Pozwól sobie na słabość

„Nie chcę być słaby.” „Boję się, że jak okażę słabość, to mnie zjedzą.” „Nie potrafię okazywać słabości.”

Jednym z największych problemów, z jakimi stykają się moi klienci, jest obawa przed byciem słabym. A zwłaszcza: przed byciem słabym i okazaniem tego innym.

Przynajmniej częściowo jest to kwestia naszej kultury. Mamy silne tendencje do dzielenia ludzi na „silnych psychicznie” i „słabych psychicznie” (pisałem o tym tutaj). Do szanowania tych pierwszych i pogardliwo-pobłażliwego podejścia do drugiej kategorii. Zwykle również do stawiania się w roli tych pierwszych. „Inni, słabi dali się na to nabrać, ale ja nie!”

Przez ostatnich sto-dwieście lat uczyniliśmy naszym kulturowym wzorem stoickie, aroganckie wycofanie emocjonalne. Nauczyliśmy się myśleć, że silni ludzie to klony Clinta Eastwooda i Charlesa Bransona. Tacy, którzy w trudnej sytuacji co najwyżej bardziej zacisną zębami i mocniej wykrzywią twarz. Nie zawsze tak było – historycznie mamy szereg różnych wzorców siły. Jednak popkultura projektuje współczesne wzorce na całą historię. Daje nam Robin Hooda jakiego my jesteśmy w stanie zrozumieć, nie takiego, który byłby zrozumiały dla XII-wiecznych angielskich chłopów. Daje nam kowboja-Eastwooda, nie kowboja z faktycznych prerii XIX wieku. To ułatwia podświadome uznanie, że „zawsze tak było”, „musi tak być”, „powinno tak być”.

Takie skupienie na byciu silnym jest szczególnie podkreślane w tym jak wychowujemy w naszej kulturze mężczyzn. „Chłopaki nie płaczą!”, „nie mazgaj się, nie bądź babą!” i podobne hasła są powszechnie obecne w tym jak myślimy o świecie. Ale i rzekome przyzwolenie kobietom na więcej słabości jest tak naprawdę podane z solidną dawką trucizny. Tak, jako kultura „wybaczamy” kobietom słabość. („Wybaczamy”- tak jakby było to coś do wybaczenia, zbrodnia, którą trzeba usprawiedliwić!) Jednak to „wybaczenie” jest ma swoją cenę – określenie kobiet jako emocjonalnych, niestabilnych, nieprzewidywalnych.


Odrzucenie ogromnej części ludzkiego doświadczenia – sytuacji gdy czujemy się słabi, niezdolni do poradzenia sobie z wyzwaniami, ograniczeni – jest czymś do głębi toksycznym.

Nie jesteśmy w stanie non stop być silnym. Jasne, niektórzy z nas mają w życiu więcej szczęścia, inni mniej. Niektórzy będą się musieli codziennie zmagać z takimi hardkorami, że innym na samą myśl o nich puściłyby zwieracze, a naczynia krwionośne same się otworzyły mówiąc „lepiej się wykrwawić niż tego doświadczyć”. Niektórzy będą mieli drogę od początku do końca usłaną różami i problemy, na które zamieniłby się z nimi każdy inny obywatel tej zakręconej planety. Ale wszyscy będziemy mieć problemy.

Jasne, możemy mieć różną odporność na te problemy. Konsekwencje wychowania, wsparcia bliskich, braku tego wsparcia, wczesnych doświadczeń, kapitału kulturowego, masy rzeczy. Ale każdy trafi na moment, gdy problemy przekroczą jego odporność.


Podkreślmy to:

Wszyscy będziemy mieć problemy.

Dla każdego jego zestaw problemów w pewnym momencie zrobi się czymś za dużym. Przerośnie ich.


I wtedy będą mieli dwie opcje. Iść w siłę i zaparcie. Lub pozwolić sobie na słabość.


I niezależnie od tego co akurat wybiorą, ta sytuacja prędzej czy później się powtórzy.

I znowu.

I znowu.

Bo takie jest życie.


I jeśli nigdy nie pozwolisz sobie na słabość. Jeśli zawsze będziesz wypierać i odrzucać te emocje, które wyewoluowały w Twoim mózgu jako istotne sygnały alarmowe…

Cóż, jeśli raz za razem ignorujesz alarm p.t. „zbyt wysoka temperatura”, to w końcu coś się zapali. A jak już się zapali, to szkody będą naprawdę duże.

Jeśli raz za razem ignorujesz kontrolkę „brak benzyny”, to samochód w końcu Ci stanie – i miejmy tylko nadzieję, że nie zacznie się to dziać w środku wyprzedzania na trzeciego…

Zwłaszcza, że to nie jest tak, że te kontrolki „migają” Ci w próżni. Reagujesz na nie tak czy tak. Łatwiejszym wkurzaniem się. Sięganiem po „odmóżdżacze” – alkohol, narkotyki, gry, seriale, cokolwiek, co pozwala odwrócić uwagę i trochę się zregenerować. Nie sposób przed tym uciec.


Słabość sama w sobie nie jest niczym złym. Jest po prostu chwilą regeneracji. Zdjęciem ciężaru odpowiedzialności. Wyluzowaniem. Wyłączeniem tego, jaki lub jaka masz być, norm i standardów, które sobie narzucasz.

Nic się nie stanie, jeśli na chwilę sobie na to pozwolisz.

Nie, nie staniesz się jak swój kumpel Zegrzysław, który nigdy nie wstaje z fotela, żyje na garnuszku rodziców i nic ze sobą w życiu nie zrobił, bo mu się nie chce.

To naprawdę nie jest układ zerojedynkowy. Z pozwolenia sobie na chwilę słabości nie wynika, że odtąd musisz już zawsze być słaby.


Jasne, są sytuacje gdy potrzebujesz zacisnąć zęby i być twarda. Są sytuacje gdy musisz pokazać siłę. Ale nie jest tak zawsze. Nie jest tak nawet w połowie tak często jak Ci się wydaje. I jeśli nie będziesz sobie pozwalać na chwile słabości, to co tu dużo mówić – szybko okaże się, że jesteś do wyrzucenia.


To jak z ostrzami z różnych materiałów. Historycznie przeszliśmy z brązu na stal, ale z jakiegoś powodu nie na obsydian. (No, jest parę wyjątków, ale o tym później.) Stal jest twardsza od brązu, dzięki czemu nie odkształca się tak pod naporem siły. Lepiej więc nadawała się na broń i zbroje, zwłaszcza przeznaczone do długoterminowego wykorzystania. Ale przecież obsydian jest nieporównywalnie twardszy od stali, dzięki czemu możemy mieć dużo ostrzejsze miecze czy noże!

Czemu więc nie przeszliśmy ze stali na obsydian?

Bo przy całej swojej twardości, obsydian jest też potwornie kruchy. Stal ma to, czego obsydianowi brakuje. Elastyczność. Zdolność do uginania się, gdy siła jest za duża. Obsydian się nie ugina. Obsydian pęka. Rozrywa się na części.

Jasne, twardość obsydianu ma swoje zastosowania. Dziś robi się z niego np. superostre skalpele. Tyle, że jednorazowego użytku.

Ludzie jednak nie są jednorazowi. Dobra, wiem, wiem, działy HR niektórych firm uważają inaczej, ale chyba wszyscy się zgadzamy, że to patologia. Jeśli chcesz być w stanie żyć i funkcjonować długo, musisz czasem się ugiąć. Pozwolić sobie na elastyczność. Na słabość. Inaczej pękniesz, jako człowiek, a zbieranie się po takim pęknięciu może być bardzo długie.

I jasne, każdy musi samemu sobie wytyczyć swój zakres elastyczności. Gdzie tej słabości będzie już za dużo i ze stali zrobi się brąz, albo i drewno? Gdzie będzie jej dość? To pytania, na które każdy musi sobie sam odpowiedzieć.

Ale aby móc na nie sobie odpowiedzieć, trzeba w ogóle dopuścić sobie możliwość bycia słabym. Zaakceptować, że czasem nie będzie się w stanie dać sobie rady. Z życiem, ze światem, ze wszystkim. Dać sobie pozwolenie na bycie przytłoczonym, potrzebowanie pomocy, wsparcia, albo po prostu chwili wolnego.

Nie ma w tym nic złego. To ogromny kawał ludzkiego życia. Warto go docenić i przeżywać. Zwłaszcza, że alternatywą jest rozpadnięcie się na kawałki.



Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis