O co chodzi z tym całym efektywnym altruizmem?

Być może spotkałeś się gdzieś z terminem „efektywny altruizm” albo „racjonalna dobroczynność”.

Przy pierwszym kontakcie terminy te mogą się wydawać oksymoronami. Niczym „dobre zło” czy „radosne cierpienie”. Dobroczynność i altruizm postrzegamy raczej jako działania motywowane emocjonalnie, przejaw serca. Efektywność? To termin rodem z korpo. Racjonalność? W racjonalności przecież chodzi o nie uleganie emocjom, prawda?

Tymczasem to właśnie takie podejście do dobroczynności daje najlepsze efekty. Dlatego warto zrozumieć skąd się bierze i czemu jest takie ważne.

Po co nam ta cała racjonalna dobroczynność?

Nikt chyba nie będzie dyskutował z tym, że altruizm jest jedną z fajniejszych skłonności naszego gatunku. Ani z tym, że dobroczynność jest, przynajmniej z założenia, czymś dobrym i wartościowym.

Altruizm jest, według wielu badaczy, jednym z kluczowych czynników naszego przetrwania i sukcesu ewolucyjnego. Fakt, że byliśmy w stanie pomóc w kłopotach współplemieńcom, czy nawet zaprzyjaźnionym plemionom… Że pomagaliśmy nie mając z tego żadnego bezpośredniego zysku… To wszystko prawdopodobnie bardzo pomogło nam przetrwać jako gatunkowi. Niektórzy badacze wskazują wręcz na menopauzę – wyjątkowe zjawisko w świecie zwierząt – jako element altruistycznej adaptacji.

Sęk w tym, że tak w altruizmie jak w każdej innej sytuacji, nasz mózg wciąż nastawiony jest na kanał „sawanna, 50.000 PNE”. Co gorsza pilota gdzieś wcięło! No i masz! Nie ma jak przestawić na „rozwinięta, złożona cywilizacja, 2017 NE”.

To ważne z dwóch powodów.

Po pierwsze, nasza typowa ocena tego na co warto dawać – oraz co, jak i ile dawać – jest kontrolowana przez nasze emocjonalne uprzedzenia.

  • Damy więcej komuś bliżej, niż komuś gdzieś daleko. (Do zrzutki na mało znaną koleżankę z biura, która dostała raka damy dwie stówy… Ale mały Emmanuel z Nigerii dostanie już tylko dyszkę.)
  • Damy więcej na konkretną osobę, symbol tragedii, niż na ogólną kategorię ofiar tragedii (koledzy Emmanuela sumarycznie dostaną tylko piątaka).
  • Chętnie damy na nagłośniony konflikt czy tragedię. Gdy zniknie z pierwszych stron gazet, źródełko datków błyskawicznie wysycha.
  • Do tego szybko przyzwyczajamy się do tragedii i potrzeba nowej kategorii, albo dużo większej skali, aby skłonić nas do dawania. Kolejna wojna w Afryce? Eee, było, nawet niespecjalnie krwawa! Tylko co dziesiątemu dorosłemu amputowano rękę.  Za to w Malezji był tajfun, dawno o tajfunach nie słyszałem. Tam daję!
  • Chętnie damy tam, gdzie dają już inni. Buduje to poczucie słuszności naszego działania.
  • Chętniej damy na coś, co daje namacalne efekty (zbudowanie szkoły), niż na to co da ważniejsze, ale nienamacalne wyniki (zapewnienie tej szkole pieniędzy na funkcjonowanie, zatrudnienie nauczycieli, itp.)
  • Chętnie damy rzeczy, których niespecjalnie potrzebujemy i które wydaje nam się, że przydadzą się obdarowanym, mniej chętnie pieniądze – choć większość datków rzeczowych jest skrajnie bezużyteczna, a pieniądze zdecydowanie bardziej się przydają.

To oczywiście tylko mały wycinek. Takich emocjonalnych preferencji mamy całą masę. Sęk w tym, że to co preferujemy emocjonalnie niekoniecznie jest tym, co daje najlepsze efekty. Często generuje wręcz dodatkowe koszta, które sprawiają, że nasze datki pomagają dużo mniejszej ilości osób/zwierząt/itp. niż by mogły.


Po drugie, dobroczynność to ogromny biznes. Na przykład w USA w 2015 składał się na 6% PKB i to nie wliczając milionów bezpłatnych ochotników i wartości ich pracy. W innych krajach te wartości są niższe, ale regularnie przekraczają 1% PKB. To potężne pieniądze, o które rywalizuje bardzo wiele organizacji. A powód pierwszy sprawia, że ich rywalizacja opiera się zwykle nie na zapewnieniu najlepszego wydania datków… tylko na odpowiednim uderzeniu w emocje darczyńców. To prowadzi m.in. do niesławnej „pogoni za kataklizmami”, w której organizacje dobroczynne czują presję na przedwczesne kończenie projektów pomocowych, byle zaistnieć w nowym rejonie, gdzie ludzie akurat chcą dawać.

W tej pogoni za datkami często traci się z oczu wydajne ich wykorzystanie. Po co, skoro darczyńców aż tak to nie interesuje?


I jeśli naszym celem jest dać, by poczuć się lepiej… Bo tak wypada. Bo chcemy myśleć o sobie jak o dobrych ludziach. Bo dobroczynność ma być dla nas rozwijająca, więc ją uprawiamy.

Wtedy luz.

Ale jeśli dajemy, by uczynić świat lepszym miejscem. To wtedy może nam się przydać jakaś metoda dawania lepiej i wydajniej. I po to wymyślono efektywny altruizm.



Przerwa na reklamę ;)


Chcesz dojść do siebie po zakończonym związku? Pakiet Autocoachingowy Odkochanie pomoże Ci o to zadbać!


Wracamy do artykułu :)



To na czym polega ten cały efektywny altruizm?

Mówiąc krótko – na uruchomieniu chłodnej analizy.

No, nie do końca. Jest w tym pewien dodatkowy trik. W momencie uruchomienia chłodnej analizy ludzie mają też tendencję do nieco większego egoizmu.

Efektywny altruizm wymaga więc jednoczesnego uruchomienia chłodnej analizy oraz zachowania chęci ulepszenia świata na podobnym poziomie jak wcześniej. Tak, żeby dawać, ale w sposób najlepszy i najbardziej wydajny. W końcu skoro dajesz np. 10 złotych, to fajnie by było, gdyby jak największa część z tej kwoty dotarła do osób potrzebujących. Oraz żeby spośród różnych potrzebujących dotarła do tych, gdzie zrobi najwięcej dobrego.

Czy warto się w to bawić? W sumie może nie ma większej różnicy między różnymi organizacjami? Po co dzielić włos na czworo, dane, zapomniane, nie ma co drążyć.


Gdyby różnica między organizacjami faktycznie była niewielka – 10-20% skuteczności – można by przymknąć na to faktycznie oko. Jasne, tych 20% skuteczności to może być np. 20% więcej uratowanych żyć, ale w jakimś momencie trzeba powiedzieć stop, prawda? Nie można popadać w obsesję.

Tyle tylko, że różnice skuteczności między organizacjami są „deczko” większe niż 10-20%.

GiveWell, organizacja zajmująca się weryfikacją skuteczności organizacji dobroczynnych, wskazała w swojej analizie, że niektóre organizacje są setki, a nawet tysiące razy bardziej efektywne w realizacji swoich zadań niż inne.

Setki albo tysiące razy. To znaczy, że oddając swoją miesięczną pensję dla dwóch takich organizacji – załóżmy, że zarabiasz medianę, czyli 2650 zł – jedna z nich efektywnie wykorzysta z tego np. 2300… a druga 2 złote. Przelicz to sobie oczywiście odpowiednio dla swojej własnej pensji.

Czy teraz widzisz o co chodzi w całej tej zabawie?


Oczywiście, takie wyliczenia mogą się wydawać nierealne. Jak to, tysiąckrotne różnice? Jak to możliwe? Wbrew pozorom, nie jest to takie trudne do zrozumienia. Nie chodzi nawet o korupcję ani nic w tym stylu. Wystarczy np. żeby z dwóch organizacji umiejscowionych w USA i działających w Indiach jedna kupowała usługi i sprzęt głównie w USA, a druga głównie w Indiach. Różnice w stawkach mogą być ogromne. Jeśli do tego np. jedna z tych organizacji zatrudnia drogich konsultantów, szybko okazuje się, że bez żadnej złej woli czy machlojek, jedna organizacja może być nieporównywalnie mniej skuteczna od drugiej. A takich czynników wpływających na efektywność organizacji są setki.


Efektywny altruizm w najprostszej wersji sprowadza się do krótkiego pytania – czy mogę te pieniądze/ten czas na wolontariat wykorzystać skuteczniej. Czy w ogóle np. lepiej być woluntariuszem, czy lepiej ten czas poświęcić na zarobienie pieniędzy, które przekażemy wspieranej organizacji?  (Popularny przypadek nowojorskich prawników, którzy pracowali jako wolontariusze w kuchni dla bezdomnych, gdzie ich praca była dla organizacji warta 10 USD/h, podczas gdy – gdyby przez ten czas pracowali  klientem i przekazali swoje wynagrodzenie, to kuchnia dostałaby 250 USD/h.)


W wersji bardziej zaawansowanej, polega na szukaniu takich organizacji do wsparcia, które najwydajniej wykorzystają Twoje wsparcie. Polega też na wybieraniu takich form wsparcia, które będą najlepsze.


Niektórzy idą jeszcze krok dalej, np. patrzą jak mogą zoptymalizować swoje życie, tak by mieć więcej pieniędzy na dobroczynność. To duże działanie, ale już stosowanie dwóch powyższych elementów będzie dla większości ludzi pójściem nieporównywalnie dalej, niż kiedykolwiek wcześniej. Myślę, że warto. Skoro dajesz, warto dawać skutecznie.


A co jeśli daję, żeby poczuć się dobrze?

Efektywny altruizm może nie być tak emocjonalnie satysfakcjonujący, jak klasyczny. Jeśli uprawiasz dobroczynność także po to, by czuć się lepiej, możesz więc rozważyć wydzielenie oddzielnego budżetu na „emocjonalne” dawanie. Te pieniądze możesz dawać bez namysłu, idąc za potrzebą serca (lub podszeptem marketingu NGO). W ten sposób zaspokoisz te potrzeby, a jednocześnie zadbasz o jak najlepsze wykorzystanie większości Twoich datków i na realne uczynienie świata lepszym miejscem.


Co dalej?

W jednym z kolejnych wpisów postaram się zaprezentować nieco rozwiązań z zakresu efektywnego altruizmu. Co warto wybierać, z jakich narzędzi korzystać, gdzie sprawdzać organizacje dobroczynne, itp. Jeśli temat Cię zainteresował, dostaniesz kilka ciekawych rozwiazań.



Rekrutacja na wiosennego Praktyka Beyond NLP już się rozpoczęła :) Zarezerwuj swoje miejsce już teraz i skorzystaj ze zniżki w przedpłacie! Więcej informacji znajdziesz na BeyondNLP.pl


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • borq

    Zainteresował, więc czekam na te rozwiązania :)

  • Kamil Kaczmarek

    Dlatego wkurzają mnie zbiórki typu dla rodziny (polskiej), ktorej córka zmarła w Egipcie po nieudanej próbie leczenia i okazało się że ubezpieczyciel nie pokryje kosztów leczenia. Tragedia niewyobrażalna oczywiście, ale pieniądze niczego nie zastąpią a żyją oni jednak w kraju pierwszego świata, w którym jest masa możliwości pożyczek i zarobienia. Te pieniądze natomiast mógłby uratować setki żyć. Nie mówiąc już o rodzinach które po prostu nie poprosily o pomoc / nie przebily sie z tą pomocą. Dlaczego pomoc ma dostać tylko ten który ma odpowiednią siłę przebicia?

    Z drugej strony lepiej ze ludzie pomagają jakkolwiek nieefektywnie niż w ogóle.

  • Jan Horn

    Ciekawym rozszerzeniem tej tematyki jest dostępna na rynku polskim książka Paula Blooma ,,Przeciw empatii. Argumenty za racjonalnym współczuciem”. Polecam