raz na jakiś czas może się okazać, że trzeba skorygować to, w co wierzyliśmy i zmienić zupełnie nasze podejście. Nawet jeśli – jak u mnie w tym wypadku – będzie to wymagało znaczącej przeróbki wielu materiałów edukacyjnych, treści szkoleń czy zmiany niektórych podejść w pracy z klientami. Powoływanie się na naukę zobowiązuje.

W tym wypadku zobowiązuje mnie do zmiany podejścia do emocji. Mam nadzieję przekonać też do tego Ciebie.

Co myśleliśmy o emocjach i dlaczego było to błędne?

Klasyczny model emocji, coś czego uczyłem przez lata, zakładał, że wszyscy ludzie mają dostęp do pewnej grupy tych samych emocji i uczuć. Być może niektóre wyższe uczucia były kulturowo uwarunkowane, ale pewna podstawa była w nas wbudowana na twardo i identyczna w każdej kulturze. Mogliśmy tych emocji nie być świadomi i dopiero się ich uczyć. Mogliśmy nie być w stanie trafnie ich rozpoznawać u siebie czy u innych. Wszyscy jednak – przynajmniej jeśli mieliśmy nieuszkodzone mózgi – mieliśmy wbudowane te same, wspólne dla całej ludzkości emocje.

Proponowane są różne zestawy podstawowych emocji, ale najpopularniejszy – i ten którego sam nauczałem – wywodzi się z badań nad wyrazami twarzy prowadzonymi przez Paula Ekmana. Zidentyfikował on sześć podstawowych emocji (złość, smutek, szczęście, zaskoczenie, strach i obrzydzenie, czasem poszerzane do siedmiu przez dodanie pogardy). Emocje te miały być trafnie rozpoznawane w każdej badanej kulturze. Na tej podstawie prowadzono szereg badań mających wskazać na fizjologiczne lub neurologiczne oznaki różnych emocji, ich „odciski palców”, pozwalające trafnie rozpoznać jakie emocje odczuwa w danej sytuacji osoba. Potencjał wykorzystania takich narzędzi byłby bardzo duży – od uczenia ludzi pewnych emocji po prostu przez uaktywnienie ich „odcisków palców” (np. elektryczne pobudzenie określonych mięśni twarzy), aż po zaawansowane systemy AI, skutecznie rozpoznające kłamstwa przez identyfikację emocjonalnych reakcji danej osoby.

 

Tyle tylko… że tu zaczęły się pojawiać pewne problemy. Na początku okazało się, że te fizjologiczne lub neurologiczne „odciski palców” różnych emocji jakoś nie chcą się zmaterializować. Różni ludzie odczuwając złość demonstrowali bardzo odmienną mimikę. W ich mózgach aktywowały się różne obszary. W ramach pojedynczych badań udawało się znaleźć pewne wspólne wzorce, ale te same wzorce nie pokrywały się dla tych samych emocji między badaniami. Innymi słowy, ludzie mieli swój indywidualny emocjonalny „odcisk palców”, który U NICH był powiązany z daną emocją… Ale ta sama emocja u innej osoby miała już zupełnie inny, również unikalny „odcisk palców”.

Na poziomie reakcji wegetatywnego układu nerwowego, cztery duże metaanalizy obejmujące ponad 220 indywidualnych badań nie były w stanie wskazać żadnych spójnych, powtarzalnych fizjologicznych „odcisków palców” emocji. Brak określonego sposobu pobudzenia, prędkości tętna, itp. które byłyby uniwersalne np. dla złości, strachu czy szczęścia.

Nawet tak pozornie jasno i precyzyjnie zidentyfikowane rejony, jak ciało migdałowate, którego pobudzenie łączone było z lękiem… Okazało się funkcjonować w nieco bardziej złożony sposób. Aktywowało się, owszem, ale tylko w pewnych sytuacjach. Np. reagowały na zdjęcia wyrażające strach – ale tylko gdy ich spojrzenie skierowane było na patrzącego. No i tylko na początku, przy kolejnych powtórzeniach tej samej twarzy, pobudzenie ciała migdałowatego było redukowane. Dalsze badania pokazały, że reakcja dotyczy nie tyle twarzy z wyrazem lęku, ale dowolnych nowych, nietypowych twarzy. (Ot, po prostu na co dzień rzadko widzimy twarze wyrażające lęk…) Pojawiły się też przypadki pacjentów z uszkodzonym ciałem migdałowatym, pozornie niezdolnych do odczuwania lęku, ale – przy zmianie procedury badawczej – jednak zdolnych do ich odczuwania. Naukowcy badali też przypadki bliźniąt jednojajowych, których neurodegeneratywna, wrodzona choroba uszkodziła ich ciała migdałowate. Jedna z bliźniaczek nie jest w stanie odczuwać wielu typowych reakcji lękowych. Druga nie ma z tym wielu problemów. Wydaje się, że zachodzi tu zjawisko degeneracji (degeneracy)/nadmiarowości. Choć potocznie kojarzymy ten termin z rozpadem czy uszkodzeniem, w biologii używamy je również niekiedy na opisanie sytuacji gdy dana funkcja może być realizowana przez kilka równoległych systemów. (Dla przykładu, degeneracja kodu genetycznego oznacza sytuacje, gdy jeden aminokwas jest kodowany przez więcej niż jeden kodon. Dzięki temu uszkodzenie jednego lub nawet kilku kodonów nie sprawi, że dany aminokwas nie zostanie wytworzony.) W przypadku emocji wydaje się, że mamy szereg różnych systemów, których pobudzenie może prowadzić do wywołania określonych uczuć. Ponieważ systemy te działają nieco inaczej, również szczegółowe uczucia mogą się przejawiać na różne sposoby, trudno więc tu mówić o jakichś spójnych „odciskach palców”, także na poziomie neurologicznym.

 

Gwoździem do trumny klasycznego modelu emocji było przyjrzenie się metodom, jakie stosował Ekman w swoich powszechnie replikowanych badaniach. Okazały się one bowiem kryć pewien subtelny tzw. artefakt, czynnik zaburzający wyniki i prowadzący do określonych, ale nietrafnych efektów. Przez analogię, takim artefaktem w badaniu zjawiska magnetyzmu byłoby, gdyby pewna część maszyny pomiarowej okazała się sama namagnesowana, w niezaplanowany przez badacza sposób. To dodatkowe pole magnetyczne zaburzałoby wyniki pierwotnego pomiaru, wywołując efekty, których nie powinno tak być. Jak się okazało, podobnie wyglądało to w badaniach Ekmana. Badani owszem, ze skutecznością 85%, na całym świecie, byli w stanie wybrać „prawidłową” dla danej fotografii twarzy emocję. W kulturach bardziej odległych od zachodnioeuropejskich trafność była nieco nisza, 72%, ale wciąż na tyle wysoka, by móc mówić o uniwersalnych emocjach.

Tyle tylko, że, no właśnie, badani wybierali. Mieli określoną pulę emocji do wyboru, mieli jedną fotografię twarzy i w tej sytuacji z wysokim prawdopodobieństwem wskazywali która z tych emocji pasuje do twarzy. (Fotografie pokazywały aktorów mających odegrać określoną emocję.)

Wprowadzono jedną drobną zmienną – badani nie mieli już wyboru. Mieli sami podać emocję, która najlepiej odwzorowuje to co widzą (licząc synonimy jako jedną emocję). Trafność spadła drastycznie, z 85% na 58% (kolejne replikacje pokazały nawet niższe wyniki). Jeśli zamienimy pytanie o emocje na pytanie o to, co dzieje się wewnątrz obserwowanej osoby, wyniki są jeszcze gorsze. Nowe modele badań (np. pokazanie dwóch fotografii zgodnych z wzorcem Ekmana i zapytanie „Czy te osoby czują tą samą emocję?”, z trafnością na poziomie 42%) całkowicie podważyły pierwotną koncepcję ”

Co więcej, w przypadku wielu kultur zupełnie oderwanych od współczesnego świata, analiza badań pokazała, że badani byli wręcz uczeni rozpoznawania pierwotnych Ekmanowskich emocji (formalnie w celu upewnienia się, że dobrze rozumieją o co chodzi w badaniu). Co więcej, osoby które nie wydawały się skutecznie uczyć były wykluczane z badania. Nic więc dziwnego, że wyniki były tak zgodne! Gdy natomiast poproszono takie osoby po prostu o podzielenie fotografii wg. własnych kryteriów, najpierw podzielili po aktorach. Gdy poproszono ich o inne podziały, wyróżnili zgodnie szczęście (które było jedyną przyjemną emocją z listy Ekmana, więc naturalnie się wyróżniało), a pozostałe podzielili na kilkanaście różnych kupek, wbrew jakimkolwiek założeniom Ekmana.

 

Innymi słowy, wydaje się, że w przypadku badań nad rzekomo pierwotnymi emocjami, badacze tak naprawdę uczyli osoby badane „prawidłowych” odpowiedzi. Niekiedy bardzo bezpośrednio, jak w badaniach nad innymi kulturami. Niekiedy bardziej subtelnie, torując „prawidłową” odpowiedź przez zawężenie dostępnych opcji. Natomiast brak zarówno emocjonalnych „odcisków palców”, jak i zaburzenie spójności w odczycie emocji zaczęły nam wyraźnie sugerować, że nasze dotychczasowe wyobrażenie na temat emocji jest całkowicie błędne.

 

Jak konstruujemy emocje (i dlaczego wydaje się nam, że są czymś poza nami)

Opisane powyżej wyniki zaczęły zdradzać coś, z czym lata temu spotkałem się przy okazji materiałów Andrew Austina, jednego z trenerów, których zapraszałem przez lata do Polski. Podejście do emocji, które traktuje je nie jako skalę („Ta sama złość, tylko z różnym natężeniem, w zależności od sytuacji.”), a jako pewne kategorie pokrewnych doświadczeń (szereg różnych „złości”, o różnym natężeniu, środkach wyrazu, itp., które najczęściej, błędnie identyfikujemy jako przejawy jednego uczucia). To tzw. model populacyjny, w którym mamy szerszy zakres doświadczeń, z których każde w jakiś sposób identyfikujemy jako złość, ale które dzielą między sobą tylko część wspólnych cech. Co istotne, kluczem do włączenia czegoś do populacji jest posiadanie wystarczającej ilości cech ze wspólnego zbioru, ale nie ma żadnej pojedynczej cechy tego zbioru, która musi występować w każdej jednostce populacji. Wciąż możemy ogólnie odróżnić doświadczenia należące do jednej kategorii emocjonalnej od drugiej, ale granica ta jest dużo bardziej dynamiczna i uśredniona, niż myśleliśmy.

W połączeniu ze zjawiskiem degeneracji o którym wspomnieliśmy wcześniej może się okazać, że mamy dwa doświadczenia np. szczęścia, które są jednak generowane przez zupełnie inne neurologiczne „okablowanie” i które, przy przyjrzeniu się im, mają zupełnie inną charakterystykę. Nie ma tu więc wzorcowych „odcisków palców”, bo i nie ma tak naprawdę pojedynczych emocji, które tak łatwo byśmy byli wskazać. Zamiast tego mamy kategorie…

 

A z kategoriami robi się naprawdę ciekawie. Bo są one, z definicji, umowne. To, że uznajemy dwa obiekty za podobne lub inne jest czymś wyuczonym, nie wrodzonym. To gdzie stawiamy granice między kategoriami również. Ale nasze kategorie bezpośrednio wpływają na nasze doświadczenie.

 

Dla przykładu, weźmy coś takiego jak tęczę. Ile ma kolorów?

W zależności od tego kogo zapytacie (oraz z jakiego rejonu świata pochodzi), usłyszymy różne odpowiedzi. Pięć. Sześć. Siedem. Dziesięć. Isaac Newton na początku swoich eksperymentów z pryzmatami stwierdził, że tęcza ma pięć kolorów – czerwony, żółty, zielony, niebieski i fioletowy. Dopiero później zmienił swój opis na siedem, dodając pomarańczowy i indygo. Motywy miał tu jednak, dosłownie, ezoteryczne – chodziło o analogię do skali muzycznej i szersze magiczne myślenie o świecie gdzie wszystko jest ze sobą powiązane. Obecnie w USA tęczę rysuje się zwykle sześciokolorową, zlewając błękit i indygo w jedno (bo językowo mówimy „blue” i „dark blue”). Natomiast w Rosji typowo siedmiokolorową, gdyż językowo wyraźniej odróżniamy dwa odcienie niebieskiego. W zależności od kręgu kulturowego nasza „typowa” tęcza może więc wyglądać zupełnie inaczej. Nie chodzi tu tylko o to jak dana osoba ją narysuje – mowa tu dosłownie o tym co będzie widziała patrząc na tęczę na niebie.

 

Wszystko to co widzimy jest bowiem na bieżąco generowane przez nasz mózg, w oparciu o takie wyuczone kategorie. To dzięki temu działają różnego rodzaju złudzenia optyczne. To wyjaśnia dużą część halucynacji wzrokowych. Sam miałem dosłownie kilka dni temu fascynujące doświadczenie – ilekroć wchodziłem do salonu pod pewnym kątem, miałem przez ułamek sekundy wrażenie osoby siedzącej na kanapie. W rzeczywistości mój mózg wziął kilka obiektów (duża, wielooka maskotka ośmiornicokota/octokotka, lampa, wiszący na niej czarny nietoperek), połączył z predykcjami odnośnie przyszłości, którymi dysponował (czekałem na czyjeś odwiedziny) i połączył to przez ułamek sekundy w oczekiwany obraz. Po chwili systemy korekty predykcji – dość szybkie w wypadku wzroku – wskazywały na to, że coś tu jednak jest nie tak i „gość” znikał, ale było to niewątpliwie lekko niepokojące doświadczenie. Coś co – gdybym miał bardziej ezoteryczne nastawienie – łatwo mógłbym uznać za np. ducha czy czyjąś projekcję astralną. W końcu przez ułamek sekundy widziałem osobę. Była tam! Fakt, że jak tylko przestawiłem octokotka zniknęła, ale cóż, może akurat duch się znudził, czy coś? (Oczywiście, w praktyce, bez octokotka układ predykcyjny budujący moje doświadczenie wzroku nie miał dość elementów, by błędnie generować wrażenie osoby w tym miejscu.)

 

Co to wszystko ma wspólnego z emocjami? Cóż, jak się okazuje, emocje również konstruowane są w podobny sposób. Tak jak w wypadku wzroku, tak i w przypadku emocji to co odczuwamy konstruowane jest w oparciu o kilka łączących się ze sobą elementów. Również podobnie jak w wypadku wzroku, ponieważ proces ten zachodzi poniżej progu naszej świadomości, mamy tendencję do odbierania tego co czujemy jako czegoś, co po prostu jest, co nam się przytrafia, a nie czegoś, czego jesteśmy współtwórcami. Tymczasem można je zmienić tak, jak mogłem zmienić halucynację wizualną, której doświadczałem. Po prostu przestawiając jeden z jej elementów (octokotka). Albo zmieniając oczekiwania (gdybym dowiedział się, że osoba na którą czekam nie przyjdzie, prawdopodobnie częstotliwość halucynacji też by drastycznie spadła.)

W przypadku wzroku czynniki wpływające na to co zobaczymy to:

a) bodźce z fizycznego świata (światło wpadające do naszych oczu, odbite od otoczenia),

b) nasze wcześniejsze doświadczenia, dzięki którym uczymy się kategoryzować różne rzeczy i łączyć je w spójne obiekty (sztuka, której doświadczeni artyści wizualni muszą się tak naprawdę oduczyć by lepiej odwzorowywać świat, bo światło nie lubi przestrzegać naszych kategorii),

c) nasze oczekiwania (skoro jesteśmy w bibliotece to okrągły przedmiot na stole uznamy raczej za globus, a nie za piłkę do koszykówki, nawet jeśli ktoś tam z jakiegoś powodu położył faktycznie piłkę do kosza – i w efekcie przez chwilę, niekiedy dłuższą, będziemy faktycznie widzieć globus).

 

Jak się okazuje, bardzo podobne czynniki wpływają na nasze emocje. Są to:

a) bodźce z naszego wewnętrznego świata – z ciała (poziom pobudzenia oraz to czy jest ono przyjemne czy nie),

b) nasze wcześniejsze doświadczenia, dzięki którym uczymy się kategoryzować doświadczenia i łączyć je w konkretne emocje,

c) nasze oczekiwania („skoro jesteśmy na egzaminie, to raczej to pobudzenie oznacza lęk niż ekscytację”).

Tak wykreowane emocje spełniają trzy główne role. Po pierwsze – pomagają nam regulować funkcjonowanie naszego ciała. Czy potrzebujemy więcej energii? Mniej? Emocje dają stosowny sygnał, związany z tym jak skategoryzujemy nasze doświadczenie. Ta kategoryzacja odpowiada za drugą rolę – nadawanie sensu naszemu doświadczeniu. Posiadanie takiego sensu umożliwia zarówno lepsze przewidywanie przyszłości (a tym głównie zajmuje się nasz mózg, nieustannie symulując kolejne wydarzenia), jak i skuteczniejszy wybór odpowiedniego działania w świecie zewnętrznym (co stanowi trzecią główną rolę emocji). Cała zabawa polega na tym, że na każdy z tych elementów możemy wpłynąć i to na wiele sposobów, tym samym kształtując nasze emocje.

 

Jakie to ma znaczenie dla naszego myślenia o emocjach?

Przejście z „klasycznej” teorii emocji na model emocji konstruowanych ma dwa kluczowe efekty.

Po pierwsze, odrzuca ideę „odkrywania” u siebie z góry przewidzianych i przydzielonych wszystkim po równo i w tej samej formie emocji, zastępując ją indywidualną eksploracją. To oznacza, że klasyczna empatia nie do końca może funkcjonować, bo dosłownie mogę nie mieć takich emocji w sobie, jakie Ty masz, nie być w stanie ich skonstruować. To oznacza, że odkrywanie tego jak działa nasz własny system jest o tyle bardziej istotne. To oznacza, że odczytywanie emocji innych staje się dużo bardziej wątpliwe, za to pojawia się opcja dosłownego uczenia innych pewnych emocji (ale też ich niecelowego narzucania).

Po drugie, daje nam tak naprawdę dużo większą kontrolę nad tym co możemy czuć i dostęp do masy narzędzi, które kształtują to jak się czujemy i jak funkcjonujemy.

 

Przyjrzyjmy się po kolei trzem elementom na podstawie których budujemy nasze emocje.

 

Pierwszym są bodźce fizjologiczne, jakie odbieramy.  Działa tu mechanizm introcepcji, tego jak Twój mózg reprezentuje stan Twojego ciała, organów wewnętrznych, itp. Obszarem tym zarządzają, w pewnym uproszczeniu, dwa systemy, jeden odbierający informacje i generujący podstawowe przewidywania na ich podstawie (mamy zbyt niskie pobudzenie; mamy za mało zapasów energii; itp.), drugi wprowadzający na podstawie tych przewidywań zmiany (wyprodukuj więcej kortyzolu, który doprowadzi do uwolnienia większej ilości energii; podnieś poziom apetytu by uzupełnić zapasy długoterminowe; itp.). Działa tu nieustanna pętla informacji zwrotnej, porównująca stan rzeczywisty z przewidywaniami i dokonująca niezbędnych korekt. Co istotne, pętla ta jest nieco hiperaktywna – lepiej nadmiernie zareagować na potencjalne zagrożenie, niż zareagować niedostatecznie. W pierwszym scenariuszu zmarnujemy zasoby, co jest bolesne, ale da się naprawić. W drugim mamy dużo większa szansę na zgon, a dodatkowych żyć nie przewidziano.

Działanie tych systemów będzie częściowo zdeterminowane genetycznie. U niektórych osób pobudzenie będzie jeszcze łatwiejsze, u innych mniej. Niektóre będą bardziej pobudzone rano, inne wieczorem. Mamy też wpływ na ich działanie przez nasze zachowania. Jeśli np. regularnie nie dosypiasz, będą funkcjonowały inaczej, niż gdy masz dość snu. (Oczywiście mogą tu się pojawiać pętle sprzężenia zwrotnego – kilka razy nie dośpisz ze względu na swoje decyzje, co z kolei rozreguluje te mechanizmy, utrudniając Ci efektywne nadrobienie snu.) Jeśli wypijesz kawę, kofeina zwiąże się z receptorami adenozyny, substancji normalnie informującej Twój mózg o zmęczeniu, co wpłynie na cały Twój budżet energetyczny, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Na poziomie świadomego funkcjonowania wyniki pracy tych systemów odbierasz jako tzw. afekt. To poziom odczucia poniżej emocji, składający się z dwóch elementów-  poziomu pobudzenia (brak energii/ neutralnie/ dużo energii) oraz wartości (niefajnie/ fajnie). To na podstawie tych sygnałów (które są faktycznie wbudowane „na twardo” i wspólne dla wszystkich znanych kultur) możemy dopiero budować emocje. Jednocześnie jednak, ponieważ na nasz afekt wpływa ogromna ilość czynników, może on oznaczać bardzo wiele rzeczy. Ten sam afekt (np. źle, niska energia) może być zinterpretowany jako głód, smutek, choroba, jątrząca się złość, czarna rozpacz, melancholia, tęsknota, niewyspanie, samotność, albo wiele, wiele innych stanów. (A to jak zostanie zinterpretowany nie musi nam nic mówić o tym, skąd faktycznie się bierze).

 

Afekt jest wiec pewną bazą, z której nasz mózg konstruuje to jak się czujemy – tak jak kanapa, octokotek, lampa i nietoperz były bazą dla mojego złudzenia optycznego. Co jednak decyduje o tym, że zinterpretujemy dany afekt akurat w taki, a nie inny sposób? Tu uruchamiają się pozostałe dwa elementy, czyli nasze doświadczenia, oraz nasze cele i oczekiwania.

 

Nasze życiowe doświadczenia, jak również abstrakcyjne koncepcje z którymi się spotykamy, pomagają nam zbudować kategorie w ramach których operujemy. Dotyczy to całego naszego życia, nie tylko emocji. Nawet tak pozornie oczywiste rzeczy jak twarze, są czymś czego małe dzieci dopiero się uczą. Uczą dość szybko – ich mózg jest do tego przygotowany – ale wciąż uczą, wybierając które elementy należy kategoryzować razem i na które zwracać uwagę. W oparciu o nasze przeżycia, o to czego inni nas uczą, o historie które poznajemy, tworzymy różnego rodzaju wzorce – od „to jest twarz”, przez „to jest komputer”, „to jest kolor fioletowy”, „to jest smak wina ze szczepu chardonnay”, „to jest dźwięk kontrabasu” aż po „to jest strach”. Co istotne, nie zawsze musimy sami doświadczyć czegoś, by nabyć odpowiednią kategorię – zanim nie wyszukałem zdjęcia do tego artykułu, nigdy nie widziałem np. ghost doga, ale gdy w rozmowie znajomi o takowym wspomnieli i opisali go, byłem w stanie stworzyć dość trafną mentalną kategorię dla niego.

To ważne, bo popkultura, czy nawet badania typu Ekmana, uczą nas pewnych stereotypów emocjonalnych i narzucają nam określone kategorie na wiele emocji. Na podstawie tych kategorii, które mamy dostępne, nasz mózg następnie stara się zinterpretować afekt, dopasowując kategorię do podstawowych kryteriów afektu. Kategorii możemy mieć jednak wiele, dlatego trzecim istotnym czynnikiem wpływającym na wykreowanie emocji w danej sytuacji są nasze cele i oczekiwania.

 

W każdej sytuacji jesteś po coś (choć to „coś” może być bardzo niejasno zdefiniowane). Masz jakieś oczekiwania co do tego co może się w niej wydarzyć. Sam kontekst sytuacyjny, jak również świeżo dostępne wspomnienia wpływają na to, jakie elementy mogą się w danej sytuacji pojawić. (Np. Gdy mieszkałem z czarnym kotem w domu, każda ciemna plama, także w innych miejscach, np. w hotelu na wyjeździe szkoleniowym, mogła się na moment zmienić w kota. Mój mózg był przyzwyczajony do dostrzegania Gwiazdy w różnych miejscach, więc interpretował przypadkowe ciemne plamy jako ją. Miało to jednak miejsce w pokojach hotelowych czy w domu u znajomych, nigdy na sali szkoleniowej. Bo praca była już innym kontekstem, gdzie działały inne czynniki predykcyjne.) Działa to oczywiście również w kontekście emocji. Jeśli oczekujesz, że dana sytuacja może być nieprzyjemna lub groźna, Twój mózg będzie miał większą tendencję by wyszukiwać odpowiednio dopasowane interpretacje spośród dostępnych dla Ciebie kategorii (i dopasowane do Twojego afektu). Jego celem jest bowiem dokonanie jak najtrafniejszego przewidywania, na daną sytuację.

 

W oparciu o współdziałanie tych trzech elementów, nasz mózg będzie generował doświadczenie, które my odbieramy jako emocje. Generuje je poniżej naszego progu świadomości, dlatego nie czujemy się ich autorami, a jedynie obiektami na które wpływają. Jednak nasz wpływ na to jakie konkretnie emocje się pojawią jest nie do przecenienia.

Co możemy z tym zrobić?

Skoro nasze emocje są na bieżąco kreowane (tak jak i cała reszta naszego doświadczenia) zamiast być automatyczną reakcją na dany kontekst, to mamy na nie dużo większy wpływ, niż mogło nam się wydawać. Możemy bowiem wpłynąć na każdy z trzech elementów, by uzyskać inne efekty.

 

1. Możemy zadbać o zmianę afektu. Skoro opiera się on na introcepcji, a więc na analizie stanu naszego ciała, możemy to zmienić. Zwykła zmiana pozycji już potrafi wpłynąć na wyniki tego systemu. Podobnie może zadziałać np. zjedzenie czegoś, wypicie, nadrobienie zaległości snu czy szereg innych zachowań, które wpływają na podstawowy fizjologiczny bilans, na bazie którego nasz mózg interpretuje nasz stan.

 

2. Możemy popracować nad kategoriami emocjonalnymi, które mamy. Są badania sugerujące, że większa granularność – posiadanie większej ilości kategorii emocjonalnych – jest czymś, co znacząco pomaga w radzeniu sobie z emocjami. Warto więc pracować nad wykształceniem większej ilości kategorii u siebie, nauczeniu się rozróżniania stanów, jakie odczuwamy. Może to jednocześnie pomóc w lepszym odczytywaniu stanów innych ludzi. Większa granularność pomaga, gdyż im precyzyjniej jesteśmy w stanie skategoryzować nasze doświadczenie, tym lepiej możemy dopasować nasze reakcje (tak wewnętrzne, jak i zewnetrzne) do sytuacji.

Co istotne, chodzi tu o własne rozróżnienia stanów, a nie o przyjmowanie kulturowo narzuconych „typowych” stanów. To ważne, bo mamy wspomniana już tendencje do pewnego kulturowego narzucania „prawidłowych” kategorii emocjonalnych. Nie o to chodzi. Istotne jest wykształcenie lepszego zrozumienia własnego systemu emocjonalnego, nawet jeśli nasze kategoryzacje są inne niż typowe. (Znów przez analogię do wzroku – jest pewnym stereotypem, że mężczyźni słabo rozróżniają kolory. Ot, nie wykształcili często kategorii na nie. Ja rozróżniam całkiem dobrze, a to ze względu na lata hobbistycznego malowania figurek do bitewniaków. Tylko kolory farbek do bitewniaków są nieco nietypowe, więc i moje kategorie kolorów są nieco inne niż zwykle. Nie mam „fuksji”, ale mam „warlock purple”. Tak długo jak jestem w stanie odróżnić kolor i wiedzieć kiedy go użyć, jest to dla mnie użyteczne.)

Dodatkowo, możemy dbać o celowe zbudowanie konkretnych kategorii emocjonalnych pod kątem emocji, które chcielibyśmy odczuwać. Tak jak w przypadku mojego „ghost doga”, nawet jeśli nie widziałem nigdy takiego zwierzaka, mogłem przekształcić inne kategorie, tak by stworzyć punkt odniesienia. To samo możemy zrobić z naszymi emocjami.

Możemy również starać się dążyć do zwiększenia ilości doświadczeń, w których odbieraliśmy takie a nie inne kategorie emocji – tak by nasza mentalna baza danych była bogatsza, co również wpływa na przewidywania mózgu. (Skoro często odczuwaliśmy X, to teraz prawdopodobnie też czujemy X.)

W końcu, gdy odczuwasz już daną emocję, możesz spróbować świadomie zmienić jej kategoryzację, zmieniając jej znaczenie. Możesz tu napotkać przeszkody – Twój mózg potrafi się dość uporczywie trzymać nawet złudnych ocen – ale w najgorszym razie zwiększasz po prostu szansę na lepszą kategoryzację w przyszłości.

 

3. Możemy pracować nad tym jakie mamy oczekiwania od danych sytuacji i jakie w nich sobie stawiamy cele. Tu właśnie sprawdzają się cele w 100% zależne od nas, o których tyle już pisałem. Tu działają też liczne techniki psychoterapii poznawczej, które pozwalają nam budować lepsze oczekiwania.

Warto też, żeby w kontaktach z innymi okazywać nieco więcej pokory co do naszych zdolności odczytania ich emocji. Skoro widzimy, że niekoniecznie jest to dla nas coś łatwego, może lepiej czasem dopytać, niż z góry zakładać, że na pewno wiemy co czuje druga osoba.

 

Jakie to ma znaczenia dla coachingu czy psychoterapii?

Zmiana podejścia do emocji ma ogromne konsekwencje dla pracy psychoterapeutycznej czy coachingowej i to w kilku wymiarach.

 

Przede wszystkim, zmiana ta wymusza dużo większą pokorę w próbach oceny stanu wewnętrznego klienta. To, że jego zewnętrzne zachowanie spełnia kulturowe wzorce złości bynajmniej nie musi oznaczać, że „czuje złość, tylko nie jest jej świadomy”. O ile można wskazać na zmiany afektu („wydajesz się bardziej pobudzony”, „wydaje się pani bardziej pogodna”), to próby wchodzenia z emocjonalną interpretacją robią się już dość problematyczne i mogą być formą narzucania klientowi co „powinien” czuć.

Czyni to również wiele popularnych narzędzi (np. różnego rodzaju karty emocji) dość problematycznymi, jeśli zakładamy niedyrektywne podejście do pracy z klientem. (Ja akurat nie zakładam, to narzędzie jak każde inne, ale niektórzy je fetyszyzują. Dlatego warto wskazać na kolejny problem, który tu się pojawia.) Automatycznie narzucają one bowiem pewne kategorie klientowi, często podpowiadając dość mocno treść lub mimikę, zgodnie z kulturowymi normami. Jest to bardzo dyrektywna forma, która może sporo wmuszać w drugą osobę, zwłaszcza, że sprzedawana jest często pod hasłem budowy samoświadomości i odkrywania czegoś u siebie.

 

Z drugiej strony, jeśli przejdziemy do konstruktywistycznego podejścia do emocji, zyskujemy zarówno szereg nowych narzędzi do pracy (niektóre zakreśliłem powyżej), jak i dużą nową rolę psychoterapeuty czy coacha, jako kogoś, kto wspomaga klienta w definiowaniu własnych emocji i budowy własnej, jak najszerszej ich palety. To duży potencjał do pracy i ogromna potencjalna wartość z niej.

 

Swoją drogą, dopiero pisząc ten artykuł zdałem sobie sprawę jak ładnie ten model emocji (i jego konsekwencje) wpisują się w alternatywną koncepcję skuteczności psychoterapii, o której pisałem jakieś dwa lata temu. Różne główne szkoły psychoterapii wydają się bowiem zwracać uwagę na różne elementy spośród powyższych trzech głównych. Jeśli więc pacjent ma niedobory akurat w tym elemencie kreowania emocji, na którym skupia się dana szkoła psychoterapeutyczna, to da ona mu dużo lepsze efekty. Jeśli więc szkoła skupia się na lepszym rozpoznawaniu sygnałów z ciała i ich modyfikacji, wraz ze zmianą afektu – jak np. w psychoterapii Lowenowskiej czy niektórych innych psychodynamicznych, a pacjent ma kłopoty akurat tutaj, da mu dużo lepsze efekty. Jeśli głównym problemem pacjenta jest brak odpowiednich kategorii emocjonalnych, przydatne może być Gestalt czy inne humanistyczne i budowa granularności i samoświadomości u sobie. Jeśli problemy są głównie w kategorii celu i kontekstowych oczekiwań, przydatne będzie podejście behawioralno-poznawcze (przy czym pewne ćwiczenia behawioralne mogą też wpływać na afekt, itp. to nie jest tak, że te szkoły robią tylko jedna rzecz, raczej na jednej się koncentrują).

 

A tak na koniec, ciekawa uwaga…

Jeśli miałbym wskazać na jeden termin pod którym jestem prawdopodobnie najlepiej rozpoznawalny, to byłoby to uparty (albo i upierdliwy). Znany jestem z tego, że jak wchodzę w dyskusję, to raczej nie odpuszczam. Jak więc to możliwe, że ot tak, de facto pod wpływem jednej książki („How emotions are made” Lisy Feldman Barrett) oraz szeregu cytowanych tam badań, książki z której elementami nawet się nie zgadzałem, ot tak zmieniłem zdanie na temat czegoś, czego nauczałem od lat? W zasadzie zmieniłem je wręcz w jeden wieczór i to niemal o 180 stopni?

Cóż, to są te moje dyskusje, których nie widać, bo kończą się po 2-3 wymianach. Mocne argumenty rozmówcy, dziękuję, pozamiatane, zmieniam zdanie. Jak już pisałem wielokrotnie, otwarty umysł oznacza nie przyjmowanie dowolnych szajsów jako równie wartych przemyślenia, jak jakościowe argumenty, a po prostu gotowość do zmiany zdania po przedstawieniu jakościowych argumentów. Wspominam o tym, bo przy okazji Covid-19 znów pojawiają się niezliczone teorie spiskowe, samoucy znający epidemiologie lepiej od ekspertów i nawoływanie do „otwartego umysłu”, który tak naprawdę sprowadza się do naiwnego kupowania bzdur. Bądźcie gotowi zmienić zdanie. Bądźcie w stanie zaliczyć test fanatyka. Gotowość do zmiany zdania jest ważna. Ale równie ważne jest nie kupowanie szajsu.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis