Zanim zacznę tą recenzję, jedna ważna uwaga – tłumaczenie tej książki jest spaprane. Nie wiem czy to wina tłumacza, który się obijał czy redaktora, który do wydania książki zatrudnił kogoś tnąc koszta jak tylko się dało… Ale tłumaczenie kojarzyło mi się mocno z google translatorem. Jeśli możesz, kup tą książkę po angielsku. Przykładem jest już sam podtytuł – w oryginale „moja nieprzyjemna przygoda z bańką startupową”, tutaj stała się „moją przygodą z korpoświatem”. Sęk w tym, że akurat książka z korpo naprawdę nie ma wiele wspólnego, natomiast z bańką startupową wszystko. Oprócz tego mamy takie „perełki” jak „gry fabularne” jako tłumaczenia ćwiczeń z odgrywaniem ról (hej! tu „role-playing” i tam „role-playing”) czy „fotel z groszkiem” na beanbaga. Ehh…

Ja rozumiem, że książki to w Polsce słaby rynek, ale c’mon!

Książka to coś na krawędzi reportażu i autobiografii. Autor, 50-letni dziennikarz specjalizujący się w nowych technologiach – wylatuje z pracy w Newsweeku i szuka nowej posady. Po różnych przejściach trafia do Hubspota – „nowatorskiego startupu” specjalizującego się w marketingu przychodzącym. Ma tam odpowiadać za zmianę podejścia do marketingu i komunikacji z klientami…

Przynajmniej w teorii. Szybko okazuje się, że trafił tak naprawdę do kolejnej farmy kontentu, a jego rekrutacja miała głównie charakter wizerunkowy – Hubspot mógł zyskać kilka darmowych wspomnień w mediach dzięki ogłoszeniu, że dołączy do nich doświadczony ekspert z Newsweeka.

Ta kwestia jest tak naprawdę kluczem do zrozumienia rynku startupów technologicznych w USA. Branży, która – przynajmniej w (dobrze uargumentowanym) ujęciu Lyonsa – wydaje się służyć przede wszystkim zarabianiu pieniędzy dla właścicieli i inwestorów venture capital, bez tworzenia jakiejkolwiek realnej wartości. Firmy, które nigdy nie zarobiły ani grosza, albo wręcz przynoszą dziesiątki i setki milionów strat, bez żadnego realnego majątku, wyceniane na kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset miliardów? Więcej, niż stabilne, przynoszące od lat ogromne zyski firmy typu Whirlpool czy General Motors? A czemu by nie?!

To biznes, na którym zyskują właściciele, niewielka część wysoko postawionych pracowników z dobrymi opcjami na akcję oraz inwestorzy venture capital. Kto traci? Drobni ciułacze, którzy zainwestują w firmie na fali rosnącej bańki (rozumianej jako wycena firmy dużo ponad to, co uzasadnia jej realna sytuacja). Oraz szeregowi pracownicy. Młodzi, zaangażowani na iście sekciarskim poziomie. Zarabiający marne grosze, ale motywowani tym, że „zmieniają świat”.

Młodzi, bo tacy są tańsi. Bo tacy są bardziej naiwni i łatwiejsi do przekupienia darmowymi cukierkami w kuchni i pizzą co piątek, zamiast wyższymi pensjami. Bo łatwiej kupują firmową, mocno sekciarską kulturę.

A także dlatego, że inwestorzy venture capital wolą firmy z młodymi, bo z tyłu głowy myslą sobie o Facebooku i chcieliby, żeby ich firma byłą kolejnym Facebookiem, a przecież Facebooka założył 20-latek. Więc limit wiekowy właścicieli firm w jakie zainwestują to ok. 32 lata… a wśród pracowników tych firm niewiele jest osób starszych niż 35…


„Fakap” to książka, którą co jakiś czas odkładałem tylko po to, by przetrawić jak patologiczne środowisko pracy opisuje i jak trudno byłoby mi wytrzymać w czymś takim choćby jeden dzień.

To też książka, która bardzo otwiera oczy na mechanizmy rynkowe – czy może raczej bańkowe – stojące za startupami technologicznymi. Pokazuje nie tylko, że inwestorzy tak naprawdę nie wiedzą co zadziała i inwestują po prostu w jak najwięcej firm mających jakiś potencjał… Ale też, że sam system oceny „działania” w branży jest patologiczny. Liczy się bowiem nie zysk, a tempo wzrostu. Nieważne, że rok temu zarobiłeś 10 milionów, a w tym 20, jeśli obrotów i wtedy i teraz miałeś 40. Co innego, gdybyś rok temu miał obrotów 40 milionów, a teraz 100 – nawet jeśli rok temu traciłeś na tym 4 miliony, a w tym straciłeś 25. Jeśli tylko zdołasz wytrwać do IPO – pierwszej oferty publicznej na akcje – zgarniesz masę kasy. Bo ludzie kupią złudzenie wzrostu…

Przynajmniej aż do chwili, gdy bańka pęknie i to wszystko tąpnie z hukiem.


Warto przeczytać. Nawet jeśli miejscami bywa nudno (drugi rozdział i „przejścia” autora zanim trafił do Hubspotu, argh!) Zdecydowanie warto.


Poziom: Nie dotyczy

Ocena: 4/5 – są słabsze momenty, polskiej wersji odjąłbym też dodatkowe 0.5 za tłumaczenie, ale warto przeczytać.

Książkę możesz kupić np. tutaj



Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis