„Znajdź mi badanie dowodzące istnienie miłości!”

Jednym ze „złotych” argumentów, z jakimi spotykam się czasem w dyskusji jest tekst p.t. „skoro tak opierasz się na badaniach, to znajdź mi badanie dowodzące istnienia miłości”. Zwykle pada online, więc nie wiem w jakim tonie jest wypowiedziane. Ale mam silne przeczucie, że gdyby padało na żywo, to byłoby wypowiedziane tonem pełnym triumfu i samozadowolenia. Ha! Oto najwyższy wyraz subtelnej subiektywności! Masz, „szkiełkookowcu” jeden wredny, nie możesz zaprzeczyć istnieniu miłości, ani nie możesz jej dowieść badaniami! Szach i mat!

No cóż…

Proszę: A Biased Overview of the Study of Love

Albo: The Neurobiology of Love

Albo: The power of love on the human brain


Serio, nie jest trudno znaleźć badania dowodzące istnienia miłości. Wymaga to dosłownie kilku minut na Pubmedzie, Acedemii, czy podobnej bazie danych. Wymaga tak długo tylko dlatego, że „Love” jest też popularnym nazwiskiem. Trzeba ustawić w opcjach zaawansowanych wyszukiwania pomijanie takich autorów, inaczej dostaniemy też badania na temat wpływu muzyki country na szczury (tak, słuchając jej płaczą i tęsknią za swoją utraconą miłością, tak jak my wszyscy) czy nowej terapii trypofobii (nie, danie chorym miotacza ognia nie pomaga na trypofobię, ale i tak poprawia ich dobrostan). Gdy jednak wprowadzimy to jedno ograniczenie, to okazuje się, że miłość jest naprawdę nieźle przebadana i da się to sprawdzić w zasadzie od ręki.

To prawda – dokładne mechanizmy psychologiczne miłości wciąż podlegają dyskusji i jest kilka rywalizujących hipotez. Z drugiej strony wiele wiemy w zakresie praktycznym, np. jak zwiększyć bliskość, albo jak ułatwić rozstanie. Bardzo dużo wiemy też na poziomie neurologicznym, konkretnych mechanizmów zachodzących w mózgu. Zdecydowanie nie można powiedzieć jednak, żeby brakowało badań na istnienie miłości.

Ten „złoty” argument jest więc o Kant filozofa potłuc, ale z drugiej strony daje nam  ciekawy obraz tego, jak myśli wielu przeciwników „szkiełka i oka” (ble! jak ja nienawidzę tego sformułowania).


Myślenie to zakłada, że kwestie odczuwane subiektywnie, takie jak miłość czy szczęście nie poddają się, z jakiegoś powodu, badaniom naukowym. To wręcz dosłowne wzięcie rzekomego podziału „intelekt/emocje” i szczelne ich rozerwanie. Takie podejście typu „intelekt nie pozwala nawet wskazać istnienia emocji”.

W rzeczywistości nauka jak najbardziej pozwala weryfikować emocje. Ba, często pozwala weryfikować je na poziomie dużo głębszym, niż świadomie mamy dostęp. Dla przykładu, badania nad reakcjami na muzykę pokazują, że wszyscy ludzie reagują pozytywnie na pewne rytmy, ale u osób z bardziej rozwiniętym gustem muzycznym następuje wtórne, poznawcze zahamowanie reakcji na prostsze układy i dodatkowe, poznawcze pobudzenie reakcji na bardziej wyrafinowane akordy. Świadomie taka osoba będzie po prostu odczuwała przyjemność z bardziej wyrafinowanych utworów i nie odczuwała przyjemności z prostych. Natomiast badacze będą w stanie powiedzieć dużo więcej n.t. tego, co faktycznie zachodzi w jej mózgu i że przyjemność z tych prostych utworów tam jest, tylko jest wygłuszana.

Emocje zachodzą w mózgu. Nie są przejawem jakiejś oderwanej od ciała duszy – wiemy to, bo są sytuacje uszkodzenia mózgu sprawiającego, że ludzie po prostu przestają emocje odczuwać. Wiemy to, bo jesteśmy w stanie wskazać jakie konkretnie obszary mózgu są pobudzane w zależności od odczuwanych emocji. Jesteśmy więc w stanie jak najbardziej badać i mierzyć takie subiektywne stany jak miłość czy natchnienie.


Dla niektórych taki stan rzeczy będzie nieprzyjemny. Badanie tych kwestii będzie czymś, co w jakiś sposób oddziera je z wyjątkowości i romantyzmu. Jak to, miłość jest tylko reakcją takiego i takiego rejonu mózgu? Tylko efektem takich i takich połączeń i substancji?

Cóż, na pewnym poziomie, tak.

Na innym poziomie jest niezwykłym, ulotnym uczuciem, ubarwiającym świat.

Tym, czego wydają się nie rozumieć przeciwnicy „szkiełka i oka” (serio, Mickiewicz skrzywdził ten naród), to fakt, że te poziomy się nie wykluczają.

One się uzupełniają.


Świadomość neurochemii dziejącej się pod spodem uczucia miłości nie ujmuje temu uczuciu. Przeciwnie – dodaje mu niezwykłości i fascynacji.

Wyjaśniając wszechświat nie zamykamy go do szuflad, z których nie można już go wyciągnąć. Nie pakujemy go do szklanych gablot, gdzie przestaje być dostępny.

Wyjaśniając wszechświat tym bardziej możemy rozumieć i dostrzegać jego piękno, niezwykłość i złożoność.

A jednocześnie możemy po prostu uczynić nasze życie lepszym i pełniejszym. Bo lepsze zrozumienie tematu prowadzi do większej świadomości i skuteczniejszego działania. Skuteczniejszego nie w rozumieniu realizowania jakichś abstrakcyjnych korporacyjnych celów i KPI, tylko skuteczniejszego rozumianego jako „Ty będziesz mieć więcej tego, na czym Tobie zależy!”


Zwłaszcza w przypadku takich rzeczy jak miłość, to chyba coś dobrego, nie sądzisz?


Czy potrzebujesz badań, żeby wiedzieć, że ktoś Cię kocha?

Drugi wariant tytułowego pytania, z jakim się spotykam, to opcja p.t. „czy potrzebujesz badań, by wiedzieć, że żona Cię kocha?”

Tu z kolei mamy ładną demonstrację niezrozumienia tego, jak działają badania.

Badania nigdy nie powiedzą nie tylko, czy żona Cię kocha, ale też np. w przypadku danego problemu zadziałał u Ciebie konkretnie ten lek, czy coś innego.

Badania mogą natomiast powiedzieć, czy żona w ogóle może Cię kochać, albo czy – i z jakim prawdopodobieństwem – ten lek mógł akurat zadziałać u Ciebie.


Innymi słowy, badań nie używamy do wyjaśniania jednostkowych sytuacji – bo tutaj nigdy nie jesteśmy w stanie wziąć pod uwagę wszystkich czynników.

Badań używamy natomiast do nakreślenia czegoś, co można by nazwać „przestrzenią prawdopodobieństwa”. Czyli zakresu odpowiedzi na pytania, w ramach którego jest sens się w ogóle poruszać, próbując stworzyć jakieś wyjaśnienie.


W codziennym funkcjonowaniu badania kształtują właśnie taką przestrzeń prawdopodobieństwa. Każde z nas taką przestrzeń sobie w głowie kształtuje, wybierając kolejne działania, wyjaśnienia rzeczywistości, itp.

Oczywiście, możemy ją kształtować też na inne sposoby, np. w ramach twardej wiary, niezależnej od badań. Często też badań nie mamy, więc kształtujemy tą przestrzeń w oparciu o słabsze dowody. Tak, notabene, jest w kontekście miłości w codziennym życiu – nie opierasz się na badaniach, ale opierasz się na dowodach niższego rzędu. Np. na zachowaniach drugiej osoby i ich interpretacjach. Jeśli druga osoba wspiera Cię, dba o Ciebie, stara się Ci robić przyjemność, dzieli się z Tobą ważnymi elementami swojego życia – to są to dowody na to, że Cię kocha i na ich podstawie budujesz tego prawdopodobieństwo.


Ale pomyślmy, hipotetycznie, co by się stało, gdyby badania pokazały, że Twój partner czy partnerka należy do – wymyślonej, zastrzegam – rzadkiej subgrupy ludzi niezdolnych do miłości? Po prostu nie ma dostępu do tego uczucia, jego/jej mózg jest w taki sposób uszkodzony – tak jak np. osoby z afantazją po prostu nie potrafią sobie niczego wyobrazić. Może Cię lubić, może cenić Twoje towarzystwo, ale nie jest w stanie kochać.

Wtedy należałoby, w świetle tych badań, zreinterpretować dotychczasowe dowody. Uznać je nie za wyraz miłości, a za wyuczone zachowania, które z jakiegoś powodu ta osoba nauczyła się stosować w związku.

Przykład jest oczywiście hipotetyczny, ale zainspirowany realnym problemem osób z zespołem Aspergera, które muszą poznawczo uczyć się wyrażania i rozumienia sygnałów emocjonalnych, które dla osób neurotypowych są czymś naturalnym i oczywistym. (Dla jasności – Aspi czują emocje, tu różnią się od naszego wzorcowego przykładu. Nie mają natomiast przełożenia między czuciem tych emocji, a ich wyrażaniem czy odczytywaniem.)


Mam nadzieję, że udało się tu te dwie kwestie raz na zawsze wyjaśnić. Jeśli jednak coś napisałem nieprecyzyjnie, dajcie znać, postaram się rozwinąć i rozbudować. Mam silne wrażenie, że to na takich przykładach, ewidentnie wskazujących niezrozumienie natury nauki, najłatwiej dotrzeć do osób, które nie wiedzą czemu i jak ona działa i jak z niej korzystać.



Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem. Pierwszy zjazd rozpoczyna się już 21 września! 


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis