Dlaczego tak trudno nam się pogodzić z prawdziwą sytuacją majątkową w Polsce?

Od kilku, może nawet kilkunastu tygodni w mojej banieczce internetowej toczył się pewien spór. Zaczął się od sondażu Super Expresu, w którym ten pytał o opcje podwyższenia podatków dla osób zarabiających ponad 120 tysięcy złotych, a nabrał szczególnego tempa przy okazji ogłoszenia zarysu Nowego Porządku, czy innego Nadwiślańskiego Ładu.

Spór ten brzmi mniej więcej tak… Jedna strona mówi “Ej, jak w Polsce zarabiasz 10 tysięcy złotych brutto, to nie jesteś klasą średnią, tylko wyższą, jesteś dosłownie w górnym decylu (10%) najlepiej zarabiających, prawdopodobnie wręcz w górnych 5 centylach (5%). Takie są fakty, w Polsce tak ludzie typowo zarabiają!”

Na co druga odpowiada coś w stylu “Nieee! To niemożliwe. Jakie 10 tysięcy i klasa wyższa! Przecież to jest 7 z kawałkiem na rękę! Można jakoś żyć, niekoniecznie łatwo, ale przecież klasa wyższa to luksus, a nie coś takiego.”

Już w tej wymianie wyraźna jest pewna różnica. Jedna strona mówi o obiektywnych statystykach – w tym kraju 50% zarabia poniżej 5 tysięcy, a 90-95% poniżej 10 tysięcy. Druga skupia się na subiektywnych ocenach – tym jak łatwo lub trudno jest żyć mając do dyspozycji takie środki, na tym jakie mają aspiracje, jak wyobrażają sobie życie “prawdziwej” klasy wyższej. Obiektywne standardy są tu często wprost odrzucane w dyskusji, czy to przez porównanie do zachodnich zarobków (ale, co istotne, tylko w wypadku najlepiej zarabiających!), czy to przez przywoływanie różnych wyssanych z palca kategorii (np. “klasa wyższa to ta, która nie musi pracować na życie”).  Jest to o tyle ciekawe, że na pierwszy rzut oka uznanie, że mamy w sumie lepszą pozycję, niż sądziliśmy, że mamy – a większość podważających ten rozkład stawek zarabia zdecydowanie powyżej mediany płac – powinno być przecież czymś pozytywnym i łechtającym nasze ego. W większości dziedzin życia poczulibyśmy się lepiej, gdyby ktoś nam wskazał, że wypadamy dużo lepiej niż sądziliśmy.  Że jesteśmy lepszymi kierowcami, skuteczniej się uczymy, mamy lepsze osiągi na siłowni, itp. niż myśleliśmy względem reszty populacji. Tu nie tylko nie ma tego efektu, ale spotykamy się wręcz z potężnym oporem: nie, ja nie mogę być w tak dobrej sytuacji jak twierdzisz!

Co istotne, ten opór pojawia się nawet jeśli dyskusja nie dotyczy kwestii stricte podatkowych. Podważana jest sama kategoryzacja, nie to co mogłoby z niej wynikać. I to już psychologicznie robi się bardzo ciekawe i tej kwestii właśnie chciałem poświęcić poniższy wpis.

 

Dla jasności – nie mam ochoty ani potrzeby w tym artykule dyskutować o tym, czy osoby zarabiające 10 tysięcy złotych brutto lub więcej należą do klasy wyższej, czy nie. To zostało już wykazane. Wielokrotnie. W sposób zgodny ze standardami takich wyliczeń międzynarodowo. (Jeśli ktoś woli, możemy uznać model Polskiego Instytutu Ekonomicznego, biorącego pod uwagę dochód rozporządzalny na osobę w gospodarstwie domowym, gdzie kryterium klasy wyższej jest 4500 zł dochodu rozporządzalnego – a więc netto – na osobę w gospodarstwie domowym.) Próby dyskusji z tym w inny sposób niż przez przedstawienie danych pokazujących, że rozkład dochodów w Polsce jest jednak zupełnie inny niż wskazuje GUS, PIE, US, itp. (tak, już z korektą na płacę na czarno, na to też mamy dane) jest po prostu próbą negowania rzeczywistości. Ten pociąg już odjechał Panie i Panowie. Nie marnujmy swojego czasu.

Oczywiście, ten wpis mógłby być kolejnym tekstem o tym, że ej, serio tak wygląda sytuacja. Ale mam poczucie, że marnowalibyśmy tym czas i wiele nie zyskali. Zamiast tego wolałbym się przyjrzeć temu DLACZEGO, gdy ludzi skonfrontujemy z takimi danymi, to bardzo duży procent – zwłaszcza zarabiających przyzwoicie lub bardzo dobrze – reaguje obsesyjną wręcz negacją tego stanu rzeczy.

 

 

Rozpiętość klasy wyższej

Kwestią, która niewątpliwie wpływa na odbiór tego czym jest lub nie jest klasa wyższa jest fakt wyjątkowej rozpiętości tej grupy. Po prostu, o ile klasa niższa czy klasa średnia funkcjonują w danym społeczeństwie w obrębie dość bliskiego zakresu (jakkolwiek odległym może się wydawać osiem tysięcy miesięcznie dla pracownika Żabki w Wojtkowej Wsi czy Czekaju), o tyle klasa wyższa zaczyna się w pewnym momencie, owszem, ale w zasadzie nie ma górnego limitu. A przy obecnych nierównościach majątkowych, różnica między byciu w górnym 5% czy nawet 1%, a byciu w górnym 0,01% jest ogromna.

W efekcie, gdy porównujemy się w górę, osoby w klasie wyższej (a nawet w wyższej klasie średniej) mogą patrzeć baaaardzo, baaaardzo daleko w górę. Tyle tylko, że taka grupa ultrabogatych owszem, być może wymaga dodatkowego wyróżnienia, ale to, jak mówiliśmy, jakieś ułamki procentów. O ile jest sens o niej mówić jako o potencjalnie dodatkowej grupie, np. pod kątem dalszych progów podatkowych, o tyle stwierdzenie, że mówienie o “klasie wyższej” zaczniemy dopiero od tej grupki, a do jednego worka wrzucimy zarabiających 5, 10 i 20 tysięcy… Cóż, to nie ma naprawdę żadnego sensu na poziomie praktycznego wykorzystania takich danych – czy to do oceny swojej sytuacji, czy do podejmowania politycznych i ekonomicznych decyzji. W praktyce ludzie zarabiający 10 czy 20 tysięcy żyją w mocno odmiennym świecie od tych zarabiających 4 czy 6 – równie odległym, jak klasa średnia od zarabiających minimalną lub mniej. Możemy dyskutować czy granica powinna padać konkretnie na poziomie górnych 5, 10 czy 20%, ale próby negowania, że górnych 5% to klasa wyższa nie mają po prostu sensu.

 

Bańki społeczne

Większość z nas obraca się w dość ścisłych bańkach społecznych – grupach ludzi podobnych do nas, o podobnych gustach, zainteresowaniach, czy sposobach spędzania czasu. Niewiele jest zaś czynników regulujących długoterminowo dostęp do danej bańki społecznej tak dobrze, jak pieniądze. Po prostu, jeśli Twoi znajomi mają hobby kosztujące np. dwie stówki za godzinę, a Ty masz na miesiąc dwieście złotych do wydania na rozrywki… To prawdopodobnie długo tak razem nie będziecie spędzać czasu. W efekcie Wasze relacje poluzują się… Albo, co bardziej prawdopodobne, nie będą miały nigdy okazji ulec zacieśnieniu.

Oczywiście, bywają tu wyjątki. Niekiedy znajomi nie będą mieli problemów z fundowaniem Ci danej rozrywki (to jednak może być emocjonalnie i statusowo trudne dla wielu osób). Niekiedy bardziej zamożni ludzie będą bardziej oszczędni, albo bardziej skorzy do prostszych i mniej kosztownych rozrywek. Niektórzy będą na tyle zdeterminowani, choćby licząc na profity związane z taką siecią kontaktów, że będą gotowi się zadłużyć, byle tylko podtrzymywać tego typu relacje. To jednak wszystko rzadkie scenariusze. Typowo imprezujemy z ludźmi o podobnym poziomie finansowym, których stać na podobne trunki, knajpy czy potrawy jak nas. Nie robimy tego celowo, zapewnia nam to szereg drobnych mechanizmów i małych decyzji. Nie ma w tym nic złego per se. Prowadzi to jednak często do swoistej ślepoty poznawczej. Ponieważ w kółko obracamy się w pewnym kręgu ludzi, o określonych poglądach, majątkach, itp. nasz mózg automatycznie zaczyna uznawać, że tak właśnie wygląda “przeciętny” człowiek. Co oznacza, że ilekroć awansujesz na drabince dochodowej, Twoja “przeciętność” również awansuje. Nawet jeśli wiesz, że masz lepiej niż typowa osoba, rzadko kiedy dokonujesz wystarczająco głębokiej korekty swojej perspektywy.

W jednej z dyskusji w której brałem udział padł na to fajny przykład. Znajomy wskazał, że jego przyjaciel, barman, uważa, że ludzie zarabiają zdecydowanie powyżej 10k, bo typowo takie osoby piją u niego w knajpie. Tyle tylko, że był to lokal z piwem craftowym. Które odpowiada za mniej niż 1% całego piwa wypijanego w Polsce.

 

Ktoś może tutaj powiedzieć: no ale co z rodziną! Tam przecież rozpiętość majątkowa może być bardzo różna, więc trudno ulegać takiemu efektowi. To prawda, kontakty z rodziną dają jakąś opcję na skorygowanie swojej perspektywy. Tyle tylko, że osoby o podobnym kapitale społecznym mają duże szanse skończyć w podobnych karierach i mieć relatywnie podobne dochody. Oraz, co równie istotne – my Polacy po prostu nie rozmawiamy o pieniądzach. Mniej niż połowa rozmawia o pieniądzach nawet z współmałżonkiem, a co dopiero z dalszą rodziną? Łatwo wiec sobie pewne rzeczy dopowiedzieć, czy założyć je jako oczywiste.

 

Patrząc na różne czynniki składające się na omawiane zjawisko, właśnie ten – baniek społecznych – uznałbym za głównego sprawcę. Głównego… co nie znaczy, że jedynego. Dużo robią tu na przykład media…

 

Obraz medialny

Jeśli spojrzymy na to, jak filmy, książki czy seriale przedstawiają życie osób ubogich, klasy średniej i klasy wyższej… To odkrywamy, że żyjemy w alternatywnej rzeczywistości. Takiej, w której bohaterowie Przyjaciół mogą sobie pozwolić na współwynajmowanie wielkich mieszkań na Manhattanie pracując np. jako kelnerka czy właścicielka mikrofirmy cateringowej. Takiej, w której Homer Simpson i Al Bundy, utrzymując z jednej pensji robotniczej/usługowej całą rodzinę w dużym domu na przedmieściach są przedstawiani jako “przegrańcy”, a nie jako ludzie mający niesamowity poziom życia jak na swoje dochody. Temat ten dobrze przedstawił jeden z artykułów w Cracked, nie chciałbym więc po nim za bardzo powtarzać.  Tym bardziej, że sedno sprawy jest dość prosta: media pokazują życie typowych osób z klasy niższej na poziomie typowych osób z klasy średniej, a typowych osób z klasy średniej na poziomie dość zamożnych osób z klasy wyższej.

Po części robią tak dlatego, że to po prostu wygodniejsze. Łatwiej kręci się filmy w większych lokacjach i lepiej wyglądają one na zdjęciach. Lepiej by aktorzy nosili markowe ubrania, jeszcze dostaniemy kasę za sponsoring.

Po części robią tak dlatego, że same osoby odpowiedzialne za ostateczne decyzje w kreowaniu tych światów często są już w swoich własnych luksusowych bańkach i faktycznie przedstawiają to jak im się wydaje, że osoby uboższe żyją. A ci, którzy jeszcze pamiętają jak tak się żyje (albo wręcz wciąż tak żyją) nie mają siły przebicia by wyjaśnić przełożonym, że tak to nie wygląda w realu. O tym, że po prostu ryzykowaliby swoją posadą, bo z takimi przełożonymi się często nie dyskutuje nawet nie wspominając…

W efekcie mamy absurdy typu reklamy małych kredytów dla zakładających własną firmę kręcone w lokacjach, na które stać byłoby ale dyrektorów korpo. I mamy je raz za razem. A to się zbiera, aż w końcu nasz mózg uczy się, że “tak wygląda życie klasy średniej”, więc skoro nasze życie w sumie nawet nie spełnia tych kryteriów, to przecież nie możemy należeć do klasy wyższej, prawda?

 

Bieżnia hedonistyczna

Adaptacja hedonistyczna, metaforycznie określona mianem hedonistycznej bieżni (hedonic treadmill) to zjawisko psychologiczne, które można by sprowadzić niemal do truizmu: przyzwyczajamy się.

Przyzwyczajamy się do tego co złe, ale – zwłaszcza – przyzwyczajamy się do tego co dobre. Gdy zaczynamy więcej zarabiać, automatycznie staje się to dla nas nową normą. Szybko przestaje to sprawiać dodatkową przyjemność, a staje się po prostu standardem. Co więcej, za sprawą zjawiska malejącej użyteczności krańcowej, im więcej czegoś mamy, tym mniej dają nam kolejne zyski w tym zakresie. Innymi słowy, jeśli zarabiasz minimalną i dostajesz tysiąc podwyżki, to jest to kolosalna różnica w jakości Twojego życia. Ale jak zarabiasz dziesięć tysięcy i dostaniesz tysiąc podwyżki, to ta różnica jest już dużo mniejsza. Jasne, miło mieć, ale to nie jest tak, że teraz coś się tak bardzo zmieni. W efekcie bardzo łatwo, mając skrajnie uprzywilejowaną sytuację względem reszty społeczeństwa, uważać, że to coś zwykłego i normalnego. Nie dostrzegać korzystnego miejsca w którym jesteśmy.

Co więcej, bieżnia hedonistyczna sprawia, że możemy bardzo łatwo zacząć traktować luksusowe opcje (np. prywatną edukację dzieci) jako “należny standard”. Zaczynamy się też po prostu przyzwyczajać do wyższego poziomu wydatków. Sam pomagałem pewne rzeczy poukładać znajomemu, który dziś zarabiając kilkanaście tysięcy nie miał praktycznie żadnych oszczędności – co strasznie go frustrowało, bo pamiętał jeszcze jak zarabiał niecałe trzy tysiące i był w stanie za to wciąż żyć. Działa tu tzw. heurystyka zakotwiczenia (a dokładniej tzw. self-anchoring, samozakotwiczenie). Jeśli np. pierwszy raz pójdziemy na piwo craftowe i zobaczymy rozstrzał cen od 12 do 35 zł, to – pamiętni piwa no-name za 5zł z kranu w studenckim pubie – możemy się złapać za głowę. Ale pójdziemy do tej samej knajpy drugi, trzeci, piąty raz. Przyzwyczaimy się, że wydajemy 12-15 zł za piwo… A potem znajomy poczęstuje nas tym za 35 i o jakie to dobre… No dobra, dziś, wyjątkowa okazja, mogę sobie sprawić… Tyle, że następnym razem łatwiej będzie stwiedzić, że możemy takie piwo kupić bez żadnej okazji. W efekcie choć nasze zarobki rosną, to wydaje się nam, że stoją w miejscu. Po prostu coraz więcej wydajemy na bardziej luksusowe (często też jakościowe, jasne!) wersje tego, co kupowaliśmy wcześniej. A ponieważ za sprawą bieżni hedonistycznej przywykamy do tego standardu, gdy ktoś nam mówi “ej, jesteś w klasie wyższej” albo “ej, zaraz będziesz w klasie wyższej” reagujemy oporem. Jak to? My? Przecież my całkiem normalnie żyjemy! Gdzie mój jacht i moja służba?!

 

Strata boli bardziej

Wyobraź sobie, że znajdujesz na ulicy sto złotych. Wsadzasz do portfela, wracasz do domu, wyciągasz portfel… I odkrywasz, że ta stówka gdzieś przepadła. Czy Twój stan emocjonalny będzie po takiej sytuacji pozytywny? Negatywny? A może neutralny?

Racjonalną reakcją powinna być neutralność. Ale w rzeczywistości reagujemy raczej smutkiem i złym samopoczuciem. Strata boli nas bowiem bardziej niż proporcjonalny do niej zysk sprawia przyjemność. Dla naszych przodków miało to głębokie uzasadnienie – lepiej było być nieco dłużej głodnym, niż zaryzykować skończenie jako posiłek dla jakiegoś drapieżnika. Dziś sytuacja się zmieniło, ale nasze mechanizmy podejmowania decyzji są dokładnie takie same.

W efekcie gdy już przyzwyczaimy się do czegoś za sprawą bieżni hedonistycznej, opcja tego, że mogłoby tej rzeczy zabraknąć w naszym życiu robi się dużo bardziej bolesna. Jak to, miałbym zrezygnować z dobrego piwa/szkoły prywatnej dla dzieci/rozbijania się szybkim samochodem/itp.?! No co to by było za życie?

Takie zjawisko “niechęci do straty” (ang. loss aversion) sprawia też, że gdy myślimy o swoim obecnym życiu, to naturalnie będziemy myśleli raczej o tym jakie mamy trudności, a nie co wychodzi nam dobrze. Innymi słowy, raczej będziemy mieli podejście “no ja ledwo jestem w stanie wyżyć za swoje 7 tysięcy na rękę, zobacz” niż zastanowimy się jakim cudem inni ludzie jednak w naszym mieście żyją, ale za trzy tysiące na rękę? A przecież nie dość, że żyją, to jest ich dużo więcej niż nas. Jakoś więc się musi dać!

 

“To już wszystko?”

Myślę, że można by tu postawić jeszcze jedną hipotezę odnośnie psychologicznych przyczyn takiego oporu. Sądzę, że dla wielu osób trudne może być zaakceptowanie siebie w roli będących na szczycie społecznej piramidy dochodowej, gdyż ich apetyt jest nieporównywalnie bardziej rozbudzony. Wynika to zw wspomnianej już kwestii rozpiętości klasy wyższej oraz z medialnych wyobrażeń na temat życia ludzi w tej grupie. W efekcie uświadomienie sobie, że jesteśmy już raczej bliżej mety, niż w połowie drogi może być dla wielu osób nieprzyjemnym szokiem. O ile bowiem fajnie jest zrozumieć, że jesteśmy np. w top 5, 10 czy 15%, to jednocześnie niesie to uświadomienie sobie, że nasze szanse na dalszy awans społeczny robią się zdecydowanie mniejsze. Jest więc duża szansa, że nasz finalny poziom życia będzie podobny jak teraz, ewentualnie nieco tylko lepszy.

A to boli, zwłaszcza gdy mamy już apetyt na te wielkie luksusy. To takie nagłe zderzenie się ze ścianą. Jak to, koniec drogi? Już? Nawet się nie rozpędziliśmy!

Jeśli zachowamy w głowie obraz w którym 10k miesięcznie to wciąż klasa średnia… To daje nam jeszcze spory potencjał do dalszego wzrostu. Fajniej w to wierzyć. Fajniej wierzyć w to, że górnych 5 czy 10% społeczeństwa żyje w dużo większym luksusie niż żyje… Bo wtedy my, którzy już jesteśmy tego punktu blisko, możemy jeszcze przyśpieszyć i ten luksus już na nas czeka.

Zaakceptowanie alternatywy jest bolesne. Jak to często bywa z faktami.

Koniec końców jednak, rzeczywistość nie może Cię skrzywdzić, bo już ją znosisz. Trafne jej zauważenie może Ci jedynie pomóc lepiej funkcjonować. Na przykład mieć więcej empatii wobec tych, którzy są raczej bliżej dolnego 10-15%, niż górnego.

 


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis