„Gender” to jedno z tych słów, które zrobiło w Polsce wielką karierę na niewiedzy. Wszyscy go używają, wszystkim wydaje się, że wiedzą o co w nim chodzi („żeby chłopcy chodzili w sukienkach!”). Niemal nikt faktycznie tego nie wie.

Może czas to zmienić?

My, ludzie, mamy taką ciekawą skłonność, jak projektowanie naszego stanu obecnego w przeszłość. Gdy myślimy o sytuacjach sprzed 100, 200 czy 1000 lat, zmieniamy jakieś „dekoracje” w rodzaju strojów czy wyposażenia mieszkań, ale większość naszych wyobrażeń przypomina tak naprawdę nasze współczesne życie. Automatycznie zakładamy, że to jak żyli nasi przodkowie było dość podobne do tego jak my żyjemy – tylko, no, bardziej prymitywne.

Nie jest to bynajmniej przypadłość naszych czasów. Gdyby zapytać wykształconą osobę w średniowieczu o  to, jak wyglądali i żyli starożytni Rzymianie czy Grecy, prawdopodobnie opisałaby kogoś podobnego do sobie współczesnych (ciekawie pisze o tym np. niedawno wydany i u nas Ian Mortimer). Po prostu ludzie tak mają. My nie pakujemy średniowiecznych rycerzy w wojskowe moro tylko dlatego, że naoglądaliśmy się dość filmów kostiumowych, by nasza wyobraźnia podrzucała inną dekorację (Często błędną, ale to inny temat.).


Dlaczego o tym piszę?

Ponieważ cały problem, jaki ludzie mają z tzw. „gender” wynika z naszego błędnego wyobrażenia, że standardy kulturowe mające 20, 70 czy 150 lat miałyby być czymś dużo starszym, wręcz pierwotnym.

Nie są.

Dziś oburzamy się na „chłopców w sukienkach”, ale sto lat temu młody Franklin Delano Rosevelt ubierany był przez rodziców w ten sposób…

I było to absolutnym standardem! Podział ubrań na „dla chłopców” i „dla dziewczynek”, podobnie jak podział „tradycyjnych” kolorów dla każdej z płci, to wszystko wymysły pierwszej połowy XX wieku! Wcześniej praktycznie nikogo nie było stać na oddzielne stroje dla chłopców i dla dziewczynek, nikomu więc nie przyszło do głowy dzielenie ich według płci! Podobnie z kolorami – na początku XX wieku, gdy nawet zaczęto wprowadzać ubrania stylizowane na jedną i na drugą płeć, wcale nie było oczywiste, że różowy będzie kolorem dziewczynek, a niebieski chłopców. Przeciwnie – to „krwisty” różowy uznawano za bardziej pasujący do chłopców! A cały ten podział tak czy tak promowały domy towarowe, bo dzięki temu śpioszki braciszka nie mogły być już dane młodszej siostrzyczce, więc aspirujący do klasy średniej rodzice musieli kupić drugi zestaw!

Tak, tak, moi drodzy! Duża część współczesnych przekonań nt. tego jak powinno się ubierać obydwie płcie to po prostu efekt marketingowego prania mózgu.

I nie wspominajcie mi nawet o zabawkach! 200 lat temu nikt się nie bawił w zabawki dla chłopców i dziewcząt, bo rodzin nie było stać na całą gamę zabawek. Wszyscy bawili się tym co było. Albo tworzyli zabawki improwizowane, bo często nie było absolutnie nic! Podział zabawek na typowe dla różnych płci to znów błyskotliwa manipulacja marketingowa, dzięki której, ponownie, trzeba kupować więcej zabawek dla różnych dzieci. Manipulacja niestety postępująca – w latach 90-tych XX wieku nieporównywalnie więcej zabawek reklamowano jako „dla chłopców’ i „dla dziewczynek” niż nawet w seksistowskich latach 50-tych! Co gorsza, manipulacja, wg. wielu badań, mająca negatywny wpływ na rozwój dzieci, które skorzystałyby bardziej na zabawie bardziej zróżnicowanymi zabawkami.


Mówiąc krótko: 100 lat temu chłopczyk w sukience bawiący się w dom lalkami byłby czymś absolutnie normalnym i oczywistym. Dziś natomiast nawet delikatne sugestie w takim kierunku wzburzają oburzenie KONSERWATYSTÓW jako nowoczesne wypaczenie!

Świat nie stanął na głowie. Ma po prostu amnezję.


No dobrze, czyli dzieciarni nikt tak nie dzielił. Ma sens, 100 lat temu pewnie większość umierała zanim doszła do 10 roku życia, to i się nie opłacało zapamiętywać czy to chłopczyk czy dziewczynka. Przeżyje, to się zobaczy! Ale nikt nam przecież nie wmówi, że  podział na ciepłe, opiekujące się ogniskiem domowym, emocjonalne kobiety i racjonalnych, chłodnych i stoickich, zaangażowanych w świat mężczyzn, to również nowoczesny wymysł! Prawda? Prawda?



Przerwa na reklamę ;)


Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)



Wracamy do artykułu :)



No cóż, jakby to ująć… Nie. Nieprawda.

Jeśli czytałeś moje podsumowanie „Historii Małżeństwa”, to możesz już kojarzyć, że ok. XVIII-XIX wieku mieliśmy dość poważny kryzys jego modelu. Dotychczas mąż był niczym król we własnej rodzinie, a reszta rodziny niczym jego poddani… Ale królowie w tym okresie jakoś nie byli w stanie zachować swoich głów. Straszne roztargnienie, zostawiali je wszędzie, tylko nie na szyi… No i skoro królowie okazywali się tak bezgłowi, to i takie podejście do rodziny było dość wątpliwe. Był to wprawdzie okres „wolność, równość, braterstwo”, ale nie popadajmy w przesadę! Wszyscy ludzie mogą być braćmi, ale nikt tam nic nie mówił o siostrach!

Dlatego, dla zachowania dotychczasowego podejścia dominacji mężów, zacząto w opiniotwórczych kręgach promować nowy model. Taki, który dziś nazwalibyśmy „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Venus.” Mężczyźni mieli być tymi racjonalnymi, zaangażowanymi w „brudne” sprawy świata, a kobiety czyste, emocjonalne, dbające o ognisko domowe. To w tym okresie zaczęto też promować koncepcję wg. której kobiety są w zasadzie aseksualne i nie mają żadnych pragnień w tym zakresie (chyba, że są w jakiś sposób zaburzone), a mężczyźni mają dzikie zwierzęce żądze, które muszą ograniczać i hamować.

I ludzie w to uwierzyli.


Nie od razu, ale po 50-100 latach zaczęło to być postrzegane jako norma. Powieści czy sztuki tworzone w tym okresie, nawet gdy opisywały dużo bardziej zamierzchłe czasy, projektowały te wyobrażenia n.t. obydwu płci w przeszłość. Kształtujące się mass-media – powieści groszowe, radio, kino i telewizja – dokończyły transformacji. Tak samo podchodził Errol Flynn do swojej Lady Marion czy córki gubernatora. Tak podchodzili bohaterowie Victora Hugo, nawet w średniowiecznym „Dzwonniku Notre Dame”. Współczesne normy zostały zaprojektowane w przeszłość, tak by współczesnemu widzowi łatwo było takich historii doświadczać.

My się na tych historiach wychowaliśmi. Są dla nas czymś oczywistym i naturalnym.

Są też absolutnie nieprawdziwe. Jakkolwiek prawdziwe, realne i „oczywiste” może się wydawać. To miraż, którego trzymamy się przez przyzwyczajenie.


Gender, czy dokładniej „gender studies”, nauki o płciowości, to po prostu interdyscyplinarna dziedzina badań n.t. tego, jak te stereotypy i wyobrażenia n.t. ról płciowych zmieniały się w różnych okresach i kulturach. Nie ma w nim nic obrazobórczego, ba, nie ma nawet żadnych ewidentnych sugestii czy ocen moralnych – bo to dziedzina opisowa, a nie dająca przepisy na życie.

No, nic obrazobórczego, poza takim jednym, drobnym, malutkim, tycim, najcięższym z możliwych grzechów.


Gender wskazuje bowiem na to, że współczesny „odwieczny” standard jest tylko tymczasowym, umownym układem.

Gdyby ten układ był faktycznie satysfakcjonujący i wartościowy, nie byłoby z tym problemu. „Jasne, to tymczasowe i umowne, ale dobrze nam z tym.”

Sęk w tym, że ten układ jest mocno problematyczny. I wszyscy to czują. Czują to kobiety, wpychane w role opiekuńczo-emocjonalne, niezależnie od chęci do nich. Czują to mężczyźni, którym odbiera się prawo do posiadania uczuć.

Czują się z tym źle. Ale często nie mają też jasnych alternatyw, albo są one zbyt odległe od dotychczasowych standardów. To wywołuje strach. A strach często prowadzi do agresji jako do metody ujścia.

Stąd ta nagonka na „gender” i odrzucanie w czambuł czegoś, czego się zupełnie nie rozumie. Bo tak jest łatwiej. To pozwala się trzymać status quo. Cuchnie już nieco naftaliną, ogranicza niczym kaftan bezpieczeństwa, ale hej! w „kaftan bezpieczeństwa” jest „bezpieczeństwo”, znaczy – nie może być aż tak źle!


Tymczasem gender studies naprawdę nie jest niczym kontrowersyjnym. Nawet pobieżna znajomość historii czy antropologii musi prowadzić do zrozumienia, że nasze normy kulturowe n.t. płci są tylko naszymi, tu i teraz, normami na ten temat. A skoro w historii były już różne inne, to i nasze mogą się zmienić.

Rozwiązaniem, nawet jeśli ktoś jest przywiązany do „tradycyjnych” (dla nas! tylko dla nas!) ról płciowych, nie jest walka z „gender”, tylko próba stworzenia nowego modelu tych „tradycyjnych” ról, redukującego przynajmniej część z ich wad.

Samo gender studies może być natomiast po prostu ciekawą dziedziną wiedzy, pozwalającą nam lepiej zrozumieć i docenić ludzką różnorodność i modele, jakie przyjmujemy na nasze życie i współżycie. A może również zadać sobie kilka ciekawych pytań o swoje własne potrzeby w tym zakresie?



Lean Actions  - chcesz zoptymalizować swoje działanie, tak by łatwiej, szybciej i pełniej realizować swoje zamierzenia? Ten kurs zapewni Ci narzędzia do realizacji tego celu. Trzy intensywne dni poświęcone wprowadzeniu podejścia Lean Mind do Twoich codziennych działań. Już w październiku w Warszawie! Kurs dostępny jest samodzielnie, lub jako fragment szerszego cyklu Lean Mind Experience


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis