Praktycy kontra teoretycy w nauczaniu

Na każdej większej grupie trenerskiej, na której byłem był pewien temat, który powracał niczym bumerang. Spór między praktykami, a teoretykami. Czy „teoretyk”, człowiek, który nie znał danej dziedziny ze swojego doświadczenia, a tylko z materiałów na ten temat, może skutecznie szkolić ludzi, którzy się tym zajmują na codzień? Czy też trenerem powinien być tylko „praktyk”, człowiek, który to robił i ma w tym bogate doświadczenie?

Brałem udział w takich dyskusjach tak często, że nieco mnie na nie mdli. Są po prostu skrajnie powtarzalne i przewidywalne, opierają się bowiem na kilku z góry nakreślonych założeniach (oraz, co ciekawe, jednej Dominującej Strukturze Poznawczej). Z drugiej jednak strony pomyślałem, że może warto napisać artykuł zbierający argumenty w tym temacie. Choćby dlatego, że dyskusje na facebooku niespecjalnie służą zebraniu wszystkich możliwych argumentów w temacie. (Wow! cóż za zaskakująca obserwacja!)

Charakterystyczne dla tego sporu jest to, że praktycznie zawsze inicjują go osoby, które postrzegają siebie jako „praktyków”. Co więcej, nie zdarzyło mi się dotąd być w sytuacji, w której dyskusji na ten temat nie wszczęłaby osoba z DPS wojownika lub pokrewną (biznes to sport, biznes to polowanie). Jest to bezpośrednio związane z naturą tego DSP, gdzie „tylko jeśli byłeś na wojnie, możesz wiedzieć jak to jest.” Zastanawiam się tylko nad tym, czemu takie osoby mają tak regularną potrzebę poruszania tej kwestii…


Sam w tej debacie stoję „od zawsze” po stronie „teoretyków”. Uważam, że własne doświadczenie w danym obszarze nie tylko nie jest niezbędne do skutecznego uczenia, ale wręcz będzie często głęboko szkodliwe. A to dlatego, idąc dalej, że podział na „praktyków” i „teoretyków” to tak naprawdę podział na dwa gatunki „teoretyków” – tych z mniejszą, oraz z większą bazą danych. Dlatego też od samego początku „praktyków” i „teoretyków” biorę w cudzysłów.

Dodatkowo na terminy te nakładają się dwa rozumienia terminu „teoria”: potoczne, czyli „fotelowe bajdurzenie” oraz naukowe, czyli złożona struktura opisująca świat i osadzona w ogromnej ilości badań. W debacie „praktycy” vs „teoretycy” niemal zawsze w podtekście wskazuje się tylko na to pierwsze rozumienie.

Cały problem z tym podziałem sprowadza się do czegoś, o czym pisałem już na tym blogu dziesiątki, jeśli nie setki razy. Twoje doświadczenie NIE JEST reprezentatywne. I nigdy nie będzie. Ani moje. Ani Zenka. Ani Baśki. Ani nawet Świętego Zegrzysława, opiekuna ludzi biegających po mieście z miotaczami ognia. Niczyje doświadczenie nigdy nie będzie reprezentatywne.


Reprezentatywne, czyli takie, które można z sensowną dozą zaufania uogólnić na innych ludzi.

To, że Ty coś robiłeś i miałeś określone efekty… nie mówi nawet, że Twoje efekty były wynikiem Twoich prób. Ładnie widać to np. w badaniach na temat sprzedaży (bardzo popularnym temacie w kontekście tych dyskusji). Sprzedawcy mają tendencję do przekonania o skuteczności jak najczęstszych prób domknięcia sprzedaży. Mają takie przekonanie, bo ich bezpośrednie doświadczenie mówi im, że próbowali domykać i sprzedawali. Ale analiza zachowań i wyników sprzedawców jasno pokazuje, że  przy tak zwanej „dużej sprzedaży” zbyt duża ilość prób domknięcia drastycznie zmniejsza skuteczność sprzedawcy. Problem w tym, że takie wnioski są możliwe dopiero po przeanalizowaniu dużych zestawów danych. Dopiero po porównaniu wielu sprzedawców, stosujących różne metody, grupy tak dużej, że pozwoli nam na wyłączenie przypadkowych czynników, takich jak chwilowy boom czy zapaść na jakimś rynku. Podobnie wśród maratończyków – praktycy twierdzą często, że witamina C pozwala im zmniejszyć stany zapalne po maratonie. Ale zostało to przebadane i okazało się, że witamina C wręcz stany zapalne zwiększa i pogłębia.

I teraz ci sprzedawcy, „praktycy” mogliby próbować szkolić innych sprzedawców, z tego co w ich doświadczeniu działało… Tyle, że robiliby swoim uczniom krzywdę, ucząc techniki, która nie daje realnych efektów. Podobnie maratończycy „praktycy”. W końcu oni maraton przebiegli, niejeden! Oni „wiedzą” co działa, a co nie.


Niestety, ale ludzie głęboko nie doceniają tego, jak bardzo ich doświadczenie nie jest reprezentatywne. Ani jak bardzo są ograniczeni w próbach trafnego wnioskowania ze swoich doświadczeń. W rzeczywistości „praktycy” też tworzą teorię – tylko ich teoria opiera się na ograniczonym zakresie ich własnych doświadczeń. Nie biorą pod uwagę – bo ich mózg im to po prostu zbyt utrudnia – że inni mogą mieć zupełnie inne doświadczenia. Jeśli nawet biorą – to zaniżają drastycznie częstotliwość występowania tych innych doświadczeń. W efekcie tworzą teorie dopasowane do swoich konkretnych doświadczeń, ale bez zastrzeżenia, że ich teorie takich właśnie doświadczeń dotyczą. Bo sami nie mają takiego zastrzeżenia w swojej głowie.


„Teoretycy” tymczasem opierają się na dużo większym zakresie doświadczeń. Dzięki temu są w stanie znaleźć narzędzia, które mają dużo większe szanse zadziałać w danej sytuacji. Nie są tak przywiązani do fragmentu doświadczenia, niewielkiego wycinka rzeczywistości. Dlatego są w stanie skuteczniej dobrać narzędzia do potrzeb grupy.


Co więcej, „teoretykom”, ze względu na szersze zrozumienie tematu, łatwiej nie wpaść w pułapkę eksperta – przecenianie powszechności swojej wiedzy. Efekt Krugera-Dunninga mówi nam, że eksperci będą przeceniali poziom kursantów, co może prowadzić do szkolenia mało dopasowanego do ich potrzeb. (Pisałem o tym w wątku o szkoleniu początkujących.) Zarówno „praktycy” jak i „teoretycy” są na to zjawisko narażeni, ale Ci drudzy, przez większą znajomość różnych podejść do tematu mogą ławiej skorygować  swój przekaz.



Przerwa na reklamę ;)


Chcesz dojść do siebie po zakończonym związku? Pakiet Autocoachingowy Odkochanie pomoże Ci o to zadbać!


Wracamy do artykułu :)





No dobrze, przedstawiłem perspektywę „teoretyków”, a co z uwagami „praktyków”? Nie chciałbym ich pominąć. Podstawowe zarzuty „praktyków” wobec „teoretyków” są z tego co widziałem cztery.

1) „teoretycy” nie znają tematu z praktyki, nie wiedzą więc co faktycznie działa, a co nie;

2) „teoretycy” nie przeżyli tego, wiec nie wiedzą jak to jest, więc jak mają rozmawiać z ludźmi, którzy wiedzą?

3) „teoretycy” nie będą mieli żadnego autorytetu w grupie „praktyków”, więc nie będą mogli ich skutecznie uczyć;

4) czy wolałbyś, żeby operował Cię chirurg praktyk, czy ktoś o identycznym doświadczeniu, ale teoretycznym?

Odniosę się do każdego z nich oddzielnie. (Jeśli w komentarzach pojawią się kolejne, postaram się zaktualizować o nie artykuł.)


Punkt pierwszy omówiliśmy tak naprawdę powyżej. Z doświadczenia nie jesteś w stanie ocenić, co działa. Możesz stworzyć pewną narrację „co wydaje mi się, że działało dla mnie”, ale to tylko pewna hipoteza. Nie jesteś w stanie wziąć pod uwagę ogromnej ilości czynników zniekształcających. Co więcej, jesteś bardzo zagrożony racjonalizacją tych sytuacji, które nie pasują to koncepcji.

Cała idea badań naukowych polega na obejściu tych ograniczeń naszego mózgu. Dobrze zaprojektowane badania uniemożliwiają racjonalizację wyników. Dobrze zaprojektowane badania pozwalają na wykluczenie czynników zniekształcających. Takie badania dają nam okazję zweryfikować co faktycznie działa i się sprawdza.

Jasne, nie jest to metoda najwydajniejsza. Ale metoda ta działa, w odróżnieniu od wnioskowania z praktyki.


Punkt drugi sprowadza się do dwóch kwestii. Jedną jest wspomniane już powyżej uogólnienie swoich doświadczeń. To, że Ty np. tak, a nie inaczej przeżywałeś stres jako sprzedawca nie znaczy wcale, że inni sprzedawcy reagują i myślą tak jak Ty. Nie wiesz więc tak naprawdę co oni przeżyli. To tak jak z wojną – niektóre osoby wróciły z pola walki z PTSD, inne z tych samych misji, bez poważnych szkód na psychice. Próby wnioskowania ze swoich doświadczeń są więc dość chybione.

Druga kwestia i tu w krytyce „praktyków” faktycznie może być nieco sensu, to zrozumienie specyfiki danej firmy czy branży. Tzn. badania mogą pokazywać, że najskuteczniejsze w sprzedaży jest budowanie długotrwałego zaufania klienta, ale co z tego, skoro sprzedawcy w firmie X są rozliczani co miesiąc z wyrobionych norm sprzedaży i góra ma „gdzieś” długoterminowe zaufanie, trzeba opychać towar! To jednak kwestia dobrego zdefiniowania warunków brzegowych „no dobrze, co działa przy takich konkretnych założeniach” oraz dobrej analizy potrzeb przed szkoleniem. Co więcej, to idealne miejsce na to, by „praktyk” się wyłożył – bo może próbować przenieść nawyki ze swojej starej firmy do szkolonej, która jednak działa inaczej.

Nie jest to więc kwestia „praktyki” czy „teorii”, a dobrego zbadania potrzeb.


Trzeci zarzut ma w sobie najwięcej sensu. Faktycznie, grupy „praktyków” mogą być bardziej skore do słuchania trenera „praktyka”, niż trenera „teoretyka”. To jednak sprowadza się stricte do kompetencji trenera w zakresie budowy swojego autorytetu, budowy kontaktu z grupą i budowy motywacji do szkolenia. „Praktyk” będzie musiał tutaj mniej pracować, „teoretyk” więcej i tyle. To oczywiście typowy dowód anegdotyczny, ale szkoliłem już menadżerów, sprzedawców, programistów i wiele innych branż. Od lat – odkąd zacząłem prowadzić szkolenia zgodnie z tym jak powinny być prowadzone – nie miałem nigdy kłopotów z autorytetem trenerskim w grupie (a i wcześniej raczej się to nie zdarzało). Miałem za to np. sprzedawców z solidnym doświadczeniem komentujących, że to drugie szkolenie sprzedażowe z którego coś wyniósł z pięćdziesięciu na których był. Jak pisałem, to anegdota. Może miałem przez lata wyjątkowe szczęście. Ale dla „praktyków” to powinien być dowód z praktyki, że jednak się da ;)

Dla podchodzących bardziej racjonalnie – raz jeszcze, kwestia kompetencji trenerskich po prostu. Tak, z automatu masz większy status w danej grupie jako „jeden z nas” niż jako ktoś obcy. Ale status to tylko narzędzie i dobry trener powinien umieć z niego skutecznie korzystać.


Jeśli chodzi zaś o kwestię czwartą, to typowe mieszanie kryteriów. Doświadczony chirurg będzie miał wyćwiczoną pamięć mięśniową na operacji  – i to będzie jego przewaga, której nie ma początkujący. (Będzie miał też zagrożenie rutyną i kilka podobnych ograniczeń, ale to inna kwestia i temat na inny artykuł.) Ale co innego gdy ten chirurg operuje, a co innego, gdy ma operowania uczyć – bo przecież swojej pamięci mięśniowej nie przekaże młodym adeptom. Co więcej, przez to doświadczenie może pominąć w instruktarzu wiele „oczywistych” rzeczy, które całkowicie zautomatyzował i o których nawet nie myśli. Także rzeczy kluczowych do powodzenia operacji.

Podobnie wypadają hasła typu „to dajmy naukowcom namiary i niech idą sprzedawać”. Przecież to absurd. Rolą naukowców jest weryfikować co działa. Rolą trenerów – uczyć tego, co działa. Rolą praktyków w danej branży – wdrażać to co działa i czerpać z tego efekty.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie każe architektowi iść i budować mostu, który zaprojektował. Ale też nikt przy zdrowych zmysłach nie bierze się za budowę mostu bez planu architektonicznego. Nikt nie każe badaczowi, który sprawdzał skuteczność danego leku dyżurować w szpitalu. To inne kategorie działania i próby ich mieszania są po prostu dość prostacką manipulacją, na którą warto być wyczulonym.


Oczywiście, warto tu wskazać na jedno ważne rozróżnienie. Tak jak „praktycy” wnioskują ze zbyt ograniczonej ilości wiedzy, tak będzie też pewnie nieco trenerów „teoretyków”, którzy czerpią, cóż, z kiepskiej jakości źródeł. Na rynku w każdym temacie rozwojowo-biznesowym jest całe morze szajsu i niewiele publikacji opartych na badaniach. Nieliczni trenerzy sięgają też bezpośrednio do badań, a i z nich nie wszyscy, niestety, potrafią badania czytać. Będą więc „teoretycy” po prostu niekompetentni, bo opierający się na różnych dziwnych wymysłach, zamiast na treściach zweryfikowanych. I myślę, że ich działania także nieco napędzają cały konflikt między „praktyką” i „teorią”.


Konflikt absolutnie idiotyczny. Bo nie ma „praktyków” i „teoretyków”. Są tylko teoretycy. Jedni z mniejszą wiedzą (wnioskowanie z doświadczenia, czerpanie wiedzy ze słabych źródeł), inni z większą wiedzą (czerpanie wiedzy z silnych źródeł). Jakakolwiek dyskusja ignorująca ten fakt to zwykłe bicie piany i pozowanie statusowe.

Co w sumie wyjaśnia, czemu to osoby z DPS wojny i pokrewnym – mocno nastawione na status – tak bardzo lubią podnosić ten temat ;)


P.S. Jedną z częściej padających uwag w kontekście tego artykułu było pytanie o połączenie. Co z „praktykami”, którzy jednocześnie są „teoretykami”, jednocześnie są obyci z badaniami w temacie? To chyba lepiej, prawda?

No cóż, mam wrażenie, że zadający to pytanie nie zrozumieli sedna tego artykułu. A jest nim to, że Twoje doświadczenie (i moje i każdej osoby) jest niereprezentatywne. Oznacza to, że naiwne (w rozumieniu naukowym tego terminu) teorie „praktyka” nie będą nijak wzbogacały faktycznych teorii naukowych. Co gorsza, jest duże zagrożenie, że „praktyk” w zapoznawaniu się z badaniami będzie je selekcjonował pod kątem swoich przekonań wynikających z praktycznych doświadczeń. Działają tutaj takie błędy poznawcze jak efekt potwierdzenia czy dysonans poznawczy, które silnie nam sugerują, że choć „praktyk” może być równie obeznany z badaniami jak „teoretyk”, to jego ocena tych badań będzie mocno zniekształcona.

Sprawia to, że tworzenie dodatkowej kategorii „praktycznych teoretyków” jest po prostu zbędne dla całej sprawy, dlatego też pominąłem tą opcję w artykule.



Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Marcin Ludwig

    wg mnie pominąłeś jedną istotną kwestię – jak teoretyk ma nauczyć praktyki?

    tak na szybko 2 hipotetyczne przypadki:
    – lekarz który nigdy nie operował – jak on ma nauczyć operować przyszłego lekarza? nie mówię o samej teorii – tą spokojnie może przekazać, ale jak ma go praktycznie nauczyć operować skoro nie robił tego wcześniej? Co pokaże mu na stole? Co odpowie na pytania?
    – programista – ktoś kto nigdy wcześniej nie programował, ale ma świetną wiedzę teoretyczną. Gwarantuje Ci, że wyłoży się na zwykłej konfiguracji projektu, jeżeli wcześniej tego nie robił. Dodatkowo na 100% padną pytania, których się nie spodziewa, a na które znałby odpowiedź jakby programował

    • Zademonstruje mu konkretne działania – bo wie jak to robić. Odpowie na konkretne pytania – bo ma wiedzę. Co więcej, odpowie z wiedzy działającej, a nie własnego widzimisie.

      Programista jak wyżej.

      Postulujesz jakąś magiczną nadwiedzę wynikającą z praktyki. Dowiedź więc, że taka istnieje.

    • Malgosia

      „jak teoretyk ma nauczyć praktyki?”
      A to nie jest tak, że umiejętność nauczenia praktyki podpada pod umiejętności trenerskie, a nie pod doświadczenie w praktykowaniu tejże praktyki?

  • mozewiemamozeniewiemoczympisze

    „Jeśli chodzi zaś o kwestię czwartą, to typowe mieszanie kryteriów. Doświadczony chirurg będzie miał wyćwiczoną pamięć mięśniową na operacji – i to będzie jego przewaga, której nie ma początkujący. (Będzie miał też zagrożenie rutyną i kilka podobnych ograniczeń, ale to inna kwestia i temat na inny artykuł.) Ale co innego gdy ten chirurg operuje, a co innego, gdy ma operowania uczyć – bo przecież swojej pamięci mięśniowej nie przekaże młodym adeptom. Co więcej, przez to doświadczenie może pominąć w instruktarzu wiele „oczywistych” rzeczy, które całkowicie zautomatyzował i o których nawet nie myśli. Także rzeczy kluczowych do powodzenia operacji.”

    „To inne kategorie działania i próby ich mieszania są po prostu dość prostacką manipulacją, na którą warto być wyczulonym.”

    • Ok, zacytowałeś/aś, i? Trochę brakuje mi wniosków lub uwag ;)

  • Mariusz

    Paradoks: teoretyk, który dobrze uczy, musi praktykiem… w uczeniu

  • stałyczytelnik

    „Niestety, ale ludzie głęboko nie doceniają tego, jak bardzo ich doświadczenie nie jest reprezentatywne.” – trafne stwierdzenie zgodne z moim doświadczeniem życiowym.

    No i nie zabrakło odwołania do Twojego konika czyli gier statusowych. ;)

  • Agnieszka Kasyaniuk-Piwko

    Hmm… przecież teoria to nic innego jak zbiór wielu praktyk. Bo to teoria powstaje na bazie praktyki a nie praktyka na bazie teorii. Fakt, trener praktyk-teoretyk ma łatwiej, również dlatego, że może podać „żywy” przykład zastosowania teorii, może również zwrócić uwagę na potencjalne pułapki, bo jeśli jest praktykiem, to pewnie odniósł wiele sukcesów i porażek. Ryzyko widzę takie, że teoria, która powstała na bazie badań praktyków mogła się zestarzeć – lata mijają a rynek się zmienia. Techniki sprzedaży, które kiedyś były hitem dziś trącą myszką i nikt rozsądny ich nie stosuje. Dlatego warto trzymać rękę na pulsie.
    Ale… jeśli ktoś jest praktykiem, to należy się zastanowić, jak wiele czasu minęło od tej jego praktyki. Bo coś tak mi się zdaje, że wielu trenerów „praktyków” od lat praktykuje tylko w szkoleniach. :)

  • Jacek

    Witaj, Artur!
    Podejscie do tematu z nieco innej beczki, na pol serio:
    Kto wedlug Ciebie wygra walke na ringu – teoretyk boksu, czy teoretyk, ktory teorie polaczyl z praktyką?
    Teoria a praktyka. To dyskusja troche zlozona, bo wszystko zalezy od fachu do jakiego odniesiemy oba pojecia, czy bedzie to fach wymagajacy przygotowania naukowego, czy rzemioslo.

    • A dyskusja dotyczy walki, czy trenowania bokserów? ;)

      • Jacek

        Doprecyzuję, czy myslisz, ze ktos, kto w zyciu nie stoczyl ani jednej walki na ringu, nawet nie sparowal z nikim, jest w stanie nauczyc boksera walczyc, wytknac bledy, o ktorych nawet nie wie, ze mozna je popelnic; mimo znajmosci teorii? Nie chcialbym, by fachu gotowania uczyl mnie ktos, idealnie przygotowany teoretycznie, kto w zyciu sam jedynie z sukcesem ugotowal wode :)

        • Nie tylko myślę, ale byli tacy trenerzy boksu, ze świetnymi wynikami (łącznie z poziomem olimpijskim). Tak powstała też np. rosyjska szkoła hokeja (założyciel był zegarmistrzem, dostał nową rolę z partyjnego przydziału, nigdy wcześniej nie grał w hokeja, uczył się z książek, a wyszkolił kadrę oraz styl gry, z którego czerpie dziś światowy hokej.) Przykładów wbrew pozorem jest sporo.

          Błędnie zakładasz, że praktyka w jakiś sposób magicznie uwrażliwia na błędy, których nie można wysnuć z teorii.

          • Jacek

            Boks – na poziomie taktycznym – z pewnoscia. Jednak by zawodnik mogl wycwiczyc walke na zywo, ‚hands on experience’:) musi miec kogos zywego do posparowania, jesli trener tego aspektu nie opanowal. Jesli chodzi o hokej – tu zakladam, ze chodzi Ci rowniez o aspekt taktyczny i strategiczny treningu, bo zegarmistrz, ktory nigdy nie mial łyżew na nogach nie nauczy hokeisty technik poruszania sie na lodzie, zwrotów, przekładek w tył i przód. Zawodnik, by sie tego nauczyc, musi to przynajmniej u kogos ‚podpatrzec’. Wiec taki trener ma z pewnoscia asystentow, ktorzy nauka tego wlasnie sie zajmuja, podobnie jak trenerzy boksu, ktorzy sami nie mieli rekawic na rekach, musza miec kogos, kto w praktyce wycwiczy z mlodym terminatorem, technike, siłe, kąt ciosu, oddychanie.
            Nie wspomne juz o kucharzeniu – nie znam przypadku kogos, kto uczylby gotowac, sam nie gotujac. Znasz moze taki? W tym pytaniu nie ma ironii, z checia poznalbym taki przypadek.
            Pozdrawiam!

          • Wiesz co, mówisz „nie nauczy”, a nauczył – vide ta rosyjska szkoła. Nie miał asystentów „praktyków”, bo hokej w rosji nie istniał.

          • Andrzej Piaszczyński

            Zastanawia mnie trener hokeja który nie grał w hokeja,. Bo https://pl.wikipedia.org/wiki/Anatolij_Tarasow kompletnie nie pasuje do opisu

          • Sięgnij po pełniejsze biografie.

  • Koziolek666

    U Sławka S. na FB się trochę już droczyliśmy, ale mam dobre uzasadnienie dlaczego praktycy mają przewagę.

    Praktyk, to teoretyk, który na bazie wiedzy i doświadczenia wie co robi. Teoretyk może tylko przypuszczać, że to co zrobi powinno zadziałać.

    • Tak jak dopisałem w PS. to niestety tak nie działa.

      Po pierwsze – praktyk często nie ma wiedzy.
      Po drugie – nawet jeśli ma, to niestety praktyka będzie co najwyżej wiedzę zakrzywiała.

      Zupełnie też ignorujesz kwestię wskazaną już w artykule, czyli kwestię błędnego uogólniania doświadczeń przez praktyka. Bo jest różnica między „myśli, że wie co robi”, a „faktycznie, wie co robi”.

      • Koziolek666

        > Po pierwsze – praktyk często nie ma wiedzy.

        I jeżeli bierze się za nauczanie, to środowisko powinno go odesłać do sztumu. Serio. Z mojej branżuni – szkółki kodowania, które wyrosły jak grzyby po deszczu i są prowadzone przez ludzi z 3-4 letnim doświadczeniem… efekty są raczej marne.

        > Po drugie – nawet jeśli ma, to niestety praktyka będzie co najwyżej wiedzę zakrzywiała.

        Z drugiej strony potrafi teorię zilustrować przykładami z życia, a nie kolejną odmianą tzw. „hello world”. A przykłady z życia mają to do siebie, że widać jak różne mechanizmy działają. Nie na darmo mówi się, że praktyka czyni mistrza.

        > Zupełnie też ignorujesz kwestię wskazaną już w artykule,…

        Nie ignoruję jej. Po prostu akceptuję jako formę ryzyka. Podobny zarzut można postawić teoretykowi, że ignoruje czynniki, które mogą wpływać na wykonanie danego zadania w praktyce, a które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości, albo mogą w teorii być szkodliwe i nie należy ich stosować.

        • 1. Wiesz co, akurat case http://blog.krolartur.com/jak-uczyc-poczatkujacych-czyli-o-co-chodzi-w-tym-byciu-trenerem/ był opisany w oparciu o jedną z rzekomo najlepszych i najdłużej działających na rynku szkół programowania, więc przy uczeniu początkujących nie wiem, czy nie stawiałbym właśnie na tych 3-4 letnich.

          2. Przykłady z życia nie ilustrują wbrew temu co Ci się wydaje jak mechanizmy działają. Mogą być omówione, by ilustrowały – ale to tak jak każdy inny przykład, z życia lub nie. Bo „przykład z życia” to tylko wyrwana z kontekstu sztuczna narracja, gdzie przyczyna i skutek mogą być błędnie przypisane.

          Argument ze starego powiedzenia… wybacz, daruję sobie komentarz. Trzymajmy poziom, ok?

          3. Nie, nie możesz wskazać podobnego zarzutu teoretykowi – bo mój zarzut opiera się na konkretnych błędach poznawczych. Twój nie, więc nijak nie będzie podobny. Możesz go wciąż oczywiście stawiać, ale oczekiwałbym lepszego uzasadnienia.

          • Koziolek666

            ad 1. ale tu trochę mylisz dziedziny. Inną dziedziną jest umiejętność przekazywania wiedzy, a inną sama wiedza. Nawet najwybitniejszy ekspert, profesor teoretyk, jeżeli nie potrafi przekazywać wiedzy zanudzi studentów. Jeżeli jednak potrafi przekazywać wiedzę, czyli jest praktykiem w nauczaniu, to nauczy największego „jełopa”.

            ad 2. Ok, trzymajmy poziom. Tyle tylko, żeby czegoś nauczać to trzeba to samemu umieć zrobić. Umieć oznacza mieć wiedzę teoretyczną jak to należy robić i praktyczne doświadczenie.

            ad 3. Bo teoretycy nie ulegają błędom poznawczym? Ja napisałem, że akceptuję błędy poznawcze i uleganie im jako pewnego typu ryzyko. Jeżeli w ramach zajęć coś pominę, nie dopowiem, albo przekręcę, to popełniam błąd. OK. Pytanie ilu teoretyków jest wstanie przyjąć, że nie przekazało całości wiedzy?

            I wracamy do pierwszego punktu. Nie chodzi o poziom wiedzy, bo zakładam, że jeżeli zaczynamy czegoś uczyć, to mamy odpowiednią wiedzę (ponad podstawową), która to umożliwia. Chodzi o umiejętność przekazywania wiedzy. I tu moim zdaniem ktoś kto ma praktykę w przekazywaniu wiedzy zrobi to lepiej. Niezależnie czy jest super teoretykiem czy praktykiem. Korzysta z zupełnie innej grupy umiejętności związanych z nauczaniem, a nie z tematem którego naucza. Tematyka zaczyna być już rzeczą drugoplanową.

          • 1. To nie był problem „zanudzenia”, tylko problem nieodpowiedniego dobrania materiału do początkujących, ze względu na nieumiejętność postawienia się na miejscu tych początkujących. Popularny problem doświadczonych nauczycieli.

            2. To Twoje założenie. Dowiedz, że tak jest. Np. rosyjski hokej został od zera stworzony przez człowieka, który nigdy w hokeja nie grał i uczył się go z książek.

            3. Błędy poznawcze o których piszę zachodzą na poziomie selekcji wiedzy. I nie, teoretycy tym konkretnym nie ulegają, bo nie mają jak. Trudno mieć efekt potwierdzenia, gdy nie ma się czego potwierdzać.

            4. Praktyka w przekazywaniu wiedzy to zmiana kryteriów, o której już pisałem w artykule.

          • Koziolek666

            1. Ale czy to ma związek z poziomem wiedzy w dziedzinie której naucza?

            2. Jeżeli mówisz o Tarasowie, to on miał doświadczenie z innych dyscyplin m.in. bandy, czyli takiej holenderskiej odmiany hokeja. Zresztą jak zaczynał budowę zbornej, to już miał doświadczenie.

            3. Czyli teoretycy zaczynają każde zbieranie danych od „zbierzmy dane i zobaczmy co z nich wynika”? Może w naukach społecznych, ale sądzę, ze częściej jest to pytanie w stylu „Dlaczego coś działa tak, a nie inaczej?” i zaczynają zbierać dane, które potwierdzają bądź zaprzeczają założeniom. Przy czym, nadal nie oznacza to, że są wolni od błędów związanych z efektem potwierdzenia.
            Jeżeli byli by wolni od tego typu błędów, to nie istniałby obecnie problem z powtarzalnością wyników badań. Patrz Reproducibility Project i smutne wnioski z niego płynące.

            ad 4. Ale czy my mówimy o tym, kto jest lepszy w przekazywaniu wiedzy, czyli nauczaniu, czy przygotowaniu materiałów. Wspomniany chirurg praktyk nie przekaże pamięci mięśniowej, bo nie ma jak, ale wykonując czynności płynnej i mogąc swobodnie kształtować szybkość ich wykonania w czasie lekcji nauczy znacznie więcej niż chirurg teoretyk, który może będzie wstanie dokładniej opisać czynność, ale wykonanie zawsze będzie odbiegać od oczekiwanego rezultatu, bo najzwyczajniej nie potrafi wykonać danej czynności.

          • 1. Tak.
            2. Też. Przykładów osób bez praktyki, a z sukcesami w nauczaniu jest sporo.
            3. Nie, RP nie jest dowodem na to o czym piszesz. Problemy z powtarzalnością wynikają stricte z braku replikacji. Plus RP ma nieco wad, bo niektóre metody powtarzane 1:1 są dziś zdezaktualizowane (w latach 80-tych komiksy Far Side działały inaczej)
            4. Nie, przeciwnie, tu właśnie będzie problem z 1 – będzie jeśli już nauczał dużo szybciej, niż przydatne dla procesu nauczania, bo uzna, że odbiorcy już to rozumieją.
            P.S. Uważaj proszę na skrót od „między innymi”, bo disqus lubi go uznawać za link, a wpisy z linkami są na blogu zawieszane do aprobaty ;)

  • roszponka

    Dla mnie osoba, która doświadczyła podobnych sytuacji co ja, albo np. choruje (chorowała) na to co ja i sobie poradziła (wyzdrowiała) może mi podpowiedzieć co pomogło w jej przypadku. Być może mi też to pomoże. Jakoś bardziej jej ufam. Mój terapeuta doświadczył takiej straty jak ja. Wiedział co czułam, wiedział o czym mówiłam. To dało mi nadzieję a w konsekwencji spowodowało, że wyzdrowiałam. Nie neguję teorii, sama lubię się uczyć, lubię wiedzieć. Jednak teoria dopiero w połączeniu z praktyką daję prawdziwie dobre efekty. Zdaję sobie sprawę, że Ty Królu Arturze posiadasz jedynie teorię i w swoich postach będziesz promował teoretyków. Bo w innym wypadku i Twoje terapie i szkolenia i książki tracą sens.

    • Wiesz, cała zabawa w tym, że praktyki mam dość sporo – po prostu wiem, żeby na jej podstawie nie wnioskować i wręcz aktywnie ją podważać w swoim wnioskowaniu.

      To, że Twój terapeuta doświadczył takiej straty niestety nic nie mówi o tym, czy faktycznie wiedział co odczuwałaś. Jest wręcz niemal pewne, że nie wiedział i zniekształcał to pod swoje odczucia, które z natury były nieco inne -boi ludzie są różni. Ale rozumiem, że ta narracja sprawiła, że czułaś się lepiej (na twierdzenie, że dzięki niej wyzdrowiałaś nie masz już dowodów.)

      Niestety, przede wszystkim nie rozumiesz co negujesz – i jak najbardziej teorię negujesz.

      • roszponka

        Doskonale wiem co neguję i rozumiem o czym piszesz. Przez takich jak Ty teoretyków zostałam zdiagnozowana jako osoba o ponadprzeciętnej inteligencji.
        Temat, który poruszyłeś jest mi znany. Nie widzę sensu prowadzenia dyskusji. Sprawa jest dla mnie jasna. Przynajmniej w tym przypadku.(ostatnie zdanie z mojego poprzedniego postu).

  • Paweł Gabrysiak

    Arturze argument o umiejętnościach szkoleniowych można rozbudować o jeden podpunkt. Pokażę to na moim przykładzie z zamierzchlej przeszłości jak jeszcze do liceum chodziłem. Z matmy miałem zawsze problemy mimo że przerabialismy poziom podstawowy (klasa biologiczno chemiczna). Wszystko dlatego że pani nauczycielka przekazywala nam suchą teorię, która w ogóle do mnie nie trafiała. Natomiast z chemii i fizyki miałem same 4 i 5 mimo że był to poziom rozszerzony i matematyka która była tam potrzebna do rozwiązywania zadań była na o wiele wyższym poziomie niż na lekcjach matmy. A ogarnialem to dlatego, że nauczyciele przekazywali nam materiał w bardzo praktyczny sposób ograniczając suchą teorię do minimum ;)