Jako trener regularnie uczę uważności na fakt, że nasi rozmówcy zwykle nie wiedzą dokładnie tego, co my wiemy. Czasem wiedzą więcej, czasem mniej, zwykle jedno i drugie na raz. Nie raz trzeba więc znaleźć wspólną przestrzeń i wejść na poziom wnioskowania pasujący obydwu stronom. Nie raz też trzeba po prostu wyjaśnić pewne rzeczy, które mogą nam się wydawać oczywiste – bo wcale dla innych oczywiste nie są.

Pomyślałem, że warto się samemu zastosować do tej nauki, w kontekście, który często poruszam, czyli sceptycyzmu. Nie ma co tu ukrywać – sceptycy zbyt często sprawiają kiepskie wrażenie. Potwornie łatwo, w próbach przeciwdziałania szkodliwym mitom, wyjść na przemądrzałego pyszałka. Bardzo łatwo po prostu stracić cierpliwość, po raz pięćdziesiąty czy setny tłumacząc te same podstawowe kwestie komuś, kto jest przekonany, że zjadł wszystkie rozumy, bo przeczytał dwie strony w internecie – i nie zdaje sobie sprawy z głębi swojej niewiedzy.

Fakt, że to łatwe nie może być jednak usprawiedliwieniem. Nie, jeśli chcemy, żeby sceptycyzm, promocja tego co faktycznie działa i przeciwdziałanie szkodliwym mitom miało szanse sięgnąć szerzej. Do tego potrzebne jest też obopólne zrozumienie. Pomyślałem więc, że warto poświęcić artykuł pewnym rzeczom, które stanowią codzienne doświadczenie sceptyków, o których przygodne osoby nie mają pojęcia.

Poglądy mają realne konsekwencje

Jedną z kluczowych kwestii w kontekście sceptycyzmu jest to: ludzkie poglądy mają konkretne konsekwencje. To nie jest tylko tak, że ktoś sobie wierzy, że np. marihuana leczy raka, albo szczepionki wywołują autyzm. Te przekonania przekładają się na działania tych osób. Przekładają się też na działania osób trzecich, które z danym poglądem się spotkają. Przekładają się, z dużym prawdopodobieństwem, na realne, niekiedy poważne cierpienia.

To nie jest, niestety, po prostu kwestia „ludzi w internecie mających inne poglądy niż my”. (Choć, szczęście w nieszczęściu, trzeba przyznać, że poglądy skrajne i odleciane są w internecie nadreprezentowane i głoszone dużo wyraźniej niż występują w rzeczywistości.)

To „niewinne” przekonanie o szczepionkach to kilkoro nieszczepionych dzieci, które zachoruje na odrę. Jedno z nich umrze w wyniku powikłań. Sympatyzując z ideą rodziców, którzy chcą przecież dobrze dla swoich dzieci, dobrymi chęciami wybrukowana jest jednak droga do piekła. Nie religijnego. Takiego, które sami sobie na ziemi robimy.

To „niewinne” przekonanie o marihuanie na padaczkę to tymczasowa ulga rodzica (są badania pokazujące, że trudność uzyskania takiej marihuany przekłada się na siłę tzw. placebo-by-proxy, czyli poczucia rodzica, że „terapia” działa, nawet gdy obiektywnie nie daje efektu). Jednocześnie jednak to realne upośledzenie intelektualne tego dziecka przy długoterminowym podawaniu. Empatyzując z tym jak trudna musi być sytuacja gdy dziecko doświadcza kolejnych ataków na które rodzic nic nie może poradzić, chwilowe i subiektywne poczucie ulgi rodzica nie jest warte dodatkowych cierpień tego dziecka.

To „niewinne” przekonanie o „dzikich hordach muzułmańskich uchodźców” to kilkoro włochów ciemniejszej karnacji pobitych wieczorem przed, nomen-omen, budą z kebabem. Sympatyzując z troską o swoich bliskich, rozumiejąc stadne mechanizmy identyfikacji… Nie. Po prostu tak się nie robi.


Gdy sceptyk napotyka takie poglądy, w większości przypadków patrzy nie na pogląd tu i teraz, a na jego konsekwencje. Bo je zna. Bo zna badania także na temat tego, do czego te konsekwencje prowadzą. I jakkolwiek wskazywanie ludziom, że się mylą nie jest fajne, to pozostawienie ich bez komentarza jest jeszcze gorsze. Bo jest akceptowaniem – przez milczenie – jakiejś części wpółodpowiedzialności za dalsze szerzenie tych poglądów.

A o ile naturalną ludzką skłonnością jest uznawanie takiej winy przez zaniechanie za coś nieistotnego (tzw. efekt pominięcia), to kurcze jako sceptycy znamy też ten błąd poznawczy i nawet w nim nie możemy znaleźć ulgi.

Jest wiec prosta decyzja – widzisz kogoś, czyje działania mogą z dużym prawdopodobieństwem doprowadzić do śmierci, kalectwa, cierpienia. Czy reagujesz?


Prawda jest wolniejsza od fikcji

Twoja reakcja lub jej brak są tym istotniejsze, że kłamstwa i fałszywe treści są niestety dużo bardziej „nośne” niż prawda. Pokazuje to szereg badań, np. artykuł z marca 2018, sprawdzający jak prawdziwe i fałszywe treści roznosiły się na Twitterze. Prawdziwe wiadomości rzadko kiedy sięgały ponad 1000 osób, podczas gdy top 1% kłamstw regularnie sięgał od 1000 do 100.000 osób i rozprzestrzeniał się dużo szybciej.

Fałszywe informacje mają zwykle większe przebicie emocjonalne. Mogą być też prostsze, bardziej zero-jedynkowe, łatwiejsze do zrozumienia. Często są tym, co odbiorcy chcą usłyszeć, wpisują się w ich światopogląd i pragnienia. To wszystko zwiększa ich potencjał memetyczny. Szanse na to, że ludzie zwrócą na nie uwagę, powtórzą, zapamiętają. Nawet jeśli na początku będą pamiętali jako coś niezbyt pewnego, po paru tygodniach czy miesiącach szczegóły wspomnienia ulegną zatarciu i zaczną traktować taką fikcję jako fakt.

Prawda jest zwykle mniej ekscytująca. Bardziej zniuansowana i złożona. Bywa bolesna i trudna, rozwiewając złudzenia, które chcielibyśmy utrzymać. Wymaga często dużo więcej czasu i wysiłku by wyłożyć i wytłumaczyć pewne kwestie. (Zwłaszcza, gdy fikcja podawana jest w formie czegoś, co my sceptycy nazywamy „shit sandwich”, „kałnapką”. To układ gdy fikcja przemieszana jest między prawdą, niczym kawał kupy rozsmarowany między dwoma kromkami chleba.)

To sprawia, że ignorowanie fikcji jest tym groźniejsze. Bo stosunek prawdy do fikcji jest i tak niewielki, a jeśli nie zareagujemy, będzie jeszcze gorszy.

Sprawia to też, że promocja faktów staje się syzyfową pracą. Ile by nie obalać mitów i tak będą się szerzyć. Można ograniczyć ich skalę, zmniejszyć ich zasięg, ale… Na litość mroku! Mamy dziś, w 2018 roku całkiem realną i poważną grupę ludzi wierzących, że ziemia jest płaska! (A Australia to oszustwo. Jeśli byłeś kiedyś w Australii, wydaje Ci się. Spotkałeś podnajętych aktorów w zupełnie innym miejscu do którego zostałeś wywieziony.) A skoro tak absurdalne i łatwe do weryfikacji przez zwykły lot samolotem pomysły wciąż się utrzymują, to co dopiero z procesami medycznymi czy politologicznymi wymagającymi często ogromnej wiedzy do zrozumienia?

A skoro jest to syzyfowa praca, to powiedzmy sobie szczerze: potrafi to być frustrujące. Nawet jeśli głęboko wierzysz w wartość takich działań. To tak, jakbyś na codzień zajmował się zatrzymywaniem ludzi wpatrzonych w komórki przed przejściem na czerwonym świetle przez drogę szybkiego ruchu. Nawet jeśli masz satysfakcję z tego ilu zatrzymałeś… Oraz frustrację w związku z tymi, których nie udało się zatrzymać… To w pewnym momencie możesz zacząć mieć czysto po ludzku dość tego, że gapią się w te telefony zamiast po prostu rozejrzeć się, zauważyć nadjeżdżające ciężarówki i się samemu zatrzymać.

A jeśli jeszcze zobaczysz na horyzoncie kolesia, który zatrzymuje normalnie idących ludzi i próbuje ich skłonić, by zaczęli iść wpatrzeni w telefon, bo tam jest super ciekawa gierka… To możesz chyba zrozumieć, że czasem mamy ochotę takiemu kolesiowi urwać nogę i skopać mu nią tyłek… No, ja tak mam, nie wiem jak inni sceptycy ;)


Po raz pięćdziesiąty to samo

Wbrew pozorom, liczba popularnych fałszów jest dość ograniczona i opera się na kilkunastu-kilkudziesięciu stale powtarzanych narracjach. Wiele z nich można wręcz sprowadzić do paru podstawowych błędnych założeń typu „naturalne dobre/syntetyczne złe”.  Jest to o tyle istotne, że to co z Twojej perspektywy może być zupełnie nową koncepcją, z perspektywy sceptyka z dużym prawdopodobieństwem jest tym samym argumentem, na który odpowiadał już dziesięć, pięćdziesiąt czy sto razy. Co więcej, niczym szachista znający typowe możliwości dalszych zagrań, sceptyk z którym rozmawiasz zna prawdopodobnie nie tylko Twój argument, ale też szereg argumentów pomocniczych, które chcesz zastosować. Bo poznałeś te argumenty z tych samych książek czy stron czy wykładów jak inne osoby, z którymi już dyskutował.

Z Twojej perspektywy może to wyglądać tak, że ten arogancki buc nawet nie poświęci chwili na zastanowienie się nad Twoim stanowiskiem, tylko z góry je odrzuca.

Z perspektywy sceptyka powtarzasz coś, z czym już się dawno zapoznał i o czym wie, że jest błędne. Nie musi nad tym myśleć, bo nie przedstawiłeś żadnych nowych dla niego argumentów. (Oczywiście, jeśli byś faktycznie przedstawił nowe argumenty i sceptyk je zignorował, byłby to błąd z jego/jej strony. To też się czasem niestety zdarza. Nieporównywalnie częściej jednak Twoje argumenty są czymś nowym i ekscytującym tylko dla Ciebie. Tak jak dla początkującego szachisty Partia Włoska czy Obrona Sycylijska mogą być czymś nowym, a dla doświadczonego gracza doskonale przewidywalnymi sposobami działania, które przemyślał tysiące razy i zna na pamięć.

Pomyśl teraz o sytuacji, w której doświadczony szachista gra z amatorem, który to amator nagle ogłasza „Haha! Teraz zastosowałem Partię Włoską! No i co? Nie masz szans!” A takie postawy w omawianych kwestiach są dość częste u osób, z którymi sceptycy dyskutują.


Zmiana zdania jest bolesna, ale czasem ból jest dobry

Istnieją ludzie, którzy nie czują bólu. Rzadka choroba genetyczna, analgezja wrodzona, sprawia, że tacy ludzie nie odczuwają w ogóle fizycznego bólu. Czują presję, zimno, ciepło, ale nie czują bólu. W efekcie m.in. regularnie łamią sobie kości i mają kłopoty z ich zrastaniem – bo dla ludzi ból, choć bardzo nieprzyjemny, jest niezwykle istotnym sygnałem. Dlatego jest tak nieprzyjemny – żebyśmy go nie ignorowali!

Dlaczego o tym piszę? Bo zmiana zdania bywa bolesna. Bo konfrontacja z faktami gdy myślimy inaczej bywa bardzo bolesna.

Nawet nie wiesz jak bym chciał, żeby było inaczej – i myślę, że wielu sceptyków by się ze mną zgodziło. My też zmieniamy zdanie i wiemy jakie to nieprzyjemne. To nie jest tak, że w dzikim wrodzonym sadyzmie chcemy ten ból poszerzyć na resztę ludzkości. Po prostu wiemy jakie konsekwencje niesie ze sobą brak zmiany zdania i trzymanie się szkodliwych fikcji. Zresztą o tym już mówiliśmy.

Dlatego czasem bywamy brutalni czy bezpośredni. Nie jest fajne dla nas ani tym bardziej dla odbiorców. Ale czasem nie ma innej opcji. Niestety, choć fajnie byłoby zmieniać zdanie ludzi w oparciu o empatię i zrozumienie, taka metoda po prostu nie działa – zostało to przebadane. Działają racjonalne fakty i działa kpina – jeśli więc fakty nie pomogą, kpina zostaje alternatywną metodą, która ma szanse dotrzeć do odbiorcy. Jakkolwiek byłaby nieprzyjemna dla niego.

Bo na koniec dnia wracamy do pierwszej kwestii czyli nie zabierania głosu i przemilczenia trudnych spraw. Do decyzji, o której kiedyś już pisałem – czy wolisz być dobrym, czy być miłym? Nie zawsze da się wybrać obydwa na raz.


To nie o nas chodzi

Być może z powodu tego trudnego wyboru, spotykam się odbiorem sceptyków jako chcących pokazać swoją wyższość. Zapewne są w tym środowisku – jak w każdym, to w końcu tylko ludzie – osoby, którym faktycznie zależy głównie na tym.

Jednak przeważająca większość sceptyków przede wszystkim wierzy w to co robi. Niektórzy z nas robią to co robią przez obawę przed szkodliwością patologii. Niektórzy z umiłowania dla nauki i wartości, jakie daje ona ludziom. Długoterminowo uważam, że ta druga grupa będzie lepsza dla środowiska sceptycznego, ale ani jedna ani druga nie skupia się na sobie i na tym, jak samemu wypadnie.

Gdy sceptyk z Tobą dyskutuje, nie dyskutuje, aby uzyskać przyznanie racji, czy przyznanie błędu.

Dyskutuje, żebyś zmienił/zmieniła zdanie i swoje zachowanie.

Dyskutuje, bo wie są lub mogą być konsekwencje Twojej postawy. Chce im przeciwdziałać. Tu nie o sceptyka chodzi. Ani nie o ciebie. Tu chodzi o fakty. O świat. O możliwość uniknięcia zbędnego cierpienia, niekiedy ogromnego, kosztem czegoś tak niewielkiego jak zmiana zdania.


No i to tyle. Trochę o nas, z perspektywy sceptyka. Nie wiem czy mogę mówić za wszystkich sceptyków, choć sądzę, że większość z nas zgodziłaby się z powyższymi punktami. Może rozumiejąc skąd wychodzimy i dlaczego pewne kwestie są dla nas tak ważne, łatwiej zrozumiesz też dlaczego zachowujemy się tak, jak się zachowujemy – i jaki jest w tym głębszy sens.

A może nie, ale hej, warto było przynajmniej spróbować :)



Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis