Termin, który należy zmienić: druga połówka

Są pewne terminy, które powinniśmy, dla dobra wszystkich, zmienić. Wiem, utarły się, jakoś tak wyszło przez lata, że ich używamy. Zmiana będzie wymagała wysiłku.

Ale trzeba je zmienić, bo wypaczają nam postrzeganie świata i wszelkie debaty w bardzo niefajnym kierunku.

Termin na dziś: druga połówka

polowka

Ugh. „Moja druga połówka”.

Tak, wiem, to brzmi tak ciepło i romantycznie. Jesteś moją drugą połówką, dopełniasz mnie. Staje się kimś pełnym dzięki tobie.

Czy to znaczy, że bez tej osoby jesteś kimś upośledzonym i niepełnym?

Bo to wynika bezpośrednio z tej metafory. Jeśli „jesteś moją drugą połówką”, to owszem, idealnie do mnie pasujesz… ale też oboje jesteśmy kimś upośledzonym. Nie jesteśmy samodzielnymi istotami.

A to bardzo kiepski układ, jakkolwiek by na to nie patrzeć.


Niestety, popularne podejście do związków często opiera się na takim modelu dwóch niepełnych osób, które spełnienie mogą znaleźć tylko w związku. OK, rozumiem. W fazie zauroczenia biochemia skłania ludzi do obsesji na temat partnera/partnerki. Wtedy może się zdawać, że bez drugiej osoby jesteśmy niepełni. Ale to tylko chemia, ewolucyjna presja na szybkie zapłodnienie. (Jeśli obsesyjnie myślisz o partnerce, będziesz skuteczniej szukał okazję by dotrzeć do niej omijając jej rodzinę i/lub obecnego partnera – i vice versa, oczywiście.) W długoterminowym związku taki układ po prostu nie jest zdrowy. Prowadzi do związku opartego na lęku („jeśli on/ona odejdzie, znów będę niepełny, więc muszę za wszelką cenę utrzymać tą relację”). Prowadzi do rozpaczliwego poszukiwania czegoś kolejnego po zakończeniu poprzedniego związku, do niezdolności do bycia samemu. Bo jeśli jesteś samemu, to jesteś tylko połówką człowieka.

Oczywiście, przesadą byłoby zwalać całą winę za ten stan rzeczy na niewinne hasło „moja druga połówka”. Jest ono tylko jednym z wielu przejawów całej kultury „szukania pełni siebie w związku”. Jednocześnie jest takim najbardziej powszechnym i popularnym przejawem tej kultury, więc może warto zacząć jej zmianę od zmiany tego terminu?


Naucz się być szczęśliwy samemu, a potem dopiero szukaj związku. Znajdź pełnię życia bez związku, a wtedy związek jeszcze to życie ubogaci, ale bez zniewalania się. Naucz się być sama ze sobą zanim będziesz z kimś.

Inaczej to nie związek -to ucieczka z jednej niedojrzałości (rodzice-dziecko) w drugą (związek dwóch niepełnych osób).



Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)



Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Adam314

    Cóż… naprawdę trudno się nie zgodzić. Osoby cierpiące na samotność błędnie szukają ukojenia w poszukiwaniu partnera/ki. A tym czasem lepiej skupić się na naprawianiu własnej osoby, lęków, niedojrzałości i problemów. Mam wrażenie, że w wielu związkach partner jest czymś w rodzaju narkotyku mającego ukoić ból istnienia. Lepiej pokonać ten ból, stanąć na nogi i dopiero wtedy można zbudować zdrową relację.

  • Gal (wolałbym zostać anonimow)

    Ja z kolei zwykle należałem do osób, które czują się dobrze same ze sobą. Pierwszy „związek” w wieku końcowo-studenckim, bo dopóki nie spotkałem prawdziwie odpowiadającej mi osoby, to jakoś tego nie potrzebowałem. Dopiero wtedy poczułem jednak, ile szczęścia daje ta druga osoba – o ile smaczniejsze jest jedzenie gdy spożywa się je razem, o ile wspanialsze są przeżycia gdy jest je z kim dzielić. Z różnych przyczyn nie trwało to jednak długo (stąd też cudzysłów) i od tamtego czasu doskwiera mi samotność. Właśnie ta pustka, niepełność, brak bratniej duszy. Cóż z moich przeżyć, jeśli nie mam komu o nich opowiedzieć? Nie zrzucałbym tego na kwestię „odkochania”, bo tęsknota jako taka już się chyba skończyła. Po prostu poznałem, o ileż szczęśliwsze jest życie we dwoje, od szczęśliwego (i spełnionego?) życia samotnika. Przez pewien czas zacząłem nawet szukać kogoś drugiego, by właśnie ugasić ten egzystencjonalny ból istnienia, który nagle zaczął dawać się głośno we znaki. Czy to też kwestia nieumiejętności radzenia sobie ze sobą? Przecież nigdy nie miałem z tym problemów, również i teraz nie czuję dyskomfortu w samotności. Po prostu poczułem, że jednak mogę się czuć jeszcze pełniejszy.

  • Pawel

    Czy fazę zauroczenia można sukcesywnie odnawiać, i czy to o co pytam ma w ogóle jakiś sens? :P

  • Tekst dla każdego kto cierpi, bo za wszelką cenę chce mieć partnera a jest singlem z przymusu, bo akurat nikogo nie może znaleźć lub kocha bez wzajemności. To tak jakby zakładać, że życie samemu jest nudne puste. W sumie jest ku temu presja społeczna by kogoś mieć i zazdrość gdy się wokół widzi same zakochane pary. Ale czy naprawdę potrzebujemy mieć „drugą połówkę” i być szczęśliwie zakochanym by mieć ciekawe życie? Samemu też można być wartościowym człowiekiem. Przede wszystkim najpierw warto pokochać siebie bo to da nam wartość, spokój i dobre samopoczucie niezależnie czy kogoś znajdziemy czy nie. Pozdrawiam