Są pewne terminy, które powinniśmy, dla dobra wszystkich, zmienić. Wiem, utarły się, jakoś tak wyszło przez lata, że ich używamy. Zmiana będzie wymagała wysiłku.

Ale trzeba je zmienić, bo wypaczają nam postrzeganie świata i wszelkie debaty w bardzo niefajnym kierunku.

Termin na dziś: donosicielstwo.

snitch

Co tu dużo mówić, w naszej kulturze funkcjonuje bardzo silny podział na „władzę” i „obywateli”. To „Oni” oraz „My”. Bez punktów wspólnych.

Taki podział oznacza też, że nie da się takich punktów wspólnych tworzyć czy akceptować. Jeśli mamy „nas” i „ich”, to jakikolwiek przejaw wsparcia kogoś z „naszych” dla kogoś z „nich”, wyklucza taką osobę z naszej grupy.


A to, niestety, bardzo destrukcyjny układ, zwłaszcza na dłuższą metę. Jasne, przydaje się, jeśli „oni” są faktycznie opresyjną, zewnętrzną tyranią, z definicji nam wrogą. Jeśli jednak „oni” mają być kimś, kto – mniej lub bardziej udolnie – pracuje na naszą korzyść… To takie podejście przekreśla całą tą ideę. Czyni współpracę z państwem wykroczeniem i zbrodnią (przynajmniej pod względem etycznym).


Jeśli faktycznie mamy takie podejście – to po co w ogóle łożymy na jakiekolwiek państwo? Po co nam policja, sądy, przepisy drogowe? Czemu się na nie godzimy, skoro jednocześnie sami je sabotujemy?

Jeśli zakładamy, że państwo ma służyć obywatelom… To mentalność, w której współpraca z państwem to „donos”, jest strzelaniem sobie w stopę. Bo przeszkadzamy tym, którzy mają nam służyć.

Nie znaczy to, że państwu nie należy patrzeć na ręce i obserwować. Błędy się zdarzają, czasami niezamierzone, czasami wynikające z różnych prywatnych interesów realizowanych pod osłoną państwa. Dlatego wszelkie inicjatywy typu watchdog są bardzo cenne.

Ale po to łożymy na państwo, aby z niego korzystać. Jeśli sami będziemy sobie to korzystanie utrudniali, bo np. nie dostarczymy państwu stosownych informacji (bo to donos) -to sami siebie krzywdzimy.


Wzorem w tym obszarze jest dla mnie model anglosaski, zwłaszcza brytyjski. Tam wyraźnie zakłada się, że „państwo to my”. Jak ktoś oszukuje na podatkach, to okrada PODATNIKA. Ciebie i mnie. A nie jakiegoś nielubianego „onego”, „urzędnika skarbowego”, „fiskusa”. Okrada Ciebie i mnie. Bo to Ty będziesz jeździł do pracy gorszymi autobusami, to przed moim blokiem nie wyremontują chodnika.

Dlatego anglosasi nie mają takich oporów jak my przez „donoszeniem”. Bo rozumieją, że to nie „wspieranie wroga przeciwko swoim”. Przeciwnie! To karanie nieuczciwości jednego z nas.


U nas, ze względu na długą historię kolaboracji i „państwa jako elementu obcego” jest z tym dużo gorzej. Dlatego uważam, że powinniśmy w ogóle zrezygnować z terminu p.t. „donoszenie”. Zamienić go na coś bardziej neutralnego, typu „zgłoszenie”. Wtedy łatwiej będzie go dopasować do kontekstu. Negatywnie, gdy mowa np. o zgłaszaniu do nazistowskich okupantów w czasie drugiej wojny światowej. Ale i pozytywnie, gdy mowa o zgłaszaniu kierowcy, który jedzie samochodem po ścieżce rowerowej, czy człowieka, który kradnie w sklepie towar gdy sprzedawca nie patrzy.



Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis