Piszesz to, żeby nabić sobie ruch…

„Piszesz kontrowersyjne teksty, żeby nabić sobie ruch…”

„Dyskutujesz ze mną, żeby zbudować sobie wizerunek.”

Ten paraargument stał się wyjątkowo popularny w internetowych dyskusjach. Tymczasem jego brak logiki jest wręcz powalający.

Zmęczyłem się jednostkowym odpowiadaniem na niego, dlatego pomyślałem o strzeleniu wpisu w temacie :)


No więc, mówiąc krótko – nie, nie po to. Co więcej – pisanie kontrowersyjnych tekstów dla wyrobienia ruchu jest po prostu głupie*. Nikt, kto choć odrobinę orientuje się w tym jak działa sieć czy budowanie wizerunku nie stosowałby takiego rozwiązania. Dlaczego?

Z dwóch głównych przyczyn: zasięgu i grupy docelowej.

new-york-city-336475_640

Tajest, tylko mała kłótnia w necie i ruch zacznie do mnie płynąć szerokim strumieniem, prawda?


Zasieg

Powiedzmy sobie szczerze: żeby taka taktyka „naganiania” ruchu miała mieć choć ułamek skuteczności, jej celem musiałyby być osoby o naprawdę ogromnej popularności. Można to porównać np. przy użyciu Alexy – miary nieidealnej, ale dającej informacje przynajmniej o rzędzie wielkości.

Co to znaczy „ogromna popularność” w tych kategoriach? Mówimy tu o pierwszej 500-1000 w kraju w Alexie. O dziesiątkach i setkach tysięcy fanów na facebooku.

Dla przykładu, wg. Alexy, mój blog jest teraz na ok. 11 tys miejscu w Polsce/ 650 tys na świecie. Żeby mieć realne szanse na ściągnięcie jakiegoś sensownego ruchu, potrzebowałbym celować na blogi duuużo wyżej niż mój. Mógłbym to np. robić u Michała Szafrańskiego (miejsce 1200 w PL/ 84 tys na świecie) czy u Kasi Tusk (miejsce 600 w PL/ 36 tys świat) i to pisząc teksty z bezpośrednim odniesieniem do moich materiałów. Natomiast próby budowania takich wejść przez komentowanie na blogach będących nie tyle niżej, co nieporównywalnie niżej od mojego – np. na blogu na miejscu 8,5 miliona na świecie – nie miałyby najmniejszego sensu.

Byłyby bezsensowne, gdyż jedynie niewielki procent czytelników danego bloga czy forum zdecyduje się kliknąć na link w dyskusji. Co istotniejsze, nawet ci, którzy klikną, w większości nigdy już nie wrócą. Taki np. Wykop jest w stanie wygenerować szybko dużą ilość wejść – kilka do kilkudziesięciu tysięcy. Nie przekłada się to jednak na żaden dalszy ruch, niemal nikt z tych „wykopowiczów” już nigdy na takiego bloga nie wróci. Tym bardziej więc dyskusja na „mniejszych” blogach w celu budowania wizerunku czy napędzania ruchu mijałaby się z celem.

Co ciekawe, to jednak właśnie autorzy takich blogów (lub ich fani) mają tendencję do zarzucania „robienia sobie ruchu przez dyskusję na ich blogu”. Nieco perspektywy, moi drodzy ;)


Grupa docelowa

Przyjrzyjmy się jednak drugiej, dużo istotniejszej kwestii. Nawet gdyby ściąganie ludzi do siebie za pomocą dyskusji na ich profilach, kontrowersyjnych postów, itp. było skuteczne, to i tak nie miałoby większego sensu.

Dlaczego?

Bo nie liczy się ile osób ściągniesz, tylko ile ściągniesz i zatrzymasz. Jeśli kochasz pizzę, a ktoś na fanpage’u pizzy przedstawi argumentację dlaczego pizza jest zła, jasne, możesz wejść na jego stronę „przecz.z.pizza”, tylko co z tego? Przecież nie będziesz na tą stronę wracać, bo jesteś fanem pizzy i nie masz specjalnej potrzeby czytać o wadach pizzy. Jasne, jedna osoba na tysiąc może da się przekonać, ale ponownie, jest to skrajnie, potwornie niewydajne rozwiązanie. Nikt rozsądny tego nie stosuje.

Zamiast tego mógłbym np. pisać w komentarzach u wspomnianego Michała z „Jak Oszczędzać Pieniądze”. To miało by sens. Zwykle zgadzam się z tym co on pisze, jego czytelnicy się zgadzają, więc gdyby weszli na mojego bloga, to jest też dużo większa szansa, że będą do mnie wracać. Natomiast gdybym pisał np. na forum miłośników Sekretu w celu zbudowania ruchu, byłoby to zwykłą głupotą. Bo nawet, gdyby weszli, to zdecydowanie by nie wrócili.

Skuteczną strategią w internecie jest trafienie do ludzi o podobnym podejściu jak Twoje. Niekoniecznie identycznym, ale przynajmniej podobnym. Próby „odbicia” osób o przekonaniach odwrotnych są po prostu bezsensowne, gdy dużo łatwiej dotrzeć do „nieprzekonanych”. Dlatego nikt rozsądny nie będzie stosował strategii „Wdam się w dyskusję, by napędzić sobie ruch.”**


Po co w takim razie?

Skoro nie dla ruchu, to po co pisać i dyskutować? Po co reagować na dezinformację?

Dla zasady. Dla zwykłego, ludzkiego uszanowania prawdy i wiedzy. Dla skrajnej niechęci wobec szerzonych w necie poppsychologicznych, nieraz szkodliwych bzdur.

Rozumiem, że dla wielu ludzi będzie to motywacja trudna do przyjęcia. Ale na szczęście staje się ona coraz bardziej popularna :)


*Przynajmniej wtedy, gdy tym co sprzedajesz/promujesz jest własna ekspertyza. Jeśli ściągałbyś dzieciaki na stronę z demotywatorami, to co innego.

** Jeden wyjątek, Twitter, ale to inna opowieść.


Chcesz uczyć się skuteczniej, łatwiej zapamiętywać i wydajniej przywoływać informacje? Nie obiecuję nauki szybszej - obiecuję, że czas, który na nią poświęcisz będzie zdecydowanie lepiej wykorzystany. Skuteczna Nauka już teraz na MindStore.pl!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Hunter

    Do bloga Kasi Tusk jest zły link.

  • Dobra dobra:)

  • Hej Artur,

    A ja trafiłem tu z dużym opóźnieniem śledząc linki zwrotne do mojego bloga. I nie będę wdawał się w dyskusję żeby nie ściągać ruchu ;-) tylko po prostu podziękuję za zalinkowanie. Miło czytać o sobie w osobie trzeciej – zawsze łechcze to ego ;-)

    Na poważnie: liczę znowu na spotkanie na BFG.

    Pozdrawiam i powodzenia :)

    • W tym roku niestety nie będę – przyjaciel się akurat w tamten weekend żeni – ale na pewno będą kolejne okazje :) Do zobaczenia!