Recenzja

12 Życiowych Zasad: Antidotum na Chaos

Jordan B. Peterson

(Dziękuję wydawnictwu Fijor Publishing za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.)

Chciałem zacząć od wyrazu szacunku dla redakcji. Wiedzieli, że moja opinia o Petersonie jest niska, a mimo to zaproponowali podesłanie książki do recenzji. Dlatego starałem się podejść do niej jak najbardziej fair i bez uprzedzeń. Ba, wstępne przejrzenie sugerowało, że – w odróżnieniu od Maps of Meaning tego samego autora – ta książka może być nawet sensowna.

No cóż, jeden bardzo nieprzyjemny wieczór, dwa piwa i dwie porcje Paul John Peated później (jak się okazało, lektura na trzeźwo zbyt grozi obiciem ściany ciskaną książką)… Niestety, ta książka sensowna nie jest.

Jest – miejscami – bardziej czytelna niż Maps of Meaning, to prawda. W egzaltowany bełkot wpada fragmentarycznie, a fragmentarycznie jest pisana nawet w porządku. W dwóch rozdziałach fragmenty są nawet strawne, prawdopodobnie wyniesione bezpośrednio z podręcznika psychoterapii behawioralno-poznawczej. I to mniej więcej tyle, dobrego, co można o tej książce powiedzieć.

Serio, jej lektura była fizycznie bolesna, reaguję alergią na takie stężenie szajsu. Ale czego nie zrobię dla Was, drodzy czytelnicy?  (No dobra, wielu rzeczy, ale tym razem się poświęciłem i zasługuję na ciasteczko. Om nom nom!)

Pomyślałem, że podzielę recenzję na dwie części – najpierw ogólne uwagi co do książki, a potem postaram się choć po zdaniu odnieść do poszczególnych rozdziałów.

Książka oparta jest na liście 40 „zasad dobrego życia” jakie Peterson wrzucił kiedyś na portal Quora i które spotkały się tam z bardzo ciepłym przyjęciem. Pierwotnie miała być ich zestawem, ale w końcu między rozpisaniem się Petersona i jego rozważaniami spadły najpierw do 25, a potem do finalnych 12 reguł.


Same reguły to typowy przykład „deepity”/refluksji/głębotki. Innymi słowy, truizmy, które ładnie brzmią, mogą być interpretowane jako posiadające dodatkową głębie, a w razie podważenia tej głębi zawsze można ich bronić na poziomie truizmu – i obroniwszy twierdzić, że obroniło się też głębie.

Co się przydaje, ponieważ książka wydaje się mieć naprawdę duże problemy ze źródłami. Choć wiele z tematów poruszanych przez Petersona może się poszczycić naprawdę rozległymi badaniami, autor praktycznie po nie nie sięga. Zamiast tego uzasadnia swoje tezy badaniami bardzo odległymi (np. zachowania dominacji opiera na badaniach homarów, a nie ludzi czy choćby naczelnych), lub, najczęściej brakiem badań. Co najwyżej strategicznie wrzuci kilka publikacji, najczęściej dobranych z tezą i nie przedstawiających pełnego obrazu, gdy chce coś zaatakować (np. wychowanie dzieci przez jednego rodzica). Nie ma natomiast nawet ułamka takiego wsparcia w badaniach dla własnych tez. Zamiast tego narzuca je jako aprioryzmy – „tak jest, bo tak jest, bo ja tak napisałem, a jak nie wierzysz, to zobacz, w Biblii albo u Dostojewskiego jest fragment, który możemy interpretować jako potwierdzenie mojego podejścia”. Z takimi stanowiskami trudno nawet dyskutować – bo autor w ogóle ich nie uzasadnił, są wyssane z palca.


Co gorsza, zwykle autor nawet niespecjalnie rozwodzi się nad uzasadnieniem swojego stanowiska tu i teraz. Jest tak zasłuchany we własny głos, że radośnie opowiada niezliczone słabo powiązane odniesienia z literatury czy własnego życia, ale gdy przychodzi do sedna, do samej rady, często przeskakuje przez nie przez mniej niż 10% rozdziału. Ewidentnie książce zabrakło redaktora, który by ją porządnie przyciął.

Ale dzięki takiemu rozwleczeniu możliwa jest pewna bardzo nieuczciwa intelektualnie taktyka. Z której zresztą Peterson jest powszechnie znany, na równi z kilkoma innymi współczesnymi „gwiazdami intelektualnymi” alt-rightu. Można ją określić jako „mówię, ale nie mówię”, pewien uroczy wariant podwójnego wiązania. Najpierw Peterson poświęca duży kawałek miejsca na jakiś argument, a następnie jednym-dwoma zdaniami komentuje, że w sumie to niekoniecznie jest to na rzeczy, są też inne wyjaśnienia, nie wiadomo jak dużą część sprawy wyjaśnia akurat ten jego argument. Dzięki temu, jeśli zarzuci mu się pisanie fałszu, zawsze może wycofać się na z góry upatrzone pozycje, a jednocześnie czytelnicy i tak wezmą i zapamiętają sedno jego przekazu jako jedną prawdę. Uczciwą intelektualnie alternatywą byłoby poświęcenie proporcjonalnie miejsca różnym wyjaśnieniom omawianego zjawiska (skoro nie wiemy, które jest prawdziwe i w jakim stopniu), albo przynajmniej, jeśli stawiamy faktycznie na jedną kartę, to nie budowanie sobie takiej opcji ucieczki.


Styl książki waha się między w miarę normalnym, a egzaltowanym bełkotem. Żeby nie być gołosłownym, zacytujmy kilka fragmentów z pierwszego rozdziału:

„Wyprostowana postawa oznacza dobrowolną akceptację ciężaru własnego Istnienia. (sic!) Twój układ nerwowy reaguje zupełnie inaczej, kiedy dobrowolnie stawiasz czoła wymogom życia.”

„Stanie z wyprostowanymi ramionami oznacza budowę arki ochraniającej świat przed potopem, oznacza poprowadzenie swoich ludzi przez pustynię po ucieczce z domu niewoli, oznacza opuszczenie wygodnego domu i wygłaszanie przemów poruszających sumienia tych, którzy lekceważą sieroty i wdowy. Oznacza dźwiganie krzyża symbolizującego punkt X, w którym ty i twoje Istnienie (sic!) przecinacie się ze sobą.”

Tak. Ten gość serio tak pisze. Powiem tak – gdybym szukał materiału do standupu nt. rozwoju osobistego, te cytaty, na równi z cytatami np. z Pawlikowskiej byłyby idealne. Nie musiałbym ich korygować w żaden sposób, zacytowane bezpośrednio już wywołałyby salwy śmiechu swoim napuszeniem i absurdem. Są rozdziały gdzie tego stylu jest mniej, są takie napisane niemal wyłącznie w tym stylu. Chyba już czujecie czemu całkiem na trzeźwo naprawdę trudno przez to przebrnąć…


Mam też, swoją drogą, wrażenie, że książka jest jakąś formą terapii dla autora, jego formą wyjaśnienia różnych swoich zachowań (np. przemocy wobec własnego dziecka, czy dziecka którym się opiekował, stosując ewidentnie coś, co podpada pod tzw. holding/attachement therapy, czyli potwornie toksyczną pseudoterapię). Sposobem na racjonalizację publiczną tego, co go dotyka.


Peterson ma też po prostu ewidentne braki w wiedzy w poruszanych tematach, co nie przeszkadza mu o nich pisać. Przyznam, że moje przerażenie gdy czytam profesora psychologii piszącego „zachęcaj serotoninę by płynęła przez sieć neuronowa” jest po prostu ogromne. Serotonina nie płynie przez sieć neuronową. To nie są rury hydrauliczne. Serotonina jest indywidualnie produkowana w pojedynczych neuronach w sieci i nie przepływa między nimi. Neurony to obwody elektryczne z chemicznymi bramkami wejścia.

Podobnie słabo wygląda sytuacja, gdy np. Peterson próbuje pisać o ewolucji i doborze naturalnym. W jego rozumieniu, tak jak czytamy, dobór naturalny jest ciągłym procesem, tzn. jeśli tylko na jakąś cechę zniknęłaby presja ewolucyjna, to powinna natychmiast ulec likwidacji. Tymczasem selekcja naturalna tak nie działa i to nawet jeśli pominiemy kwestie takie jak dryf genetyczny czy cechy podczepione „na gapę” pod inne, kluczowe dla przetrwania geny. Świadomość tego podważa większość ewolucyjnych argumentów Petersona.

Skoro jednak o tych argumentach mówimy, to muszę się odnieść szczególnie do jednego, stanowiącego albo przykład niewiedzy, albo wyjątkowej nieuczciwości intelektualnej. Peterson chętnie wskazuje na nasze genetyczne podobieństwo do szympansów i ich organizacje społeczną, pasuje mu to bowiem do tezy. Ani słowem nie zająknie się jednak o mocno odmiennej społeczności bonobo, które to bonobo są od nas genetycznie równie odległe. Albo o nich nie wie – co wskazuje na ekstremalne braki w wiedzy – albo celowo usuwa te treści, by manipulować czytelnikami.

Manipulacji jest tu zresztą dużo. Np. w jednym miejscu pisze. „Jeśli nie identyfikujesz się z tym uczuciem (wstydu) to po prostu nie myślisz dostatecznie głęboko.” No cóż, chciałem też powiedzieć, że nie jestem również prawdziwym szkotem – bo to właśnie tą manipulację retoryczną, „żaden prawdziwy szkot„, Peterson zastosował w tym argumencie. Tymczasem może być po prostu tak, że ktoś nie identyfikuje się z uczuciem wstydu, bo ma tą kwestie zdrowo przepracowaną. O czym psychoterapeuta jak Peterson powinien wiedzieć…

Tyle, że jak czytam jego niektóre wypowiedzi, to nie rozumiem jakim cudem ten człowiek pracuje jeszcze jako terapeuta. Powinien dawno być wykreślony z rejestru za nagminne łamanie zasad etyki. Poczytajmy jak, we własnych słowach, Peterson podchodzi do pacjentki. „Kobieto, nie ma w tobie nic z ciebie, jesteś mieszkanką zaświatów i sojuszniczką chaosu”… No tak, powinna być wszak sojuszniczka Amberu… Takie podejście do pacjentów jest skandaliczne i powinno wzbudzić poważne opory stosownych instytucji.

Podsumowując, Peterson przypomina nieco Ericha von Danikena – jeśli nie znasz się na tym co pisze, może brzmieć przekonująco. Jeśli znasz się trochę, widzisz luki, ale możesz je zignorować. Jeśli znasz się bardzo – to po prostu booooli.


No dobrze, przyjrzyjmy się teraz poszczególnym radom.

1. Pilnuj sylwetki, plecy proste, ramiona wyciągnięte – bardzo naiwny materiał n.t. statusu. Autor myli status z prestiżem, zakłada, że wysoki status musi dawać sukces, ignoruje konfliktogenną naturę wysokiego statusu, jego obronne działanie (w odróżnieniu od statusu dynamicznego) oraz złożoność hierarchii (jednostki na szczycie dominują nad osobami tuż poniżej, ale osoby dużo niżej wręcz wspierają i chronią). Tu jest to sprowadzone do jednej rzeczy „wysoki status jest dobry”, a cały wysoki status do nie garbienia się…

W rzeczywistości, jeśli mamy osobę niskostatusową, która dokona korekty jednego tylko aspektu zachowania statusowego, niemal natychmiast zrównoważy go innym zachowaniem. Np. wyprostuje się, ale zacznie bardziej gestykulować, albo częściej mrugać. To naprawdę dużo bardziej skomplikowane. No i mamy masę badań o statusie u ludzi, po co przywoływać tu homary?


2. Traktuj siebie tak, jak traktujesz osoby na których Ci zależy – fantazja Petersona – wszyscy czujemy dojmujące poczucie winy za to, że nie jesteśmy idealni, więc karzemy się np. nie biorąc przepisanych leków czy nie ćwicząc. Pal licho lata badań nad motywacją itp. Wszystko to poczucie winy. A jak go nie czujesz, to znaczy tylko, że nie myślisz wystarczająco głęboko. Byłoby to zabawne gdyby nie fakt, że ten człowiek pracuje z pacjentami, którym może po prostu zrobić krzywdę.

Przy okazji Peterson pokazuje całkowitą nieświadomość wpływu wzorców dorosłych na dzieci. Opowiada jak jego syn „naturalnie” odkrył wstyd przed nagością w wieku trzech lat. Opcji tego, że mógł się go po prostu nauczyć od rodziców przez naśladownictwo jakoś nie bierze pod uwagę.

Natomiast szczytem wszystkiego jest tu inny motyw, od którego zaczyna cały rozdział. Najpierw dzieli cały świat na chaos i porządek (plus świadomość, jako trzecią siłę wyróżniającą). Dlaczego tak? Bo tak. Jakieś dowody? Gdzie tam. Zobacz, można biblię interpretować, że tak jest, to wystarcza. Następnie chaos łączy ze złem, a porządek z dobrem. A potem, na bonus, porządek łączy (jakże by inaczej) z mężczyznami, a chaos z kobietami. Że to wszystko wyssane z palca? Że niefalsyfikowalne? Co z tego, pomaga wspierać poglądy autora i jego fanów, to najważniejsze!

Choć, przepraszam, są „argumenty” za takim dualizmem. Np. to, że mamy dwie pólkule mózgowe. (Przy okazji trawestuje Elkhona Goldberga, wypaczając jego model uczenia się nowych i znanych treści.) Jak to ujął mój przyjaciel „Nie chcę wiedzieć co on myśli o posiadaniu dwóch jąder.”


3. Przyjaźnij się z ludźmi, którzy życzą Ci najlepiej – czy dostajemy jakieś konkretne wzorce jak rozpoznać tych, którzy faktycznie Ci życzą dobrze od tych, którzy są tylko klakierami? Oczywiście, że nie. Zamiast tego mamy dość pusty i bełkotliwy rozdział.


4. Nie porównuj się z tym, kim inni są dzisiaj, ale z tym, kim byłeś wczoraj – jeden z dwóch rozdziałów z odrobiną wartościowej treści, pochodzącej bezpośrednio z podręczników psychoterapii poznawczo-behawioralnej. Już rozbudził moją nadzieję, że jednak nie będzie tak źle… po czym druga połowa rozdziału to poziom tak pustego, egzaltowanego bełkotu, że potrzebowałem każdej krztyny siły woli by dalej czytać tego potworka.


5. Nie pozwól swoim dzieciom robić niczego, co wzbudza twoją niechęć – cały ten rozdział to niestety nic innego, jak apologia przemocy wobec dzieci. Jasne, Peterson ubiera ją w hasło „minimalnej niezbędnej przemocy”, jakże by inaczej… Ale to tylko PR. Pod spodem jest po prostu promocja okrucieństwa jako jedynego wyjścia. Oczywiście bez ułamka odwołań do badań w temacie. Idee, że przemoc może krzywdzić dzieci są wyśmiewane… ale nie pada choć jedno odwołanie do literatury naukowej w temacie. Tymczasem ta jest jasna – przemoc nie tylko krzywdzi potężnie, ale też jest wychowawczo po prostu nieskuteczna.


6. Zanim zaczniesz krytykować świat, wprowadź porządek w swoim domu – tym razem mamy wywód o tym jak to ateizm prowadzi nieuchronnie do nihilizmu i chęci zniszczenia świata (Czemu nie np. absurdyzmu? Nigdy się nie dowiemy.)


7. Podążaj za tym co wartościowe (a nie tym, co wygodne) – drugie miejsce, gdzie pojawia się nieco wartościowych treści rodem z psychologii poznawczej. I po raz kolejny osłabione są dalszymi wywodami autora.


8. Mów prawdę – a przynajmniej nie kłam – w ustach innego autora mogłoby to być wiarygodną radą. W ustach Petersona z jego niezliczonymi manipulacjami danymi… Nie, dziękuję, postoję.


9. Zakładaj, że twój rozmówca może wiedzieć coś, czego ty nie wiesz – tu z kolei mamy nawrót do mizogini Petersona i popis tego, że nie powinien nigdy być dopuszczony do pracy z pacjentami. Mocno nieprzyjemny materiał.


10. Bądź precyzyjny w tym co mówisz – wbrew tytułowi, rozdział jest bardziej o doborze celów i ich znaczeniu. Mamy tu dużo poppsychologii, nieco wypaczonych ekstremalnie badań (np. cytowanie badań o widzeniu w kolorze jako dowód na OSTROŚĆ wzroku u ludzi). A przede wszystkim mnóstwo egzaltowanego bełkotu.


11. Nie przeszkadzaj dzieciom gdy jeżdżą na deskorolce – kojarzysz te memy „my jako dzieci bawiliśmy się na budowach i jakoś przeżyliśmy (bo ci z nas, którzy nie przeżyli nie udostępniają memów)”? No to cały rozdział w tym nurcie, jak to cierpienie uszlachetnia i jest podstawową prawdą istnienia. (Dowody na tą tezę? Gdzie tam :D) Przy okazji rozdział postuluje, że sama idea rozwoju wymaga koncepcji etyki i struktury wartości. (Nieprawda. Ludzie, tak jak wiele innych zwierząt, są na twardo okablowani tak, by sama poprawa kompetencji sprawiała przyjemność, niezależnie od jakichkolwiek wartości.)

Najsmutniejsze jest to, że Peterson ewidentnie promuje po prostu głupie cierpienie. Np. chwali dzieci jeżdżące na deskorolce bez ochraniaczy, bo rozwój wymaga wyzwań.

Owszem, wymaga. Ale ochraniacze nie zmniejszają wyzwania, zmniejszają jedynie karę za porażkę. (Którą to karą może być np. kontuzja wykluczająca z treningów i hamująca rozwój.) Nie ma zaś żadnych dowodów na to, że skala kary za porażkę wspiera proces rozwoju, są za to dowody na to, że zmniejsza. (M.in. ze względu na nadmiar stresu stanowiącego dodatkowe obciążenie poznawcze, zmniejszające ilość zasobów do wykorzystania przy faktycznym treningu.)

Cierpienie w życiu może się zdarzać i warto nauczyć się sobie z nim radzić. Ale szukanie go dla samego cierpienia jest po prostu głupie.

Sednem rozdziału (i popularności Petersona w pewnych kręgach) jest jednak przede wszystkim typowo Incelska fetyszyzacja „cierpienia mężczyzn” – jak to mężczyźni mają we współczesnym świecie źle i niedobrze. Żadne dane tego nie potwierdzają, wręcz przeciwnie – ale Petersona i jemu podobnych to nie powstrzymuje.


12. Pogłaszcz kota napotkanego na ulicy – w zasadzie nie wiem co napisać o tym rozdziale, poza tym, że Peterson po raz kolejny demonstruje brak zrozumienia badań, na które się powołuje (w tym wypadku, Tajfela), poświęcając kawał rozdziału na rozprawy n.t. swojego psa, bo rzekomo inaczej miłośnicy psów obraziliby się na niego, że napisał „kota” a nie „psa” napotkanego na ulicy. Tak naprawdę ten rozdział jest po prostu o niczym – i w tym jest przynajmniej lepszy od większości książki, bo ilekroć ta próbuje być o czymś, to jest to tak głupie, że po prostu bolesne.


Podsumowując… To jest bardzo zła książka. Jakimś cudem lepsza od jego drugiej, ale i tak jest straszna. Naprawdę nie wiem jakiego rodzaju ludzie mogą ją docenić, chyba tu faktycznie ma po raz kolejny miejsce zjawisko „bystrzaka dla głąbów„. Serio, przeczytanie Biblii, Junga i kilku dzieł rosyjskich klasyków nie jest wystarczające, by uczynić z kogoś kompetentnego rozmówcę!

Gorąco odradzam każdemu kto nie ma głęboko masochistycznych skłonności. Albo jest standuperem i szuka materiału – nie będzie musiał nic korygować, może cytować dosłownie.


P.S. W sumie, zdałem sobie sprawę, że ta książka ma głęboki meta-poziom. Podtytuł to „Antidotum na Chaos”. Chaos to wg. Petersona kobiety. Ta książka jest więc „Antidotum na kobiety” – i faktycznie, przyjęcie postaw w niej opisanych może znacząco zwiększyć szanse na uniknięcie bliższych relacji z jakimikolwiek kobietami, kiedykolwiek.


Poziom: S1 – absolutne podstawy

Ocena: 0/5 – chyba, że jako materiał do standupu, wtedy może być całkiem przydatna

Książkę możesz kupić np. tutaj


Potrzebujesz dawki solidnej determinacji do działania? Chcesz zaangażować się bardziej, usprawnić swoje działanie, wesprzeć swoją motywację? Chcesz by Ci się bardziej chciało, a co ważniejsze - chcesz być w stanie robić to co trzeba, nawet gdy Ci się niezbyt chce? Poznaj e-kurs Determinacja w Działaniu! 26 lekcji wideo, 210 minut, praktyczne i konkretne rozwiązania do wprowadzenia w życie od razu! Już teraz na Mindstore.pl


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis