Recenzja: Emo Sapiens, Rafał Ohme

Mniej więcej raz w roku trafiam na książkę tak złą, że chciałbym nią podczas czytania rzucić o ścianę. Wielokrotnie.

W tym roku rola ta przypadła „Emo Sapiens” Rafała Ohme. I chęci rzucania było tu nader wiele.

„Emo Sapiens” przeczytałem, ponieważ dostałem jej rekomendację na jednej z grup trenerskich. Miała być rzekomo dobrą książkę o tym jak działa mózg. Dotarła do mnie równolegle z kilkoma innymi tomami, odłożyłem ją więc na półkę po krótkim przejrzeniu. Wstępnie sprawiała wrażenie nieco jednak podstawowej, ale nie odstraszającej. Kilka tygodni później znajomy zapytał mnie jak lektura i wskazał, że jego niepokoi fakt, że książkę z okładki polecają raczej osoby niezbyt związane z psychologią, typu Irena Eris czy Robert Makłowicz, niż kompetentni psychologowie czy psychiatrzy. Cóż, jego niepokój okazał się uzasadniony.

Ogólna teza książki Rafała Ohme jest do obrony. „Zrozum swoje emocje, naucz się z nich korzystać jako czegoś, co wspiera racjonalne poznanie, a będziesz mieć lepsze życie.” Założenie całkiem sensowne w świetle współczesnej wiedzy psychologicznej. Wiele nurtów psychologicznych czy psychoterapeutycznych można do niego sprowadzić. Niestety gdy przechodzi do konkretów – tego jak działają emocje, jak z nich korzystać, itp., sprawa zmienia się dramatycznie.

„Emo Sapiens” jest bardzo złą książką. Ma dwa rozdziały umiarkowanie wartościowe dla laika, choć wtórne wobec innych źródeł (ogólny opis neurologiczny mózgu, oraz rozdział o błędach poznawczych). Ma kilka zdroworozsądkowych i prostych rad. Cała reszta tonie w zalewie błędów i nadużyć tak wielkim, że mógłby rywalizować z książkami Ericha von Danikena. Ten „ufolog” zbudował całą swoją kosmiczną mitologię z przeinaczeń – „Emo Sapiens” może pod tym względem rywalizować z jego dziełami. Sprawy nie poprawia fakt, że na żadne, nawet najbardziej wydumane tezy, Rafał Ohme nie przedstawia żadnych przypisów do badań. Jedyne przypisy, które znajdują się w książce, dotyczą nazwisk i są dość, cóż, nawet brak mi słów by to określić. Bo jak można nazwać przypis wyjaśniający kim był Albert Einstein?

A skoro nie wiemy co w książce jest wartościowe i wiarygodne, to nawet tych kilka zdroworozsądkowych rad należy traktować z podejrzliwością.


Pierwszym, co rzuciło mi się w książce było nabożne wręcz podejście do „Natury” (zawsze pisanej z wielkiej litery i zwykle z przymiotnikiem typu „mądra”, „genialna”, „błyskotliwa” czy „wspaniała”). „Natura” u Ohme to byt spersonalizowany, celowy i kierunkowy. To „Ona” stworzyła te „Wspaniałe” emocje w tak „Doskonały” sposób. Odnosi się wręcz pod spodem wrażenie silnej nuty tzw. inteligentnego projektu, religijnej ideologii p.t. „to Bóg stworzył ludzkość w określony sposób” -a czy boga nazwiemy Naturą, czy Jahwe jest tu wtórne.

W ten sposób znika niestety cały bagaż ewolucyjnych niedoskonałości. Tymczasem mechanizmy ewolucji nie są celowe. Nie tworzą też rozwiązań optymalnych, jedynie wystarczająco dobre dla danych warunków. Autor co i rusz przedstawia różne nasze mechanizmy jako świetne dzieło cudownego projektanta, którego my po prostu nie rozumiemy i nie potrafimy używać. Tylko ignoruje tym samym wszystkie niedoskonałości i ograniczenia tych systemów. Jeśli ktoś co do nich wątpi, polecam przypomnieć sobie swoją ostatnią czkawkę – która jest u nas pozostałością po płazich skrzelach.

Co gorsza, wizja ewolucji przedstawiona w książce jest po prostu błędna i jest silnie nasycona lamarckizmem. Ludzie w  wyobrażeniu autora będą ewoluowali w kierunku, który jest akurat użyteczny – np. szacuje on, że w ciągu kilkuset tysięcy lat ‚Twoja jaźń wyda po prostu polecenie: „Ja Idę spać, a w tym czasie wszystkie kalorie mają powiększyć biust i pupę (wersja dla pań) albo bicepsy (wersja dla panów)” ‚. Jak konkretnie taki proces ewolucji miałby mieć miejsce? Jakie mamy współcześnie presje ewolucyjne idące w takim kierunku? Tego już autor nie uzasadnia. Niestety takich tez bez uzasadnienia mamy tu bardzo wiele i będziemy do nich jeszcze w tej recenzji wracać.


Uderza też pomieszanie terminologiczne. Podświadomość to dla autora pamięć utajona. Intuicja jest według niego odpowiednikiem instynktów u zwierząt… ale ludzie według autora też mają instynkty… Jakie te ludzkie instynkty mają odpowiedniki u zwierząt, tego już nie precyzuje. Powstaje z tego wszystkiego ogromny misz-masz, bez żadnej spójnej myśli czy konkretnej osi prowadzącej czytelnika przez książkę.


Do tego pojawia się po prostu ogromna ilość błędów, nadinterpretacji czy bardzo odważnych (i zupełnie zbędnych) tez bez uzasadnienia. Autor zakłada na przykład, że:

– zwierzęta żyją tylko w teraźniejszości i nie są zdolne do planowania ani do wracania w przeszłość myślami (być może np. żaby owszem, ale ssaki? naczelne?  Mamy ogromną ilość dowodów na to, że naczelne są zdolne nawet do odroczonej gratyfikacji, czegoś co autor przypisuje wyłącznie ludziom!)

– to mutacja genu FOXP2 była kluczowa dla ludzkiego rozwoju (w rzeczywistości uszkodzenie tego genu prowadzi faktycznie do zaburzeń mowy, ale daleka od tego droga do twierdzenia, że był on kluczowy dla rozwoju naszego mózgu!)

– że język naszych przodków 70 tysięcy lat temu był równie skomplikowany, jak współczesny (jego nauka zajęłaby nam tyle samo czasu, co np. hiszpańskiego dzisiaj) – co sugeruje, że ci wszyscy lingwiści badający złożoność języków marnują swój czas

– że 70 tysięcy lat temu intensywnie toczyło się ludzkie życie na terenie dzisiejszych Niemiec – co z tego, że pierwsze ślady ludzi na terenie bliższej Afryce Austrii pochodzą sprzed ok. 45 tysięcy lat temu? 25 tys. w tą czy w tamtą, detal…

– że ludzie najpierw mieli rytuały i sztukę, a dopiero później prawo – w końcu zostały nam naskalne malowidła, a nie zostały księgi praw z tego okresu, czyż nie? ;)

– że emocjonalny stres wywołuje wrzody (co się stało z biedną Helicobacter pylori?) oraz nowotwory (o tym, że tak nie jest pisałem już tu na blogu wraz ze wskazaniem do konkretnych badań).

– że ten emocjonalny stress i związany z nim kortyzol należy „wybiegać” i w ten sposób zrobić „detoks” – w rzeczywistości bieganie ZWIĘKSZA poziom kortyzolu, ponieważ, uwaga, uwaga, bieganie jest STRESEM dla organizmu. To takie dość oczywiste w sumie Biegacze, cykliści, itp. mają ponadnormalnie wysoki poziom kortyzolu we krwi. (Aczkolwiek, o czym autor nie wspomina, regularny taniec faktycznie zmniejsza poziom kortyzolu, ale to jedyny rodzaj ruchu, w którym mamy taki potwierdzony efekt.) Dla jasności, to że bieganie jest stresem nie jest niczym złym – umiarkowany stres jest dla nas czymś pożądanym. Problem pojawia się, gdy stresu jest za mało albo za dużo.

– że nadzieja jest cudowną i najcenniejszą emocją – w rzeczywistości, jak wiemy z badań G. Oettingein, nadzieja jest, poza bardzo nielicznymi wyjątkami typu pobyt w obozie koncentracyjnym, emocją raczej szkodliwą.

– że cywilizacja sprawia, że tracimy dostęp do zmysłów poza wzrokiem i słuchem – co było dla mnie szczególnie zabawne, gdyż czytałem to akurat wąchając bardzo miłą whisky single malt, której bez rozwoju cywilizacyjnego po prostu by nie było.

A to wszystko tylko na pierwszych 52 stronach z ponad 400.


Błędów i nieścisłości w tej książce jest tak wiele, że nie mam siły ich wszystkich zbierać. Nawet lepsze rozdziały, o mózgu i błędach poznawczych, nie unikają mniejszych lub większych baboli. W rozdziale o mózgu autor przedstawia obaloną już koncepcję triune brain (mózgi gadzi/ssaczy/ludzki) bez jakiejkolwiek korekty. W rozdziale o błędach poznawczych postuluje, że ewentualną walkę ze sztuczną inteligencją wygramy ucząc się celowej głupoty, co jest skrajnie absurdalne – także dlatego, że było to testowane przeciw AI i takie strategie już teraz przegrywają). W innych miejscach jest dużo gorzej.

Dziwne jest przy tym to, że w wielu miejscach błędy te wydają się zbędne o tyle, że po chwili autor pisze coś, czego zrozumienie powinno ten błąd wykluczać. Np. w sekcji o mózgu wskazuje, że mózg nie ma neuronów czuciowych i nic nie czuje. Czemu więc we wstępie sugeruje, że pukając się w głowę „karzemy” naszą korę nową? Jak mamy ją karać, skoro tego pukania nie odczuwa? (W tym miejscu sugeruje też, że masując czoło zwiększamy ukrwienie mózgu… Zastanawiam się jak miękką czaszkę musieli mieć ludzie, na podstawie których postawiono taką tezę.)

Są też dwa konkretne błędy, którym chciałbym się bliżej przyjrzeć, bo w mojej ocenie mocno wpływają na ocenę całej książki.


1. We wstępie autor pisze: „(… Za kilkaset tysięcy lat…) Może wtedy będziemy wystarczająco rozwinięci, żeby (…) naukowo odpowiedzieć na pytanie o istnienie Boga. Dzisiejsze mózgi mogą się w tej ostatniej kwestii jedynie wymądrzać -biologicznie są zbyt niedoskonałe by znaleźć odpowiedz.”

Musiałem kilkakrotnie przeczytać ten fragment, a i tak nie rozumiem tego, jak wg. autora działa w takim razie metoda naukowa. Z tego jak ja ją rozumiem, z tego jak rozumieją ją znani mi specjaliści, polega ona właśnie na wyjściu poza ograniczenia ludzkiego mózgu. Tymczasem autor zdaje się postulować jakąś dziwną zmianę ewolucyjną, która nagle pozwoliłaby nam… no właśnie, co konkretnie?

To ważne pytanie, bo mówi nam o tym, jak autor postrzega i rozumie metodę naukową, a więc również na ile wiarygodne są jego odwołania do badań.


2. Niepokojące jest też to, jak bardzo autor wyolbrzymia możliwe wnioski z EEG. Jako technika obserwacji mózgu EEG ma kilka zalet, np. niski koszt, ale jej największą wadą jest dramatycznie niska rozdzielczość. Wiemy, że coś w mózgu jest aktywne i w jakim tempie, ale co konkretnie – to już mocno nieuprawnione oszacowania. Tymczasem w książce EEG przedstawione jest jako technika o czułości porównywalnej, lub wręcz przekraczającej fMRI czy PET, przynajmniej patrząc na wnioski, jakie autor wysnuwa z pomiarów. Np. przedstawiając pomiar EEG widzów Casino Royale sugeruje dokładnie jakie emocje pojawiały się u mężczyzn i u kobiet – co jest po prostu nieuprawnionym nadużyciem. Z EEG nie da się czegoś takiego powiedzieć, można co najwyżej stwierdzić, że w tej scenie mózg reagował mniej lub bardziej aktywnie. Nie znamy jednak natury tej aktywności. Czy było to podniecenie? Obrzydzenie? Strach? Tego nie wiemy i nie możemy wiedzieć z EEG.

Autor wyobraża też sobie, że już za kilka lat będzie można w aptece kupić elektrody do EEG, które po połączeniu z aplikacją w smartfonie trafnie pozwolą ocenić, czy partner/ka nas kocha. Ponownie – coś takiego jest po prostu nierealne w tej technologii i w ramach tej technologii nigdy realne nie będzie.

Biorąc pod uwagę, że firma autora specjalizuje się w komercyjnych pomiarach wpływu reklamy używając EEG, mamy tu w mojej ocenie do czynienia z reklamą nie znajdującą potwierdzenia w faktach.

Niestety ogromna cześć twierdzeń n.t. zachowania mózgu w książce opiera się właśnie na pomiarach EEG. W sytuacji, gdy nawet dużo precyzyjniejsze fMRI czy PET znajdują się pod ogniem krytyki za nadinterpretację, taka nonszalancja we wnioskowaniu jest po prostu zła.


Podsumowując – bardzo zła książka, odradzam. Jedyne co w miarę wartościowe, to lista polecanych książek na końcu – jest dość sensowna. Ta książka nie powinna nigdy zostać wydana, przynosi ujmę psychologii jako nauce.

Choć w jednej kwestii z niej skorzystałem. Muszę się na poważnie przeprosić z wieloma osobami z mojej branży. (Już przy tej okazji przeprosiłem Rafała Żaka, w kontekście niektórych sformułowań z mojej recenzji „Nie myśl, że NLP zniknie”.) Bo oceniałem je negatywnie za brak wiedzy, zwłaszcza w kontekście psychologii  i neurologii, gdy się wypowiadały w pewnych kwestiach. Ale te osoby nie były zwykle psychologami, a nawet jeśli były, to po magisterium. Gdy teraz patrzę na to, jakie rzeczy pisze człowiek, który nie dość, że jest profesorem psychologii, to jeszcze ma się w neuropsychologii specjalizować… To nie mogę uznać inaczej, niż że miałem wobec moich kolegów po fachu nadmierne wymagania. Tak, pisali rzeczy błędne. Ale nawet trochę nie zbliżali się do poziomu „Emo Sapiens”. Więc przepraszam, moje wymagania były po prostu niesprawiedliwie zawyżone.


Poziom: 1/5 – absolutne podstawy przecinane licznymi błędami

Ocena: 0/5

Książkę możesz kupić np. tutaj


Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Mateusz

    Jakiś przypis, artykuł odnośnie czkawki i płazich skrzelach?

  • Hania N

    I na końcu… „książkę możesz kupić tutaj” czyli co, sprawdzamy skuteczność negatywnej reklamy? :D

    • Heh, nawet nie wiem czy link jest wrzucony do tej książki akurat, możliwe, że będę musiał skorygować ;) To standardowa formatka.

  • Karol Wolski

    Świetny wpis, dzięki, nie będę marnował czasu na lekturę. Szkoda tylko, że tak kumaty gość jak Ohme pisze takie gnioty …

  • Piotr Strzemieczny

    Arturze, czy zrecenzujesz książkę Radka Kotarskiego
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4807284/wlam-sie-do-mozgu ?
    Myślę, że temat książki bardzo pasuje do tematu Twojego bloga oraz Twoich zainteresowań.

    • Nie planowałem, jeśli dostanę do recenzji to jasne.

  • Marta Kułaga

    Dla mnie to ksiażka poradnikowo reklamowa, popularyzatorska, a nie naukowa. Stad tyle uproszczeń i fantazji autora. Dla mnie uproszczenia służą po prostu stworzeniu pewnego obrazu dla laika. Rozumiem (podzielam) postulat dotyczący rzetelności, precyzji. Co do triune train – i słów „obalona”
    https://www.quora.com/What-is-the-current-scientific-status-of-the-triune-brain-theory-proposed-by-MacLean

    • Poradnik bezwartościowy, bo daje rady nieskuteczne. Reklama – możliwe. Popularyzacja błędnej wiedzy jest zbrodnią przeciwko nauce. Uproszczenia da się zrobić w sposób nie wypaczający wiedzy. Co do „triune” – link który wrzuciłaś raczej to obalenie potwierdza.

  • Tomek

    Bardzo obszerna recenzja. Zauważyłem, że o słabych książkach piszesz zdecydowanie obszerniejsze artykuły niż o tych wartych polecenia. Zwróciłeś na to uwagę, Arturze?

    • To trochę naturalne. Tzn. jeśli krytykuję książkę (lub cokolwiek innego) to chciałbym to solidnie uzasadnić, a nie tylko rzucić hasło „gniot, nie kupujcie”.

      • Tomek

        Rozumiem, że pokazujesz np. fragmenty, które uzasadniają dlaczego książka jest kiepska albo czasem szkodliwa. Zwróciłem uwagę, że trochę paradoksalnie więcej znaków poświęcasz na książki nie warte czytania.