Recenzja: Proste, ale ważne w zarządzaniu

Proste, ale ważne w zarządzaniu

Adam Dębowski

(Dziękuję wydawnictwu OnePress za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.)

Recenzje książek bliższych i dalszych znajomych to zawsze problem. Człowiek chce, by wyszły dobrze, w końcu zna się tych ludzi, życzy się im dobrze, chce móc ich pochwalić. Niedawno recenzowałem tak „Insight” Michała Pasterskiego i było całkiem ok, wcześniej „Rozwój Osobisty” Rafała Żaka i również było dobrze. Liczyłem więc, że pierwszej książce Adama Dębowskiego też będę mógł wystawić fajną ocenę. Tym bardziej, że sam prowadzę szkolenia z zarządzania. Jasne, są bardzo dobrze oceniane, ale przecież na pewno można w nich wiele poprawić. Adam od dłuższego czasu pozycjonuje się jako ekspert w szkoleniu liderów, liczyłem więc, że w książce znajdę kilka wartościowych rzeczy, które wykorzystam we własnych szkoleniach.

Tyle oczekiwania. A rzeczywistość?

Dawno tak nie rzucałem wiązankami przy jakiejkolwiek lekturze.

Źródło: OnePress

Źródło: OnePress

„Proste, ale ważne w zarządzaniu: Jak skutecznie zarządzać ludźmi i zmianą”. Ten tytuł sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z książką o zarządzaniu, prawda? Że przerobimy kompetencje skutecznego menadżera, praktyczne rozwiązania problemów trapiących menadżerów różnego szczebla. Problemy związane z zarządzaniem ludźmi oraz z zarządzaniem zmianą w organizacji. Tył okładki obiecuje praktyczne rozwiązania. Brzmi dobrze.

Jasne, były pewne sygnały alarmowe. Na przykład przestylizowane zdjęcie autora na okładce, pozujące na amerykańskich guru zarządzania… (W wersji drukowanej jest dużo ciemniejsze niż na powyższej grafice, więc zupełnie „wychodzi z cienia”.) Ale myślę, dobra, ma dość chłopięcą urodę więc stara się to zrównoważyć i taka stylistka zdjęcia była tu dobrym wyjściem. Sam przecież noszę zarost m.in. dlatego, że dodaje mi lat. Fakt, zdążyłem go już polubić. Żona by mnie chyba zostawiła jakbym się ogolił! Ale czynnik wizerunkowy też ma znaczenie. Trudno mi więc się czepiać o takie rozwiązania u innych. Tak to sobie uzasadniam i rozpoczynam lekturę.

Niestety, potem książka zaczyna się. I jest źle.


Źle jest na wielu poziomach, ale zacznijmy chyba od najważniejszego: to nie jest książka o zarządzaniu. To nawet koło książki o zarządzaniu nie stało. To książka o coachingu, pisana jako książka o coachingu, z licznymi wstawkami wprost dla coachów, którą ktoś zdecydował się wydać jako książkę o zarządzaniu i posypał kilkoma skrajnie ogólnymi przykładami mającymi do zarządzania nawiązywać. Dopiero po długim namyśle zdałem sobie sprawę, że autor przez „zarządzanie zmianą” rozumie chyba nie to, co ten termin znaczy w biznesie, tylko „zarządzanie zmianą osobistą” czy coś w tym nurcie… A przynajmniej to najsensowniejsza interpretacja stanu zastanego do jakiej doszedłem.

Cztery lata temu recenzowałem na blogu wybitnego gniota, Obudź w sobie lidera. Książka ta zapowiadała narzędzia dla liderów, a zamiast tego oferowała proste (miejscami prostackie) narzędzia coachingowe, będąc przy tym potwornie napuszonym szajsem. „Proste, ale ważne w zarządzaniu” jest nieco lepszym klonem tamtego rozwiązania. O zarządzaniu zmianą przeczytasz tu dosłownie jedno zdanie. O zarządzaniu ludźmi nie ma praktycznie nic… Tzn. jest wskazanie kilku konkretnych problemów, jak potrzeba umiejętnej delegacji… Ale już bez zaoferowania narzędzi skutecznego delegowania. Od „Obudź” różni „Proste” nieco mniej napuszony ton (tylko nieco) oraz jedna wstawka o wspieraniu HR w firmie, która jest nieco bardziej merytoryczna.

Jeśli ktokolwiek sięgnie po tą książkę szukając czegokolwiek w kontekście zarządzania… To zrobi to, co ja miałem wielką chęć zrobić przy lekturze, czyli trzepnie nią o ścianę.


To co faktycznie znajduje się w książce, to materiały dla czegoś w rodzaju coachingu menadżerskiego. Piszę czegoś w rodzaju, bo:

a) menadżer nigdy nie będzie mógł normalnie coachować pracownika. Po prostu, coaching zakłada równość osób biorących udział w procesie, w hierarchii służbowej to niemożliwe.

b) sam autor pisze, że to „coaching przez małe c, w odróżnieniu od Coachingu przez wielkie C” (brzmi jak bełkot? bo to jest bełkot).

Nawet jeśli przyjmiemy, że to książka dla coachów biznesowych, nie jest jednak różowo. Dostajemy może z trzy podstawowe techniki o różnej wartości (GROW, model Resolve Bolstada, pytania SPP), jedną technikę progresywnej relaksacji, ze dwie metody na listę pytań, oraz bzdurne i manipulacyjne „poziomy świadomości”. The end.

W podsumowaniu autor pisze, że „dążył aby książka zawierała jak najbardziej użyteczny materiał dla czytelników. Miało być krótko, prosto i konkretnie.” Jeśli to co przedstawił to faktycznie najbardziej użyteczne narzędzia, jakie mógł przedstawić, jeśli nie miał nic lepszego w tym temacie… Przypomnijmy – temacie zarządzania ludźmi! To naprawdę się zastanawiam, czy hasło „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty” nie powinno zostać wprowadzone.


Nie jest to jednak, niestety, koniec problemów z tą książką. Nawet w kontekście coachingu jest, delikatnie mówiąc, nienajlepiej merytorycznie. Autor jest z wykształcenia psychologiem, mam więc nieco wyższe wymagania minimalne. Tymczasem trafiamy na babole typu „mechanizmem habituacji, czyli rutyną” (habituacja to nie rutyna, ba – rutyna może ulec habituacji!), czy twierdzenie, że Uptime to fale gamma (nie, to nie jest w ogóle powiązane z falami mózgowymi, to kwestia tzw. task-positive-network i default-mode network). W ogóle z falami mózgowymi autor popłynął mocno, a najlepszy jest tu cytat „Według niektórych brzmi to jak magia, ale magią nie jest, bo opiera się na twardych danych z badań naukowych. Nie będę tu przytaczał raportów naukowych, ale powszechnie dowiedziono…” Cóż, moja książka w tym miejscu ma moją długopisową adnotację „Może byś jednak przytoczył, bo pierdo***…” Oj, badania te by się przydały, bo potem padają teksty typu „jeśli wieczorem padamy na łóżko i zasypiamy, to zwykle zanim ciało zacznie się regenerować, my już się budzimy”, czy „Zgadzam się, że otwieranie kanałów energetycznych (…) może być niebezpieczne.” Halo? Czy jesteśmy jeszcze na Ziemi, czy już odpłynęliśmy do Nibylandii? Jakich u licha kanałów energetycznych? W książce o zarządzaniu?

To co powyżej, to oczywiście tylko kilka przykładów. Jest tego więcej. Cała książka przesycona jest para-jungowskimi odlotami o cieniach, para-wilberowską hierarchią świadomości (jeszcze do niej wrócimy) i innymi materiałami dość niskiej wiarygodności. Już widzę, jak menadżerowie łykają takie głodne kawałki…


„Proste, ale ważne w zarządzaniu” ma też niestety problemy z tonem, a zwłaszcza z potwornie nachalną autopromocją i sporą dawką czegoś, co sprawia wrażenie ogromnego zadufania w sobie autora. Dla jasności – moje osobiste kontakty z autorem nie dawały wrażenia, żeby był w jakikolwiek sposób zadufany w sobie. Książka tymczasem wręcz tym wrażeniem promieniuje i robi mu pod tym względem krzywdę.

Rozumiem też, że książki pełnią głównie funkcje autopromocji autora. Nikt nie pisze ich, by na nich zarabiać. (No, chyba, że jak Michał Szafrański ma już tak wypromowane nazwisko, że mógłby wzorem Cards Against Humanity sprzedawać kupę w pudełku, albo robić zbiórkę na wykopanie jak największej dziury – a ludzie by płacili. Swoją drogą fajnie, że Michał tą drogą nie idzie, tylko dba o jakość.)

Nikt nie pisze książek by zarabiać na ich sprzedaży. Zarabia się na wypromowaniu swojego nazwiska, gromadzeniu klientów, itp.

Tyle, że można to robić subtelnie, demonstrując wartość. Albo można to robić na chama. Zgadnij, którą opcję wybrano w „Proste, ale ważne…”?


Przez pierwszych 25 stron naliczyłem co najmniej cztery przypadki, gdy autor jest opisywany, lub sam siebie opisuje (najczęściej w formie „klienci mówią o mnie”) jako „ten, który widzi więcej”. Do tego wstawki typu „Część moich klientów mówi o mnie „dr House biznesu i psychologii biznesu”. ” Mhm. tak, mówią. A o mnie mówią „dr Strangelove wciskania kitu i psychologii wciskania kitu”. To równie naturalne zdanie, jak tytuł samej książki i twierdzenie, że mówi to nawet nie jeden klient (co jeszcze byłoby do przyjęcia, choć obstawiam, że brzmiało bardziej naturalnie), ale „część klientów”… Tia… To tak samo jak autor rzekomo często słyszy od klientów pytanie „Kim więcej mogę być, niż jestem?” Przecież to nie ma nawet polskiej struktury gramatycznej! To tak naturalnie zadane pytanie, że jeśli wpiszesz je w Google (w cudzysłowie, oczywiście) dostaniesz… zero zwrotów.  „Ten, który widzi więcej”, powraca jeszcze zresztą w książce w innych miejscach i mam usilne wrażenie, jakby była to próba wypromowania się na konkretne hasło… Tyle, że niezbyt udana.

Podobnie jak nieustanne wręcz odsyłanie do usług, bloga, itp. autora i to często w formie „jest taki temat X, on jest fajny, nic Ci o nim nie powiem, wejdź na bloga i przeczytaj”. Rozumiałbym, gdyby wcześniej poświęcono kilka stron na wyjaśnienie tematu i potem wrzucono opcję „jeśli chcesz wiedzieć więcej, tu znajdziesz artykuł w temacie”. Ale w tej formie w jakiej to jest, jest to dla mnie niestrawne.

Jeszcze gorzej robi się, gdy autor zaczyna promować test „poziomów świadomości”. Test ten opiera się na pseudonaukowej koncepcji Kena Wilbera, będącej próbą adaptacji paranaukowej koncepcji psychologa Claire Graves’a (która to koncepcja nie zyskała nigdy naukowej weryfikacji!). Czyni to cały test „8 poziomów” czymś o realnej wartości psychotestu w Claudii (nie dziwi więc, że na stronie testu nie znajdziemy nawet zająknięcia o jego trafności czy rzetelności). Jedną rzeczą jest jednak promować bezwartościowy pseudotest. Drugą jest stosować jawną manipulację w jego promocji. „pamiętaj, że aż 80% ludzi, którzy znają tę koncepcję w praktyce, uznaje ją za jedną z najważniejszych. Pozostałe 19% – jak sądzę – potrzebuje jeszcze czasu. Cóż, pozostał jeszcze 1%, ale przecież każdy ma swoją drogę…”. Czyli „ci, którzy nie uznają wyższości naszego pseudotestu po prostu do tego jeszcze nie dorośli/nie dojrzeli, potrzebują biedactwa czasu…” W połączeniu z promocją komercyjnego produktu jest to wyjątkowo wredne zagranie.


Moje problemy z tonem książki dotyczą nie tylko nachalnej autopromocji. Irytujące były też przejawy guruizacji, oraz nuty seksizmu i klasizmu. Guruizacją jest np. „20 myśli, które od 2006 roku pojawiły się w mojej głowie”, które autor podsuwa czytelnikowi do kontemplacji. „zaznacz lub zapisz to zdanie, które trafia do Ciebie najbardziej. (…) Miej to zdanie w swojej głowie przez najbliższy tydzień. Przypominaj je sobie codziennie.” Oto ja guru podzieliłem się z Tobą moją głęboką życiową mądrością. Idź i kontempluj.

Jakież to perełki głębokiej wiedzy tam mamy? „Życie to proces odkrywania siebie na miarę odwagi, na którą sobie pozwalasz.” „Problemem ludzi nie jest to, że mają problem. Problemem jest to, że nie wiedzą, co tak naprawdę jest ich problemem.” (Paolo Coehlo czerwieni się z zażenowania.) Czy w końcu mój prywatny hit, który faktycznie będę chyba powtarzał na własnych szkoleniach – jako przerywnik komediowy dla menadżerów, którzy po tej mądrości spadną chyba z krzesła. „Nie musisz motywować ludzi. Pomóż im poradzić sobie z oporem, jaki jest w nich samych, a motywacja sama się pojawi.” Polecam powiedzieć to menadżerowi programistów, którego głównym problemem jest to, że na jego ludzi czeka dwadzieścia innych firm, które przyjmą ich z pocałowaniem ręki. Jestem pewien, że wychodząc nie trzaśnie drzwiami zbyt głośno.


Jeśli chodzi o seksizm, mamy – w 2016 roku! – tekst typu „jeśli ktoś ma męską energię i silną osobowość” oraz skontrastowane z nim „ktoś ma naturę filozoficzną i kobiecą wrażliwość”… C’mon! Mamy 2016 rok! Ile można? Zwraca też uwagę fakt, że gdy mówimy o pozycjach władzy i kompetencji, używana jest forma męska, ale gdy w pewnym momencie pojawia się kwestia pracowników niewykwalifikowanych, nie są to już kasjerzy – to kasjerki.

A’propo tych kasjerek i kasjerów, mamy tu kawałek klasizmu idealny na mema do Magazynu Porażka. Autor wskazuje, że „ludzkość dąży do tego, żeby w sklepach nie było kasjerek” – w sklepach będziemy skanowali sami, lub będą pracowały roboty. „Dlatego jeśli pracownik nie spojrzy dalej, nie dostrzeże zmian, nie zauważy, że oto otwierają się przed nim nowe możliwości, to zostanie bez pracy i będzie miał pretensje do świata i do ludzi wokół.” Jeden z moich znajomych skomentowałby to „Spoken like a true self-entitled prick” (w Polsce nie dorobiliśmy się odpowiedniego idiomu), dla mnie po prostu był to jeden z tych momentów kiedy chciałem tą książką walnąć o ścianę z okrzykiem „ARRRGH! JAK BARDZO ON NIE ROZUMIE?!?!”

Czy komuś się serio wydaje, że ludzie zostają kasjerami, bo takie mieli marzenia i plany zawodowe? Że Zegrzysław całe życie planował pracować na kasie i teraz może za to dostać po głowie, bo nie patrzy dalej i nie dostrzega zmian?”

Ludzie naprawdę nie idą na kasę z wyboru. Idą na kasę bo potrzebują utrzymać siebie albo swoich bliskich i podejmują odpowiedzialną decyzję, wybierając najlepsza opcję spośród nielicznych, jakie mają. Nie mają luksusu „rozglądania się i dostrzegania zmian”, o którym dumać może autor w swoim fotelu. Fakt, że ten wstęp jest używany do wprowadzenia tej bzdurnej hierarchii świadomości jest wyjątkowo obrzydliwy – bo zawiera ukryty postulat, że te osoby pracujące na kasie są w jakiś sposób „niższe w hierarchii świadomości” od jaśnieautora.


Kiedy prowadzę szkolenia dla programistów, zaczynam często mówiąc „Muszę coś wyznać, jestem psychologiem. Ale nie uciekajcie jeszcze…” Po takich lekturach naprawdę pojawiają mi się myśli by zaczynać od „Muszę coś wyznać, jestem psychologiem. Przepraszam za innych z mojej działki…” Straszne rozczarowanie.

Czy jest w tej książce w ogóle coś dobrego? Tak jak wspominałem, „dodatek” o wspieraniu HR jest całkiem ok (i wydaje się zupełnie nie pasować do reszty książki, tonem i stylem, ale zdecydowanie na plus). Kilka podstawowych narzędzi coachingowych jest ok. Jedyne zdanie o zarządzaniu zmianą, „Zarządzanie zmianą to w głównej mierze zarządzanie oporem” jest w dużej mierze prawdziwe (zamieńmy „w głównej” na „w dużej” i mogę się w pełni zgodzić) – szkoda tylko, że nie jest w żaden realny sposób rozwinięte. Gdyby była to książka o coachingu, uszłaby w tłumie. Tyle, że ktoś wymyślił sprzedawanie jej jako książkę o zarządzaniu – a to zwykłe okłamywanie klienta.


Poziom: S0 w zarządzaniu, S1 w coachingu. Z zarządzania nie ma tu żadnych treści. Są podstawy coachingu.

Ocena: 1/5 – a i to naciągane. Gdyby to było wprost reklamowane jako książka o coachingu, od biedy dałoby się dać 2/5… Ale to jest sprzedawane jako książka o zarządzaniu. Jako taka, to gniot. Unikać za wszelką cenę. Chyba, że piszesz dla Porażki, da Ci masę materiałów na memy.

Książkę możesz kupić np. tutaj


Chcesz poznać Beyond NLP, ale nie jesteś w stanie wybrać się na kurs? Już teraz na MindStore  przedpłata na e-kurs Beyond NLP w Praktyce. Do premiery (15 czerwca 2017), promocyjna cena w przedpłacie! Pełen program Praktyka Beyond NLP w wersji e-learningowej!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Daniel Bogusz

    Są czasem jakieś publiczne dyskusje coachów?

    • Konferencje różne dają do tego ew. okazje.

      • Daniel Bogusz

        Sam wiem że miałbym ogromny problem jako strona w takiej dyskusji, ale dosłownie marzy mi się to żeby zobaczyć jak się taką merytoryczną dyskusję przeprowadza.

  • Wojtek

    Artur,jaki tytuł byś polecił o zarządzaniu, od podstaw?

    • Jednego nie polecałbym żadnego na ten moment, po fragmencie z kilku zwykle daje w bibliografii. W następnym wpisie, żeby nie było że gadam po próżnicy, opiszę jak sam podchodzę do szkolenia w zakresie zarządzania.

  • Pawel

    Jeśli chodzi o seksizm, mamy – w 2016 roku! – tekst typu „jeśli ktoś ma
    męską energię i silną osobowość” oraz skontrastowane z nim „ktoś ma
    naturę filozoficzną i kobiecą wrażliwość”… C’mon! Mamy 2016 rok! Ile
    można?

    Patrząc na świat dookoła myślę, że naprawdę jeszcze wiele czasu potrzebujemy do zmiany…