O co kaman z tymi hierarchiami świadomości?

Mam nadzieje, że wczorajsza parodia spodobała Ci się (jeśli nie czytałeś – znajdziesz ją TUTAJ ). Chciałem przedstawić taką hierarchię, by – gdy będę pisał obecny tekst – nawet osoby, które z „hierarchiami świadomości” się dotąd nie spotkały, wiedziały o co chodzi.


Hierachii świadomości jest sporo i niewątpliwie będą powstawały nowe, z prostego powodu – to ideologia, która dobrze się sprzedaje. Dlaczego się dobrze sprzedaje i jakie triki (niekoniecznie celowo) stosują autorzy „udanych” hierarchii, omówimy później. Prawdopodobnie najpopularniejsze hierarchie w Polsce to Spiral Dynamics Greaves’a (często w reinterpretacji Kena Wilbera) oraz 8 poziomów świadomości Leary’ego, choć – jak mówiłem, jest ich więcej. Pierwsza stanowiła oryginalnie rzekomą hierarchię rozwoju społeczeństw, od prymitywnych plemion do współczesnego społeczeństwa, która została zaadaptowana – w ujęciu Wilbera albo Tada Jamesa – do pojedynczych osób. Fakt, że oryginalna hierarchia wcale nie była oparta na jakichś solidnych dowodach niespecjalnie im przeszkadzał.  Model Leary’ego z kolei stanowi dość dziwną mieszankę idei freudowskiej psychoanalizy (fiksacja analna, oralna, itp.) z paranaukowymi fantazjami n.t. fizyki kwantowej i nie tylko. Co istotne, dostępne są też nieduchowościowe odmiany tego samego systemu – przykładem tego jest choćby komuna stworzona przez pisarkę Ayn Rand, gdzie mowa była o osobistym poziomie realizacji ideałów obiektywizmu (i gdzie w praktyce doszło do głębokiego wypaczenia tych ideałów).


Dlaczego ludzie tworzą takie hierarchie? Dlaczego te hierarchie świetnie się sprzedają?

Najkrótsza i najbardziej podstawowa odpowiedź jest taka: ponieważ jesteśmy istotami hierarchicznymi. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że w każdym aspekcie naszego życia funkcjonują mniej lub bardziej oficjalne hierarchie. Co więcej, znajomość takich hierarchii daje nam poczucie bezpieczeństwa, świadomość tego, jak możemy się wobec kogo zachowywać.

Nic więc dziwnego, że przenosimy tą bardzo pierwotną i ewolucyjnie wykształconą skłonność również na takie obszary, w których naprawdę nie powinna ona działać – na rozwój osobisty i duchowy. Po prostu chcemy wiedzieć, kto jest najwyżej w tej hierarchii, kto jest „najwyższym wysokim mistrzem”, od kogo mamy się uczyć, a kogo już możemy pouczać.

Że to nie ma nic wspólnego z faktycznym rozwojem duchowym? Ano nie ma, ale spełnia inne potrzeby.


A jak musi wyglądać hierarchia, by naprawdę dobrze spełniała te potrzeby i miała szanse się sprzedać?

Cóż, po kolei:

1. Fajna nazwa (np. Qwantowo-Pozytronowo-Holograficzna Hierarchia Ukrytej Świadomości Świata).  Dobra nazwa przydaje się w sprzedaży danej hierarchii – ot, podstawy marketingu.


2. Najniższe poziomy, z którymi nikt się nie będzie identyfikował – a przynajmniej nikt z grupy docelowej produktu. Jednocześnie powinny być na tyle stereotypowe, by łatwo je było dostrzec. Wiecie. Prymitywne plemiona. Albo dresiarze. Coś takiego, z czym inteligentny, postrzegający siebie jako duchowo rozwiniętego odbiorca na pewno się nie utożsamia. Coś, z czym w zasadzie każdy się zgodzi – bo kto by dyskutował, że „czerwony”, pełny agresji dresiarz jest mniej rozwinięty niż dbający o ekologię student?

Cóż, np. ja bym dyskutował, choćby wskazując na to, że ten pełen agresji dresiarz może być JEDNOCZEŚNIE dbającym o ekologię, piątkowym studentem ;) Ale ja jestem dziwny, a takie wskazania zawsze można pozornie obalić w debacie publicznej jakimś ad personam w stylu „Ty się na siłę z niczym nie zgadzasz”.

Co najważniejsze, jesli zdołamy skłonić rozmówcę do zgodzenia się z jednym elementem hierarchii („student jest bardziej rozwiniety niż dres”), to  łatwiej mu będzie zgodzić się też z pozostałymi jej elementami (np. „osoba uznająca hierarchię jest bardziej rozwinięta, niż osoba jej nie uznająca”). Jest to po prostu jeden z wzorców przekonywania, które trafnie opisał George Polya: jeśli teoria postuluje dwie rzeczy, X i Y, a okazuje się, że X jest prawdziwe, ludzie łatwiej uznaja, że Y też jest prawdziwe.


3. Stereotyp dla utrwalenia. Nieco wyższy poziom hierarchii należy przypisać komuś równie stereotypowemu, co znów pozwoli na potwierdzenie wiarygodności hierarchii. W końcu „wszyscy” znają tego typu osoby, prawda? A skoro jeden element hierarchii można odnieść do rzeczywistości, to znaczy, że cała reszta również musi być trafna.


4. Stereotyp dla statusu. Kolejnym punktem, które musi zawierać dobra hierarchia jest przynajmniej jeden poziom dla ludzi, którym odbiorca hierarchii zazdrości lub przez których jest irytowany.  Bardzo wiele hierarchii stawia w tym miejscu – całkiem słusznie, z marketingowego punktu widzenia – ludzi myślących sceptycznie i racjonalnie. To idealne rozwiazanie – typowy odbiorca hierarchii, zainteresowany rozwojem świadomości zdążył się przynajmniej parę razy zirytować na sceptyków podważających jego ulubioną teorię bez pokrycia. Wtedy wkurzało go, że nie ma co im odpowiedzieć. Teraz może stwierdzić „ah, są po prostu niżej rozwinięci i dlatego tego nie widzą” – ładny, czysty ad personam, pozwalający na uniknięcie weryfikacji swoich poglądów. A nawet lepiej – wcześniej taki odbiorca hierarchii mógł się poczuć kiepsko, gdyż jeśli ktoś wykazywał mu błędy w myśleniu, to obniżało jego status. Ale teraz to on może użyć hierarchii do obniżenia statusu wykazujących. Jak tu jej nie pokochać?

Co najlepsze – takim zagraniem można również zaszczepić hierarchię na wszelką krytykę – po prostu wszyscy krytycy będą z automatu przypisywani do tego niższego poziomu.

Oczywiście, sceptycy nie są jedyną grupą, którą można tu przypisać. Jeśli np. twórca hierarchii preferuje posiadanie wielu partnerek, może na tym poziomie wpisać „ludzi zbyt pochłoniętych społecznym tabu n.t. seksualności”. I viola! Wszelka krytyka jest już łatwa do „obalenia” przez powiązanie jej z brakiem świadomości.


5.  Powrót stereotypu dla statusu – zbywanie krytyków bywa często łączone z dodatkowym rozwiązaniem. Bo na pewno są jakieś osoby, które odbiorca hierarchii ceni, a które hierarchii nie zaakceptują. Co zrobić z tym fantem? To proste – wystarczy stworzyć dodatkowy poziom, do którego będzie można przypisać takie osoby, z jednoczesnym, delikatnym podkreśleniem, że akceptujący hierarchię są jednak nieco wyżej. Tym samym budujemy status „wiernym”, a jednocześnie nie zrażamy ich przez odrzucenie ich autorytetów.


6. Jesteś z nami = jesteś rozwinięty. Mistrzowskie zagranie w zasadzie każdej skutecznej hierarchii. Proste, krótkie stwierdzenie p.t. „ludzie akceptujący hierarchię są bardziej rozwinięci duchowo niż ludzie jej nie akceptujący”. Banalne, a jakże skuteczne! Wszelką krytykę można – ponownie – zbyć brakiem rozwoju danej osoby. Wszelką krytykę zachowań osób przedstawianych jako rozwinięte – ponownie, brakiem dostrzeżenia pełnego obrazu przez krytykujacego. Po prostu perełka.

No i oczywiście każdy chce wierzyc w hierarchię i sam się do niej przekonuje – bo to przecież oznaka rozwoju.


7. Rzućmy kości i patrzmy, jak się tłuką. Sprawna hierarchia nie może mieć jednak tylko jednego poziomu „rozwinięcia”. Musi być dla nich coś więcej, coś co działa na ambicję, szansa na zostnie uznanym za „pierwszego pośród równych” i bardziej rozwiniętego. Oczywiście wszystko pod okiem najbardziej rozwiniętych, którzy odpowiednio obdarzają poszczególne stronnictwa uwagą, tym samym koncentrując ich wysiłki.


8. Tabletkę dla psa wsadź w kawałek kiełbasy… Czyli należy podawać hierarchię tak, by rozwój na niej zdawał się wpisywać w wartości, jakie jej grupa docelowa chciałaby u siebie widzieć. Nie jakie faktycznie ma, ale jakie chciałaby mieć. To uczyni akceptację całości tym łatwiejszą.


9. Szefowi nie podskoczy nikt.  Wisienką na torcie jest oczywiście odpowiednie ustawienie najwyższych poziomów hierarchii tak, by jej twórca był albo na samym szczycie, albo (co broni przed zarzutami o arogancję), postawił siebie odrobinę niżej, ale tak poziom najwyższy był niedostępny inaczej, niż tylko przez niego. To zabezpieczna przed ewentualnymi wyzwaniami dla jego władzy i zapewnia nieodwołalność jego osądów.


Jak widać z powyższego, wszelkie hierarchie świadomości to, de facto, po prostu sekty w pigułce, jednocześnie świetnie dopasowane do oczekiwań swojej grupy docelowej. Dlatego właśnie ważna jest edukacja i obalanie takich hierarchii, uświadamianie, że to po prostu fajnie brzmiące fantazje.


No dobra, a jak w takim razie  wygląda moja hierarchia duchowości i rozwoju osobistego? Skoro takie są do niczego, to jaka jest moja, trafna?

Ehh, jeśli ktoś zadaje to pytanie, to znaczy, że nie przekazałem mojej intencji wystarczająco jasno.

Nie ma żadnej hierarchii „rozwoju duchowego”. Nie może być. Nie marnuj czasu na jej szukanie, bo nie ma to sensu, choćby dlatego, że zupełnie co innego będzie przejawem rozwoju u 15 letniego Polaka, a co innego u 80 letniego Chińczyka. Ba! U tego samego 15-letniego Polaka co innego będzie przejawem rozwoju na imprezie z kumplami, a co innego w domu z rodzicami. Jakiekolwiek próby tworzenia takich hierarchii są jedynie próbą zaspokojenia potrzeby „odhaczenia” poznawczego kwestii rozwojowych – a to przejaw lenistwa, a nie rozwoju.

Więc daj sobie z tym spokój. A jeśli przeszkadza Ci niepewność, jaka z tym się wiąże – super, masz przynajmniej od razu z czym pracować.


Praktyk Beyond NLP - skoncentrowana dawka rozwojowej wiedzy i praktycznych umiejętności. Komunikacja, inteligencja emocjonalna, perswazja, zarządzanie czasem, organizacja czasu. To wszystko i dużo więcej- już 17-25 marca 2018!

 


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Piotr

    Artur, tak jak poprzedni artykuł mnie rozbawił, tak ten mnie przeraził. Zwłaszcza punkt 8! Bo dałem się w to wplątać jakiś czas temu.

    A czy hierarchia dotycząca dominujących w życiu emocji i nastawień typu wstyd, żal, poczucie winy itd – uznanie ich za „niskie wibracje” które niszczą mentalnie człowieka – ma te same mechanizmy co poziomy świadomości?

  • askalis

    W ramach równowagi : pokuszę sie na krótki komentarz tego „wypasionego „elaboratu.. Pogwałcono w nim zasadę „minimum słów , maksimum treści ..granica zaprzeczania lub dowodzenia iluzorycznemu wrogowi zaciera sie po paru minutach męki czytania …Jak szukasz wroga , to wiedz najpierw ze żeś sam wrogiem …Ci co chorobliwie zaprzeczają , mają pozorną przewagę ..zaprzeczać można wszystkiemu , snując zawiłe fantasmagorie tez ..dowodzenie jakiejś tezy wymaga jakiegoś logicznego ciągu i jest bardziej złożone , jak uprawa ogrodu -a zniszczenie jego potrafi dokonać nawet bardzo upośledzona osoba i to w bardzo krótkim czasie ..podważać można celowość mycia nóg , jeden głupiec , jest w stanie zaprzeczyć stu mędrcom …To nie jest fizyka, lub matematyczne równania , które prawidłowo przeprowadzone przez każdego , po przez wynik dowiodą fakt i prawdę ..Dobrze jest coś spłodzić co buduje ducha , lub chroni przed ewidentnym złem i je demaskuje ..W przeciwnym razie , sam autor się podnieca i egzaltuje tym co spłodził ;)

    • Askalis, wiesz, dużo bym dał za to, żeby debunkować dawało się równie łatwo lub łatwiej niż deklarować fikcję. To ułatwiłoby niewiarygodnie edukowanie ludzi n.t. np podstaw nauki.

      Niestety, gdyby było tak jak piszesz, byłoby super, ale nie jest. Jest odwrotnie. Dużo łatwiej jest podać błędne i nieuzasadnione twierdzenia, niż wykazać, że są nieuzasadnione. Na tym polega m.in. technika stosowana przez wielu altmedowców znana jako Gish Gallop – zarzucenie rozmówcy całą serią bzdurnych deklaracji w krótkim czasie, deklaracji, które są błędne, ale wykazanie błędności których wymaga – w każdym jednym przypadku – tyle czasu, ile zadeklarowanie co najmniej dziesięciu kolejnych.

      Bo to nie kwestia podważenia – tylko dobrego uargumentowania swojego podważania. Ja swoje uargumentowałem. Jesli uważasz, że nietrafnie – zapraszam do odniesienia się do konkretnych argumentów :)

  • asz

    Jak byś nazwał w takim razie Twój sposób myślenia? Racjonalny? Dlaczego miałbym go wybrać? Bo jest bardziej adaptacyjny niż bezmyślne fiksowanie się na znajdowaniu hierarchii? I tu się tworzy paradoks – mówisz, że szukanie hierarchii jest bezsensowne samemu tworząc hierarchię – moje myślenie jest lepsze.
    A to jak najbardziej wpisuje się w model Wilbera. Czyli zamiast magicznego i mitycznego wkręcania się w dany temat warto spojrzeć na to racjonalnie, bo jest to bardziej adaptacyjne i zdrowe.

    Co i tak jest względne jako kwestia lepszości na poziomie Transracjonalnym – bo w sumie jak ktoś zrobił sobie z tego sposób na życie to może się załamać, a z drugiej strony to może sprawić, że zacznie żyć normalnie, a może jednak wpłynąć na podjęcie decyzji o samobójstwie. Więc jedyne co pozostaje to akceptacja, obserwacja i wyciąganie wniosków.

    • Mój sposób myślenia nazwałbym porąbanym :) I pokaż mi gdzie konkretnie piszę, że masz go wybrać? ;)

      • Kapitan Boruta

        Chciałbym poznać ten sposób myślenia :) Myślę zresztą, że nie tylko ja, ale i większość wiernych czytelników :)

  • Kamil

    Artur, jak dobrze znasz poziomy wartości Gravesa o których wspomniałeś?

    • Powiedziałbym, że całkiem nieźle, z tej tematyki szkoliłem się m.in. na „Spiral Somatics” Jamesa Tsakalosa. Czemu pytasz?

  • Kamil

    Osobiście korzystam z poziomów wartości Gravesa przy prowadzeniu coachingów, i uważam to za bardzo ciekawe i pomocne narzędzie. Dość ciekawie wykorzystuje je również wspomniany przez Ciebie Tad James i w połączeniu z Time Line Therapy, efekty klientów po sesjach są naprawdę fenomenalne. Dlatego dość mocno dziwi mnie treść tego artykułu, jak i zresztą sposób w jaki piszesz na całym blogu. Jednak widać to Twój styl. Pzodrawiam

    • Cóż, ludzie korzystają nawet z totalnej fikcji jaką są „poziomy neurologiczne Diltsa”, każdy schemat pracy bywa w coachingu ceniony jako mapa „co robić”.

      • Kamil

        Nie traktuje nic jako „mape co robić” ale mniejsza z tym. Poziomy logiczne Diltsa uważasz za totalną fikcję? Przyznaje że jak tak troche poczytałem tego co i jak piszesz, to prawde powiedziawszy jestem co najmniej zdziwiony.

        • Ad mapa – Więc jak wykorzystujesz Greavesa?

          Ad Dilts – to nie kwestia uważania. One są fikcją. Ani nie są to poziomy (ich ułożenie w hierarchię nie ma żadnego sensu), ani nijak się nie odnoszą do neurologii (zwykle są przedstawiane jako poziomy neurologiczne), ani z poziomami logicznymi nie mają nic wspólnego – Dilts zwinął tą nazwę od Batesona, tylko poziomy logiczne Batesona odnosiły się stricte do nauki i wyglądały „nieco” inaczej niż Diltsowskie, faktycznie wchodząc w logikę i teorię zbiorów (każdy niższy poziom zawierał się w wyższym). Dilts natomiast wziął fajnie brzmiącą nazwę i wrzucił do niej swój, wyssany z palca, schemat tego, jak ludzie się zmieniają.

          Ad TLT – byłem szkolony z TLT, nie jestem pod wrażeniem. Fenomenalności metody nie zaznałem ;) Natomiast efekty uboczne jej na praktyków, przynajmniej obserwowane przez wielu moich kolegów po fachu na zachodzie, są dość niepokojące.

          Ad zdziwienie – czemu? Czy chodzi o kwestię sceptycyzmu i racjonalnego podejścia do rozwoju?

          • Kamil

            Sam kwestionariusz poziomow Gravesa, pozwala okreslic cjakich zasobow klientowi czesto brakuje, jak dotad dzialalo swietnie. Odnosnie Diltsa nie chce sie wypowiadac, nie zaglebialem tego az tak dokladnie by moc o tym sensownie dyskutowac.

            A co do TLT, tu znowu mnie zaskoczyles, czy mozesz podac jakies konkretne skutki uboczne? Kto je mial, w jakich okolicznosciach? Dokładny case? Jesli nie tu publicznie, to bardzo prosilbym o odp na maila.

            Tak chodzi o kwestie sceptycyzmu, nie ma w tym nic zlego oczywiscie, a wrecz przeciwnie bo widac ze uzywasz umyslu a nie powtarzasz czyjes teorie dalej. Jednak przyznam ze czasem sama forma tego w jaki sposob piszesz, jest az odstraszajaca. Jednak to tylko moja opinia.

            Pozdrawiam

          • Ad. Kwestionariusz – no widzisz, czyli mapa :) A mówiłęś, że nie używasz ;)

            Ad. Dilts, spox, zainspirowałeś mnie do artu w temacie, będzie niedługo :)

            Ad. TLT – regularne głosy, głównie z zachodu, choć nie tylko, że osoby dużo używające TLT zaczynają mieć mało zdrowe tendencje w rozwiązywaniu konfliktów, podejście z wyższością i próbą wymuszenia siłą. Co ma sens biorąc pod uwagę metaforyczne pozycje przyjmowane w toku procesu TLT („nad” linią czasu i problemem,a potem przejście „przez” problem na linii).

            Ad. Forma – czy mógłbyś rozwinąć?

          • Adrian

            Ad forma – to nie jest tylko twoja opinia, to jest również opinia wielu innych osób, które mają to nieszczęście wchodzić w interakcje z autorem – jest on postrzegany przez sporo osób w środowisku trenerskim jako niedojrzały i niedowartościowany awanturnik, który cały czas z czymś walczy, zupełnie nieświadomy tego, że walczy tylko po to żeby walczyć, dla samej idei walki i poprzez kontrę tego, co subiektywnie uznaje za gorsze dowartościowuje siebie na poziomie intelektualnym, używa argumentów, które na poziomie szczegółu są logiczne, natomiast na poziomie koncepcji nie mają związku z poruszanymi tematami, zupełnie nie dostrzegając paradoksów tego co przedstawia. Forma jest faktycznie męcząca, pasywno-agresywna lub wprost agresywna, dychotomiczna na zasadzie dobre/złe, bez dopuszczania jakiejkolwiek różnorodności i różnicy poglądów, poniżająca to co niezuanawane przez autora, bo jest tylko jedna prawda, jedna racja i to jest właśnie ta, którą reprezentuje autor. A szkoda, bo to bardzo inteligentny człowiek, z niesamowitym zacięciem do badania i analizy bardzo ciekawych tematów, z ciekawym, krytycznym podejściem, niestety z jakichś powodów nie jest w stanie wykorzystać tego w odpowiedni sposób.

  • Kamil

    Mapą byłoby gdybym używał tego w stylu „co i jak dokładnie robić” a dla mnie to tylko dodatek. Dość szybko wyciągasz wnioski, które nie są prawdziwe.

    Odnośnie TLT – cóż każda technologia jeśli jest źle używana może zaszkodzić, a TLT należy do bardzo skutecznych w mojej ocenie, i mimo wszystko nie spotkałem się jeszcze z tym o czym piszesz.

    Co do formy, niemalże każdy Twój wpis jest ogromnie nacechowany cynizmem, piszesz zazwyczaj o wszystkim „na nie” nie pokazując również pozytywnych stron rozwoju którym się przecież zajmujesz. A szkoda, bo z tego co piszesz, można wywnioskować że masz dość duże doświadcznie którym fajnie jakbys się podzielił czasem.

    • Ad. Mapy – to Twoja definicja map. Moja w tym kontekście obejmuje też dokładnie to co napisałeś, że robiłeś. A teraz przyrzjmy się przebiegowi dyskusji: ja napisałem, że Dilts czy Greaves jest używany jako mapa, Ty twierdziłeś, że tak nie jest, bez sprawdzenia co miałem na myśli pod tym terminem, a potem napisałeś coś co dokładnie pasuje pod moją definicję mapy i to o czym pisałem, a z czym się nie zgadzałeś ;) Więc co jak co, ale „dość szybko wyciągasz wnioski” odnosi się w tym wypadku raczej do Ciebie ;)

      Ad. TLT – tylko akurat tutaj ten efekt nie bierze się ze „złego” używania tej techniki, tylko z używania jej po prostu.

      Ad. Formy – uwielbiam jak ktoś coś takiego twierdzi, bo… da się to łatwo sprawdzić :D Wystarczy zrobić zwykły przegląd wpisów. I zrobiłem, ostatnich dwudziestu. W najgorszym razie za cyniczne można uznać 5 (z czego jeden dwuczęściowy, więc de facto 4), za „na nie” mniej więcej tyle samo. Pozytywów jest koło 8, pozostałe obojętne. Trudno to określić jako „niemalże każdy” i „zazwyczaj o wszystkim na nie” ;)

      Natomiast mam nieco inną hipotezę – to te moje wpisy, w których piszę „na nie” budza największe emocje, choćby dlatego, że dotykają często rozwojowych świętych krów ;) Stąd łatwo je nadreprezentować (stary dobry efekt von restorffa się kłania), zwłaszcza jeśli przynajmniej jeden z nich u kogoś takie emocje wzbudził.

      Ale jak z większością błedów poznawczych, czasem wystarczy po prostu sprawdzić i przeliczyć ;)