Rozwojowa fobia na słowa

Dziś krótki wpis, w przerwie między skończoną i wysłaną do wydawcy książką, a wyjazdem do Katowic na kolejnego Praktyka Beyond NLP…


Gdy ludzie zaczynają się zajmować rozwojem, często zdaje się u nich pojawiać pewien rodzaj przesądności. Niektóre słowa, w rodzaju „muszę”, „powinienem”, „ale”, „spróbuję” czy „problem” zaczynają być traktowane niczym zaczarowane. Nagle nie można ich używać, albo wręcz należy upominać i poprawiać innych, którzy ich używają. „Nie, to nie problem, to wyzwanie!” Można wtedy usłyszeć, tuż obok. „Nic nie musisz, tylko chcesz.”


To takie trochę głupie, moim zdaniem ;) Choć głupie nie jest tu dobrym terminem, najbardziej pasuje tu chyba angielski „silly” – „śmiesznie, dziecinnie nierozsądne” – którego dobrego odpowiednika niestety w polskim brak.


Ale tak, jest to śmieszne i nierozsądne, jest to po prostu zabawne. Z prostych słów tworzy się przepotężne siły, które wpływają na losy ludzkie. Pewne słowa są zakazane, inne preferowane. To po prostu nic innego, niż prymitywny system magiczny. I jak to bywa z takimi systemami – jego moc jest zdecydowanie przeceniana.


Słowa to tylko słowa. Mają pewną moc sprawczą, ale zdecydowanie nie tak dużą, jak się im niekiedy przypisuje. Nie są też złe same w sobie. Jeśli masz problem („wyzwanie”) z „muszę” i „powinienem”, jeśli masz na nie alergię, unikasz ich, albo cię zniechęcają… To jest to przede wszystkim informacja o tym, że warto w sobie coś przepracować, najprawdopodobniej swój stosunek do zasad i autorytetów. (Temat, notabene, nad którym, w mojej ocenie, większość rozwojowców powinna popracować, bo jest z nim w fascynującym układzie miłości przesyconej nienawiścią. Z jednej strony brzydzi się autorytetami i zasadami i od nich ucieka, a z drugiej w tej ucieczce nieświadomie wpada w inne autorytety – te mówiące, że nie powinno się mówić „powinno się” – oraz inne zasady -np. „musisz nie mówić muszę”).


Jeśli masz kłopot z niektórymi słowami – warto to w sobie przepracować. Bo, słowami wielkiego hinduskiego guru Śpiącego Leniwca „To naprawdę nie ma większego znaczenia.” Więc może warto przestać mu takie znaczenie przypisywać ;)


Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Maciej

    chodzi o to żeby sobie zdac sprawę z tego jakie emocje przekazujemy innym i sobie mówiac lub myślac np. musze… magia nie mówienia? żal…

    • A jakie emocje przekazujesz sobie i innym, mówiąc „muszę”? ;) Bo mam wrażenie, że zakładasz, że za tym słowem musi (nomen omen) stać jakaś konkretna emocja lub zestaw emocji, identyczny, lub przynajmniej podobny dla większości osób.

      Jeśli tak, to jest to mocno chybione założenie. Bo „muszę” może być niechęcią ucznia nie lubiącego pracy domowej, ale „muszę” może być również powołaniem i zobowiązaniem ważniejszym niż wszystko inne. Może być niechetne, może być szlachetne, może być prostym stwierdzeniem faktu.

  • Miłosz

    Witaj Arturze,

    Śmieszne są też sytuacje typu: poznałem kobietę i spotykam się z nią na kawie o 17 = domknąłem kobietę i zakotwiczyłem się na jej linii czasu na 17. :) Autentyk!
    Słowotwórstwo jest naprawdę fascynujące.

    Z innej beczki a co sądzisz o podejściu terapeutów RTZ pracujących z chorymi onkologicznie ( centrum Simontona )
    Być może w trakcie wizualizacji np. niszczonych komórek rakowych dobierane słowa mają większe znaczenie. Ciekawy temat warto poszukać dokładnych badań.
    A tu przesyłam link do artykułu prezentujący to podejście.
    http://www.simonton.pl/node/46
    Osobiście trochę przesadzony i bazujący na klasycznych historiach typu Jordan :)

    Miłosz Pilarczyk

    • Miłosz, co do RTZ, jest to niewątpliwie przydatna metoda terapeutyczna, natomiast co do Simontona, to niestety nie udało mi się znaleźć jak dotąd żadnych badań potwierdzających jego skuteczność (jeśli któryś z czytelników ma namiary na takowe, poproszę, z przyjemnościąsię zapoznam), co w połączeniu z tym co wiem n.t. raka skłania mnie niestety do opinii, że to kolejna altmedowa fikcja, skuteczna co najwyżej w pomaganiu pacjentom subiektywnie czuć się lepiej, ale nie w terapii raka.

      Polecam np. http://www.quackwatch.org/01QuackeryRelatedTopics/cancer.html w temacie, odnosi się też do Simontona.

  • Mam podobnie, tylko nie cierpię tych wyrażeń używanych jako zdań niekompletnych.

    – „Muszę iść spać”

    kontra

    – „Muszę iść spać bo jutro wcześnie wstaję a chcę być wyspany”

    Kiedy wypowiesz całe takie zdanie następuje pewne poukładanie twojej rzeczywistości – nadajesz kierunek swojemu życiu.

    • Hmm, czyli jeśli nie wypowiesz tego zdania, to druga jego część nie jest ci znana w domyśle? ;)

      Takie dopowiadanie jest wartościowe, jeśli mamy doczynienia z tzw. introjektami, przekonaniami wchłoniętymi bez głębszej analizy, natomiast nie wiem czy jest opłacalne robienie tego ze wszystkimi przekonaniami czy myślami.

      Swoją drogą, co do nadawania kierunku, to miałbym wątpliwości, ale to temat na dłuższy post odnośnie realnej roli świadomości :)

      • Najczęściej druga część zdania jest niespójna. Wiele z tych drugich części jest tak naprawdę nieuświadomionych, stanowią podświadome przekonania których nie zweryfikowałem świadomie i które często są barierami które sam stawiam na swojej drodze.
        Nawyk „dokończania zdania” pozwala mi na wyłapywanie ich.

        Kiedy wypowiem „drugą część” na głos uświadamiam sobie często że jest ona niezbyt konstruktywna i powtarzam całe zdanie zmieniając je tak, żebym miał swój cel w tym co robię.

        W ogóle wyrabiam sobie wciąż nawyk by nie robić rzeczy jeśli nie wiem po co je robię.

        Nauczyłem się także myśleć na głos – w tym np. zadawać pytania „portretowi”, formułując je tak, jakbym mówił do dziecka, chcąc by mnie zrozumiało. Wielokrotnie w połowie formułowania pytania „olśniewało mnie” i znajdowałem odpowiedź.

        „Słyszę – zapominam
        Mówię – pamiętam
        Robię – rozumiem”.

        Nauczyłem się że jeśli zapiszę albo nie powiem na głos pomysłu który przyszedł mi do głowy – za chwilę przepadnie i najczęściej już go sobie nie przypomnę.

  • M.

    Arturze, kiedyś Twoje wpisy były trochę bardziej dojrzałe i konkretne. A na pewno nie ograniczone tylko do oceny innych czy skrajnych ocen mechanizmów. Jeśli to faktycznie zajmuje Twoją uwagę, to twórz środowisko, jakie chcesz ujrzeć, zamiast prowokować do tego ludzi podatnych. Dojrzałość to nie tylko wiedza, ale zdrowy rozsądek, by nie wypierać tego, czego się uczy i co prowadzi do możliwości. Po co wypierać się miłości i pisać o niej per „fascynujące układy miłości”, tworząc z nich pożywkę dla emocji i wchodząc głębiej w zachowania, których się nie akceptuje?

    To, co uznajesz za problem, może być dla innych sposobem na rozumienie tego, co piszesz lub radzenia sobie z własnym trudem. Ludzie chorzy fizycznie mają prawo do wsparcia swojego zdrowia. Już sama skuteczność w wynikach leczenia potwierdza, że praktyki z pozytywnym myśleniem są potrzebne.
    Pośrednio gdyby nie zasługa (niektórych) systemów NLP, które tak ograniczają, a raczej trenerów, może w tej nauce byłoby więcej konkretów, a mniej emocji. Jeśli jednak z perspektywy trenera wszędzie widać problemy, przepychanki o jakiś „autorytet”, czy przez to szukanie brudnych zagrywek, to złe emocje warto zostawić, by nie zabierać ich do pracy a w ten sposób i nie sugerować innym.

    Pozdrawiam.
    M.

    P.S. Wybacz jeśli zbyt osobiście, ale uważam, że porządek jest bardziej pożądany przez ludzi, zamiast kreowany chaos, bo więcej w nim prawdy niż nie spełnionych życzeń.

    • M., zwróć proszę uwagę, że nie piszę o miłości per se, tylko konkretnie o układzie typu „love-hate” odnośnie autorytetów i zasad.

      Co do skuteczności w wynikach leczenia praktyk pozytywnego myślenia – poproszę o konkretne dane w temacie. Niestety, wszelkie próby znalezienia wiarygodnych badań w temacie potwierdzających skuteczność tych metod spełzły na niczym, to co mamy, to masę anegdot i badania pokazujące raczej, że pozytywne myślenie nie daje za wiele.

      Co do reszty Twojego postu, to nie tyle traktuje go osobiście, co jest dla mnie dość niezrozumiały i nie wiem do czego się odnosisz, stąd trudno mi tu coś odpisać. Możesz rozwinąć?

  • M.

    W naturze nie ma czegoś takiego jak układy „love-hate”. Przynajmniej nie w naszym ojczystym języku. Skojarzenia tego typu są więc bardzo jednostkowe, a nie stricte społeczne.

    Powołujesz się na badania, ale mity dotyczące badań, które wszystko wyjaśnią są zbyt daleko posunięte, bo nie trzeba długo szukać ludzi, którym myślenie pozytywne przynosi korzyści. Chociażby w szpitalach w całej Polsce, gdzie rokrocznie przeprowadzane są ratujące ludzi zabiegi, czy na onkologii, gdzie często wiara jest podstawą do (przynajmniej) podjęcia i prowadzenia leczenia. Wiele przypadków utrzymanych jest też wciąż w kategoriach ‚niewyjaśnione’, o czym sami pacjenci nawet nie wiedzą. Wglądu w te dane nie posiada zbyt wielu lekarzy, mimo, że często wyniki te indeksowane są na swój sposób (zależnie od wiary, czy umiejętności lekarza).
    Terapia Simontona również ma dobre wyniki, ale nie prowadzi się jej dla statystyk, a dla realnej pomocy pacjentom, aby umożliwić im powrót do harmonii w cierpieniach jakie przechodzą. Podobnie jak z resztą wsparcia, które realnie jest, a nie o którym się tylko mówi czy pisze, aby mieć dokument. I nawet słusznie, bo często pomoc jest ludziom potrzebna od razu i wielu terapeutów i lekarzy dla nich pracuje, a nie dla samych badań. A czy w NLP jest inaczej? Zdaje się, że pozornie tak – przez brak czystego programu, opartego na efektywnej pomocy od razu i ścisłego wzoru, zakładającego jednostkowe traktowanie, gdzie nie ma większego nacisku ani na emocje, ani na ‚rozwojowe’ braki, ani sprzedaż czy promocje w formacie kilkucyfrowym. Nawet inspiracja Caritasem to dobre źródło dostrzeżenia możliwości, bo jest ich mnóstwo. Choć jak wiadomo mniej dochodowe z punktu widzenia zysków.

    Nie wiem jak daleko wybiegasz w tłumaczenie psychologicznymi kwestiami, czy dzieje się tak głównie z racji zawodu, ale perspektywa tego formatu jest dość mocno ograniczona, pomimo ogromnej wiedzy i możliwości jakie tu są. Toteż istotniejsze są kwestie, które nie ograniczają się do ‚rozwojowego’ światka, a które umożliwiają działania z ludźmi, traktując ich jednostkowo, a nawet wzajemnie, lecz nie przeciwko nim, czy z gruntu ich słabości, tworzącymi prawie trend.
    Kreując skojarzenia i porównania, sugerując braki tego typu, sam stajesz się ich promotorem, a to już nie jest tylko odpowiedzialność zewnętrzna, więc pośrednio też bierzesz w tym udział. Pisałeś jakiś czas temu o jakim rozwoju marzysz.

    Posiadając wiedzę, rozsądnie ją wykorzystać dla dobra każdego z osobna, by wszystkim było lepiej – to sztuka godna uwagi. Bywa to trudne, ale jest możliwe, o ile nie idzie się na skróty kosztem swoich wartości i wartości innych, od których zależy chociażby czystość intencji i wykształcanych zasobów.

    • „W naturze nie ma czegoś takiego jak układy „love-hate”.”

      Jest ich całą masa, kwestia dostrzeżenia procesu oraz, co ważniejsze, drugiej strony medalu, gdy dostrzega się tylko pierwszą, powierzchowną.

      „Powołujesz się na badania, ale mity dotyczące badań, które wszystko wyjaśnią są zbyt daleko posunięte, bo nie trzeba długo szukać ludzi, którym myślenie pozytywne przynosi korzyści. ”

      No właśnie problem w tym, że bez badań nie możesz stwierdzić, czy to faktycznie myślenie pozytywne przyniosło im korzyści, czy jedynie przypisujesz mu korzyści związane z czymś zupełnie innym :)

      „Chociażby w szpitalach w całej Polsce, gdzie rokrocznie przeprowadzane są ratujące ludzi zabiegi, czy na onkologii, gdzie często wiara jest podstawą do (przynajmniej) podjęcia i prowadzenia leczenia.”

      Sorry, ale to po prostu fantazja, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością tych środowisk. Zabiegi działają niezależnie od wiary.

      „Terapia Simontona również ma dobre wyniki, ale nie prowadzi się jej dla statystyk,”

      W jaki sposób jesteś w stanie stwierdzić obiektywnie, że ma dobre wyniki, jeśli nie prowadzisz badań pozwalających na zweryfikowanie tego?

      Sęk w tym, że nie jesteś. Jesteś jedynie w stanie opierać się na anegdotach, a problem z anegdotami jest taki, że nigdy nie wiesz, czy osoba o której mowa nie wyzdrowiałaby również bez tej terapii (albo wręcz czy nie miała błędnej diagnozy i tak naprawdę nie była zdrowa).

      „pisze, aby mieć dokument. I nawet słusznie, bo często pomoc jest ludziom potrzebna od razu i wielu terapeutów i lekarzy dla nich pracuje, a nie dla samych badań.”

      Badania pozwalają zweryfikować, czy pomoc jest faktycznie pomocą, czy jedynie bezskutecznym, albo wręcz szkodliwym dla pacjenta marnowaniem środków. W tym cała istota sprawy i potrzeba badań.

      „Kreując skojarzenia i porównania, sugerując braki tego typu, sam stajesz się ich promotorem,”

      Innymi słowy „zatkajmy uszy i oczy i udawajmy, że tego nie ma, to tego nie będzie”. Sorry, podziękuję, to strategia może przyjemna, ale skrajnie niestkuteczna.

  • M.

    Być może różni nas kwestia doświadczeń, czy raczej sposobów pracy, dlatego trudno mi się odnaleźć w takich zagadnieniach i warunkach jakie przytaczasz. Z perspektywy, którą poruszasz zastanawiam się jednak czy fantazję dostrzegasz w konkretnych przykładach, czy w ogólnej pracy, bo to raczej zbyt ogólne, aby segregować bez dostosowania stricte do potrzeb i możliwości osoby, z którą się pracuje.
    Do zmian jest potrzebna ścisła znajomość – wiedza i fakty a nie jedynie badanie do jednego czy kilku czynników w celu sprawdzenia, które zwykle przez takie praktyki zniekształca wyniki. Ono powinno być na końcu. Poznanie tuż za nim nie byłoby już miarodajne.

    To, co opisujesz jako kwestie dostrzeżenia procesu, to kreowanie i nadawanie temu konkretnego wskaźnika. A przy czynnikach zależnych nie można ich oceniać wedle takiego wzorca, bo to już zaburza proces oceny i wpływa na sam wynik.

    Jeśli wiadomo co działa faktycznie na korzyść, a co przynosi szkodliwy wpływ, to można mówić o mierzalności, ale nie wówczas, gdy obrazuje się to w sposób ogólny, bez ścisłej współpracy.
    Stawanie za pacjentem i mówienie mu, że coś mu szkodzi, podczas gdy zdrowieje i czuje się bezpieczniej, wiedząc, że mu się polepsza, nie uważam za rozsądne i myślę, że dla samego badania nie warto tego robić, bo pacjent ma zwykle własne myślenie (szczególnie pacjenci dotknięci nieudanymi próbami leczenia mają czuły zmysł na tym punkcie), więc warto otoczyć go opieką, by podjął leczenie bez dodatkowego napięcia. Wiele więc zależy od wrażliwości, czy podatności pacjenta a to już jest jego bardzo czuły punkt, bo świadczy o jego poczuciu bezpieczeństwa. W pracy zawsze się indeksuje wyniki, choć bywają zależne od wierzeń i umiejętności lekarza czy terapeuty, ale takie praktyki wykonuje się tylko dla samego celu pomocy i ułatwienia pracy a nie dla ocen jak wyżej typu „to śmieszne”.

    „No właśnie problem w tym, że bez badań nie możesz stwierdzić, czy to faktycznie myślenie pozytywne przyniosło im korzyści, czy jedynie przypisujesz mu korzyści związane z czymś zupełnie innym”

    Czy to oznacza, że chcesz piętnować pacjentów za to, że próbują sobie pomóc, poddając ich próbom?
    Za podobne praktyki zamykani są lekarze (poniekąd słusznie), bo pacjenci poddawani sprawdzalności różnych terapii (stosowanymi ze świadomością szkody dla nich), którymi ich skrzywdzono domagają się odszkodowań. A ilu tego nie robi?!
    Fakty można mnożyć, ale pacjent zawsze będzie potrzebował wsparcia a nie suchych ideałów do rozwoju.

    Nie rozumiem zatem dlaczego sugerujesz, że opieram się na anegdotach. I czy to oznacza, że masz na myśli jakiś konkretny przypadek? Nie wiem na co się powołujesz, choć uważam, że takie rzeczy załatwia się w gabinetach, a nie rozrzuca publicznie rzutując to na innych, jako normę. To uważam za nierozsądne, nie kwestie badań, bo nie jeden czynnik świadczy o skuteczności leczenia.

    „Zatkajmy uszy”? Zdaje się, że masz nieco inny punkt widzenia, w którym nie potrafię się postawić. Skupiasz uwagę na fanatyzmie, jakiejś fantastyce, której nie rozumiesz (bo potrzebujesz do tego badań, by to sprawdzić?), jednocześnie nie znasz w pełni każdego wzorca z osoba (inaczej nie pisałbyś aż tak ogólnie) i sugerujesz go, obejmując misję, która może się stać niepowodzeniem, ze względu na nie w pełni objęte wsparciem działania względem przypadków, które przytaczasz, bo gdyby takie działania były objęte opieką, nie potrzebowałyby ujścia w procesach oceniania w publicznym formacie.

    • „Być może różni nas kwestia doświadczeń, czy raczej sposobów pracy, dlatego trudno mi się odnaleźć w takich zagadnieniach i warunkach jakie przytaczasz.”

      To nie kwestia doświadczeń czy sposobów pracy, a zrozumienia co realnie dają badania i dlaczego są potrzebne. Zachęćam do lektury np. „Trick or Treatment” albo „Bad Medicine”, ew. bloga http://www.sciencebasedmedicine.org , powinieneś dzięki nim złapać o co chodzi. Alternatywnie za jakiś czas w necie pojawi się nieco artykułów mojego autorstwa wyjaśniających tą kwestię.

      „Jeśli wiadomo co działa faktycznie na korzyść, a co przynosi szkodliwy wpływ, to można mówić o mierzalności, ale nie wówczas, gdy obrazuje się to w sposób ogólny, bez ścisłej współpracy.”

      Umm, nie, o mierzalności trzeba mówić ZANIM będzie wiadomo co działa na korzyść, a co przynosi szkodliwy wpływ. Mierzalność to właśnie to, dzięki czemu dochodzimy, co działa na korzyść, a co szkodzi.

      „Stawanie za pacjentem i mówienie mu, że coś mu szkodzi, podczas gdy zdrowieje i czuje się bezpieczniej, wiedząc, że mu się polepsza, nie uważam za rozsądne”

      Właśnie w tym sęk, że często pacjent czuje się zdrowiej i bezpieczniej subiektywnie, ale obiektywnie wcale nie zdrowieje, a nawet ma się coraz gorzej. I wtedy nie tylko rozsądne, ale najzwyklej etyczne i uczciwe jest rozwiać jego przyjemne złudzenia na rzecz twardej rzeczywistości, bo tylko wtedy ma możliwość podjęcia zmian na lepsze.

      „Czy to oznacza, że chcesz piętnować pacjentów za to, że próbują sobie pomóc, poddając ich próbom?”

      Oni i tak poddają się próbom, problem w tym, że ich wiarygodnie nie weryfikują.

      „Za podobne praktyki zamykani są lekarze (poniekąd słusznie), bo pacjenci poddawani sprawdzalności różnych terapii (stosowanymi ze świadomością szkody dla nich), którymi ich skrzywdzono domagają się odszkodowań. A ilu tego nie robi?!”

      Sorry, ale to znów jakaś fikcja – podaj konkretne przypadki, żebyśmy mogli rozmawiać, bo inaczej mam wrażenie, że po prostu fantazjujesz. Zachęcam do lektury jak wyglądają realnie próby kliniczne leków i terapii oraz jakie są standardy etyczne w nich obowiązujące.

      „Nie rozumiem zatem dlaczego sugerujesz, że opieram się na anegdotach.”

      Ponieważ jeśli nie opierasz się na wynikach prób klinicznych odnośnie skuteczności danej terapii, to jedyną alternatywą jest opieranie się na anegdotach (no, jedyną poza wyssaniem wszystkiego z palca). Anegdotach – czyli pojedynczych, niekontrolowanych przypadkach.

      „na innych, jako normę. To uważam za nierozsądne, nie kwestie badań, bo nie jeden czynnik świadczy o skuteczności leczenia.”

      Dlatego badania prowadzone są na wystarczająco dużej i odpowiednio dobranej grupie, dzięki czemu jesteśmy w stanie wyizolować wpływ konkretnie danego czynnika (lub połączonych czynników, jeśli to chcemy sprawdzać) i jego skuteczność.

      „którym nie potrafię się postawić. Skupiasz uwagę na fanatyzmie, jakiejś fantastyce, której nie rozumiesz (bo potrzebujesz do tego badań, by to sprawdzić?),”

      Badań potrzebujesz, żeby sprawdzić, czy dana terapia realnie działa, czy jedynie ludzie łudzą się, że im pomaga, a w realu szkodzi. Albo np. zachodzi regresja do średniej, którą oni traktują jako efekt skuteczności terapii. Albo z opóźnieniem zadziałała wcześniejsza terapia. Albo… Tych albo jest ogromna ilość i jedyny sposób, żeby je wszystkie wykluczyć, to właśnie badania :)

  • M.

    „Właśnie w tym sęk, że często pacjent czuje się zdrowiej i bezpieczniej subiektywnie, ale obiektywnie wcale nie zdrowieje, a nawet ma się coraz gorzej. I wtedy nie tylko rozsądne, ale najzwyklej etyczne i uczciwe jest rozwiać jego przyjemne złudzenia na rzecz twardej rzeczywistości, bo tylko wtedy ma możliwość podjęcia zmian na lepsze.”

    To, co nazywasz przyjemnymi złudzeniami bywa również jego strukturą bazową do ugruntowania wiedzy pod mechanizm obronny, który nie pozwala mu akceptować innego stanu niż w przypadku cierpienia jakie przechodzi. I jest to całkiem naturalne z punktu widzenia medycyny, i z gruntu jego samodzielności, która jest drogą niejako ewolucyjnego przystosowania do zmiany. Czasem i terapeuci przypisują sobie zasługi w zmianach tego pokroju, ale fizycznie nie są w stanie ich ani wytworzyć, ani sprowokować, co też jest pewnego rodzaju zboczeniem zawodowym, gdy o nie walczą kosztem pacjenta.
    Niszczenie pozytywnych procesów jest zalążkiem do wytwarzania dysharmonii, a co za tym idzie także pośrednich funkcji wiążących informacje, z których sam pacjent bywa, że nie jest w stanie samodzielnie wyjść, ze względu na zbyt silne oddziaływanie czynników stresogennych, które na etapie jego nauki bywają poważną przeszkodą, zmierzającą do przeciążeń organizmu, chociażby na odcinkach układu nerwowego, który bywa, że reaguje najczulej ze wszystkich układów. W przypadku leczenia, odpowiedzialność za tak sprzeczne działania z harmonią, są mimo wszystko wiążące i obciążają nie tylko podejmującego leczenie.
    Zatem sposób „leczenia”, niejako na forum publicznym, i tego typu wpisy wywołujące chaos uważam za pośrednio szkodliwy i niedojrzały.

    Jako psycholog domagasz się dowodów, ale fizycznie do opisów przypadków nie stosuje się norm upubliczniania wyników. I to nawet lepiej, bo dzięki temu pacjent nie jest wprowadzany w błąd przez osoby nieznające jego potencjałów zdrowienia.

    „Ponieważ jeśli nie opierasz się na wynikach prób klinicznych odnośnie skuteczności danej terapii, to jedyną alternatywą jest opieranie się na anegdotach (no, jedyną poza wyssaniem wszystkiego z palca). Anegdotach – czyli pojedynczych, niekontrolowanych przypadkach.”

    Według mnie każdy przypadek pacjenta jest godny pracy, ale tylko w przypadku wiedzy i kontaktu z nim, dlatego „pojedynczych, niekontrolowanych przypadków” nie uważam za powód do testowania. W przypadku braku wiedzy pacjent powinien być o takich rzeczach informowany wcześniej, aby świadomie podejmował decyzje, a nie pod wpływem silnego lęku, który pewne wzorce (również mechanizmów) utrwala, a przez to zniekształca wyniki. Działania bazujące na tak dysharmonijnych wzorcach nie są ani etyczne, ani skuteczne i mijają się z celem pomocy. A bywa, że i najmniejszy przypadek jest objawem braku umiejętności i wiedzy, więc nie sądzę, aby można było mówić o środowisku full professional tam, gdzie za wynikiem ‚skuteczności’ stoją wynikłe z tych braków zagrożenia.

    „Dlatego badania prowadzone są na wystarczająco dużej i odpowiednio dobranej grupie, dzięki czemu jesteśmy w stanie wyizolować wpływ konkretnie danego czynnika (lub połączonych czynników, jeśli to chcemy sprawdzać) i jego skuteczność.”

    Jeśli są to bezpośrednie spotkania z pacjentami i badania, o których mają świadomość, nie działając jedynie z poziomu silnego lęku, to rozsądne. Jeśli jednak badaniami nazywasz testowanie poprzez wpisy tego typu, lub co gorsza bez wiedzy badanego i dla własnych celów a nie pomocy, to nie sądzę, aby to było miarodajne, uczciwe i etyczne działanie.

    Za link dziękuję. Z miłą chęcią poczytam.
    Pozdrawiam.

    • M. ewidentnie piszemy o czym innym i zapraszam do rozmowy gdy nieco poczytasz SBM, wtedy może wyłapiesz różnice, ponieważ obecnie cały czas, mam wrażenie, poruszasz się w obszarze anegdot, do tego przeskakując między psychoterapią a medycyną dość beztrosko.

  • M.

    Uznałeś, że dyskusja jest bezcelowa, bo przedstawiasz jedno źródło ponad praktyką i wynikami rzeszy lekarzy, uznając w dodatku, że wszyscy wokół się mylą. Segregując jednocześnie pacjentów i robiąc im młyn, wedle takiej instrukcji, poruszasz ich przypadki w sposób, zdaje się, niezbyt etyczny.
    Być może to wynika z tego, że jest to efektem uwalniania się od sposobów, których się uczyłeś, przez co z roli krytyka, w którą wszedłeś dość mocno, zacząłeś przeczyć w niektórych przypadkach swojej wiedzy i umiejętnościom, do których sam nawet nie jesteś przekonany. To odbija się niestety w takich wpisach jak powyżej.

    W naturalnym środowisku medycyna i psychoterapia się nie wykluczają. Wręcz przeciwnie – są sobie bardzo potrzebne i wzajemna współpraca terapeuty i lekarza z pacjentem jest niezbędna, lecz nie dla ‚skutecznych wyników’ się to robi, czy publicznego tworzenia trendów, ale dla pomocy człowiekowi, który jest w potrzebie. A to różnica pomiędzy jednym a drugim, bo długofalowe wprowadzanie pacjenta w młyn własnej promocji, czy promocji badań, jest dla niego nie tylko stresogenne i silnie korelacyjne, ale i uruchamia w nim takie zmiany, jakie określasz pod etykietą „pojedynczych, niekontrolowanych przypadków”. Brnąc w sarkastyczne formy, odbiegasz niestety od tego, co jest Twoim faktycznym zapleczem, w którym jest również miejsce na efekty godne uwidocznienia.

    Umieszczasz wiele wartościowych wpisów i szkoda, żeby to się zmarnowało kosztem ironii, czy szkodliwych sugestii.

    • „Uznałeś, że dyskusja jest bezcelowa, bo przedstawiasz jedno źródło ponad praktyką i wynikami rzeszy lekarzy,”

      Jeśli nie ma badań, nie ma wyników, proszę, zrozum to. Nie ma wyników, ponieważ nie da się obiektywnie ocenić, czy pacjentowi poprawiło się dzięki terapii, czy WBREW niej.

      „uznając w dodatku, że wszyscy wokół się mylą.”

      Po raz kolejny, ewidentnie nie rozumiesz dlaczego bez badań po prostu nie da się ocenić, czy ktoś się myli, czy nie, więc z zasady należy uznać, że się myli, jeśli mówimy o czymś tak istotnym jak ludzkie życie i zdrowie. Alternatywą jest powrót do średniowiecza i leczenie pacjentów z gruźlicą i żółtą febrą przez puszczanie krwii – tamci lekarze też powoływali się na praktykę i wyniki.

      Pliz, poczytaj SBM, przeczytaj „Bad Science” (wyszło po polsku, choć tytułu nie pomnę – autor Ben Goldacre) wrócimy do rozmowy. Obecnie po prostu nie wiesz jak wiele nie wiesz, a dyskusja w danej kwestii z kimś kto jest na etapie nieświadomej niekompetencji po prostu nie ma większego sensu.

      „Być może to wynika z tego, że jest to efektem uwalniania się od sposobów, których się uczyłeś, przez co z roli krytyka, w którą wszedłeś dość mocno, zacząłeś przeczyć w niektórych przypadkach swojej wiedzy i umiejętnościom, do których sam nawet nie jesteś przekonany. To odbija się niestety w takich wpisach jak powyżej.”

      Sorry, nie chcę się bawić w odloty osobiste i Twoje fantazje nt. mojej roli :) Wolę trzymać się faktów :)

      „W naturalnym środowisku medycyna i psychoterapia się nie wykluczają.”

      Nigdzie nie pisałem, że się wykluczają. Jednocześnie jednak przeskakiwanie w argumentacji odnośnie medycyny na argumentacje odnośnie psychoterapii jest logicznie nieuprawnione i do tego się odnosiłem.

      „Wręcz przeciwnie – są sobie bardzo potrzebne i wzajemna współpraca terapeuty i lekarza z pacjentem jest niezbędna, lecz nie dla ‘skutecznych wyników’ się to robi, czy publicznego tworzenia trendów, ale dla pomocy człowiekowi, który jest w potrzebie.”

      Czyli chcesz pomagać ludziom nieskutecznie? Sorry, ale to dla mnie jest dopiero nieetyczne – nakręcanie własnego samopoczucia, że się „pomaga” gdy w rzeczywistości marnuje się jego czas, albo wręcz mu szkodzi.

      „A to różnica pomiędzy jednym a drugim, bo długofalowe wprowadzanie pacjenta w młyn własnej promocji, czy promocji badań, jest dla niego nie tylko stresogenne i silnie korelacyjne, ale i uruchamia w nim takie zmiany, jakie określasz pod etykietą „pojedynczych, niekontrolowanych przypadków”. Brnąc w sarkastyczne formy, odbiegasz niestety od tego, co jest Twoim faktycznym zapleczem, w którym jest również miejsce na efekty godne uwidocznienia.”

      Obawiam się, że to co piszesz coraz częściej wpada dla mnie w kategorię p.t. „bełkot” – tzn. dużo słów, bardzo mało sensu. Do tego trudno mi się jakkolwiek odnosić.

      „Umieszczasz wiele wartościowych wpisów i szkoda, żeby to się zmarnowało kosztem ironii, czy szkodliwych sugestii.”

      Ironicznych wpisów u mnie w zasadzie brak, szkodliwych sugestii raczej też. Jest natomiast promocja myślenia opartego o twarde wyniki i realne, a nie obecne jedynie w głowie terapeuty, korzyści dla drugiej osoby.

      P.S. Nie przepadam za dyskusją z anonimami, wymieniliśmy już sporo wiadomości, dlatego prosiłby o podpisanie Twojej kolejnej imieniem i nazwiskiem, albo ze swojej strony kończę wymianę :)

  • M.

    Posługujesz się słowami jakich nie rozumiem, bo nie uznaję w rozmowie na fakty o pracy słów typu: „bełkot”. Nie przemawia do mnie tego typu warunkowanie i szkodliwość niektórych sugestii uważam za zbędne. Jeśli uznajesz, że to w jakimś stopniu krzywdzi Twój wizerunek, to usuń wiadomości a wyciągnij jedynie wnioski, bo nie moim celem jest krytykować, a wskazuje jedynie na zagrożenia, jakie mogą wywołać podobne wpisy.

    Nie przepadasz za dyskusją z anonimami, poniekąd przez tworzenie przeciwników, a ja nie zamierzam być Twoim przeciwnikiem, więc danych nie podam, by nie promować tworzenia szkodliwych relacji.
    Pozdrawiam i również wychodzę z tej dyskusji z nadzieją, że przyjdzie czas, gdy odrzucisz krytykę na rzecz faktycznego rozumienia zagrożeń.

  • Krzychu

    Polecam zapoznać się z badaniem:
    Bargh, J.A., Chen, M., Burrows, L. (1996). Automaticity of Social Behavior: Direct Effects of Trait Construct and streotype on action.

    Słowa ze zwykłego artykułu w gazecie mają na nas bardzo duży wpływ ;)