Coaching stał się ostatnio swoistym słowem-wytrychem, obejmującym całą tematykę rozwoju osobistego i zmiany osobistej. (A często wręcz wszystkiego co w rozwoju osobistym złego.) Warto więc może zatrzymać się na chwilę i przyjrzeć temu, o co w tym coachingu tak naprawdę chodzi, skąd się wziął, czym faktycznie jest, jak może pomóc, a jak na pewno nie pomoże.

Zacznijmy od jednego z popularnych mitów, przewijających się w Polsce. „Po co używać obcych terminów, skoro mamy takie piękne polskie słowo, jak trener? To tylko snobizm i pozowanie sprawia, że ludzie nazywają się coachami!”

Mit ten bierze się z pewnej wieloznaczności tłumaczenia. Owszem, trener sportowy będzie po angielsku nazywany „coach” i takiego „coacha” będziemy tłumaczyć jako trenera sportowego. Jednocześnie jednak słowo „coach” ma też inne znaczenia. Pośród nich między innymi „autokar” oraz właśnie najświeższe, czyli coś, co na ten moment nie ma polskiego odpowiednika – i zapewne nigdy nie będzie miało. Czyli coach w rozumieniu osoby stosującej techniki coachingowe. To, że ktoś nazywa się coachem, a nie trenerem nie jest więc przejawem snobizmu, tylko tego, że terminy te mają po prostu inne znaczenie.


Czym jest ten cały coaching?

No dobrze, ale czym są te wszystkie techniki coachingowe, o co chodzi z tym coachingiem?

Choć dokładna historia coachingu bywa dyskusyjna, większość autorów w temacie zgadza się, że pierwowzorem dla tej dziedziny był Timothy Gallwey, który w latach 70-tych XX wieku, podczas pracy ze sportowcami, zaczął skupiać się na tym, co działo się w ich głowie, zamiast na zewnętrznych wynikach gry. Jego technika „wewnętrznej gry” („inner game”) polegała na skłonieniu klienta do nieoceniającej obserwacji pewnych krytycznych zmiennych swojej gry, która to obserwacja – jeśli trafna – miała zapewnić automatyczne dostosowanie działania i poprawę wyników. Metoda okazała się całkiem popularna, a że wielu ze sportowców trenowanych przez Gallweya było dość zamożnych – tenis czy golf to raczej sporty klasy wyższej – jego metody zostały szybko podchwycone do biznesu. To dało początek coachingowi w obecnym rozumieniu. Jak widać coaching faktycznie wyszedł z treningu sportowego, ale metody coachingowe szybko odróżniły się od tych, jakie stosują typowi trenerzy sportowi.


Klasyczny, wywodzący się od Gallwey’a coaching skupia się przede wszystkim na wykorzystaniu tego, co klient już wie (lub może wiedzieć, jeśli tylko przyjrzy się sobie). Coach pełni tutaj rolę kogoś, kto kieruje reflektorem uwagi klienta, przenosząc ją i skupiając na tym, czego klient sam mógł jeszcze nie dostrzec. Nie dodaje – w odróżnieniu od trenera – nowych treści czy informacji. W odróżnieniu od mentora nie ocenia ani nie podpowiada, nie dzieli się swoimi przemyśleniami czy doświadczeniem. Jego jedyną rolą jest odpowiednie wpływanie na to o czym klient akurat myśli, nad czym się zastanawia, jakie pytania sobie zadaje.

Czy taka interwencja może mieć jakąkolwiek wartość? Wszelkie role pomocowe – trener, nauczyciel, mentor, psychoterapeuta – są zwykle kojarzone z relacją „mistrz-uczeń”, w której uczeń czerpie z wiedzy i kompetencji mistrza. Tymczasem coach nie dostarcza żadnej wiedzy. Nie demonstruje żadnych kompetencji w poruszanej dziedzinie (sporcie czy biznesie) – choć oczywiście powinien mieć kompetencje w korzystaniu z narzędzi coachingowych. Może się więc wydawać, że jego działania są zupełnie zbędne, bo nie wnosi żadnej dodatkowej wartości, żadnych nowych treści.

Cały trik w klasycznym coachingu polega na tym, że klienci dla których ten coaching pasuje mają zwykle aż za dużo zgromadzonej wartości. Zbyt wiele treści „przełkniętych, ale nie przetrawionych”. Dla takich osób coaching jest jak środek wspomagający trawienie, pomagający wydobyć substancje odżywcze z nagromadzonych zasobów. Coach jest jak ktoś wchodzący do zagraconego składziku i pomagający w posegregowaniu i poukładaniu zgromadzonych tam klamotów.



Przerwa na reklamę ;)


Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)



Wracamy do artykułu :)



Dla kogo jest coaching?

Klasyczny coaching zdecydowanie nie jest dla osób początkujących w danej dziedzinie. One potrzebują treningu, nauczenia konkretnych umiejętności, wiedzy, procedur. Coaching w ujęciu Gallwey’owskim służy przede wszystkim osobom, które są już średnio lub bardzo kompetentne w danej dziedzinie. Tym, które mają dużo zasobów (wiedzy, umiejętności, doświadczeń), ale niekoniecznie te zasoby potrafią dobrze zintegrować i w pełni wykorzystać. Mają doświadczenia, ale nie wyciągnęli z nich wniosków. Mają umiejętności, ale nie korzystają z nich tak często, jak by mogli. Mają wiedzę, ale nie rozumieją co z niej wynika. Coach ma pracować z taką osobą i pomóc jej sobie to wszystko poukładać. Dlatego zresztą jest to zwykle usługa dość droga – bo nakierowana na fachowców wysokiej klasy, których albo stać by sobie taką usługę sprawić, albo są w stanie przekonać pracodawcę, że ich wzrost wydajności będzie dla firmy odpowiednio wartościowy i warto w nich zainwestować.

W takim klasycznym coachingu uprzednia wiedza coacha w dziedzinie może być wręcz przeszkodą – bo będzie skłaniała do subtelnego narzucania swoich wniosków, zamiast pomóc klientowi w wypracowaniu własnych, potencjalnie odmiennych od wniosków coacha.


Coach to nie motywator!

Co istotne, coach nie jest tu – wbrew popularnemu wyobrażeniu – motywatorem dla klienta! Jego rolą nie jest to, żeby klient „uwierzył w siebie”, „dostrzegł swój potencjał”, czy dowolny inny idiotyczny frazes. Rolą coacha w klasycznym coachingu jest tylko i wyłącznie pomoc klientowi w poukładaniu sobie pewnych rzeczy w głowie. To może być trudne i bolesne – bo klient może przy tej okazji przebić się przez przyjemne złudzenia na swój temat, dostrzec swoje wypierane wcześniej wady. Taka samoświadomość często jest nieprzyjemna – ale też jest niezbędna do szczerej i skutecznej decyzji o zmiany swojego dotychczasowego postępowania.


Niedyrektywność coachingu

Klasyczny coaching nazywany jest często coachingiem niedyrektywnym, ponieważ coach służy tu jedynie jako ten kontroler światła uwagi. Nie narzuca, nie proponuje rozwiązań, jedynie pomaga klientowi spojrzeć na pewne kwestie. W środowisku samych coachów panuje tu, trzeba przyznać, pewne samooszukiwanie. Często zakłada się, że niedyrektywny coaching oznacza zerowy wpływ coacha na klienta. W rzeczywistości taki wpływ nie dość, że jest, to może być silniejszy niż w przypadku coachingu dyrektywnego (a przynajmniej to sugerują pokrewne badania n.t. wpływu psychoterapii dyrektywnej i niedyrektywnej). W przypadku dyrektywnego coachingu czy psychoterapii wszelkie poglądy coacha/terapeuty są jasno stawiane i mogą być łatwo odrzucane. Przy niedyrektywnej pracy, takie poglądy prezentowane przez klienta będą delikatnie wspierane lub blokowane przez drobne działania prowadzącego – delikatny mikrogrymas, szybsze lub wolniejsze zadanie pytania, itp. To czyni wpływ prowadzącego subtelniejszym, ale i trudniejszym do zablokowania. Z tego względu warto, zwłaszcza przy pracy niedyrektywnej, mieć świadomość światopoglądu coacha – może on bowiem na dyskretnie wpływać na nasz własny.


Coaching dyrektywny, a niedyrektywny

Coachowie niedyrektywni często deklarują, że ich coaching to „jedyny prawdziwy coaching” i że „coaching dyrektywny” to oksymoron, niczym „dobre zło”.  W praktyce jednak coraz częściej spotyka się coachów korzystających również z narzędzi dyrektywnych. Coaching dyrektywny to taki, w którym oprócz zadawania pytań kierujących uwagę, coach proponuje również pewne struktury działania, ćwiczenia mające uzyskać konkretny efekt emocjonalny lub poznawczy. Taka forma coachingu jest lepsza zwłaszcza dla osób mających mniejsze kompetencje w danej dziedzinie, ludzi u których samo kierowanie uwagi nie da wystarczających efektów. W tym znaczeniu coaching dyrektywny jest czymś pomiędzy treningiem, a coachingiem niedyrektywnym. Dobór metody – dyrektywnej lub niedyrektywnej – zależy więc przede wszystkim od klienta i jego potrzeb.


Czym coaching różni się od psychoterapii?

Jedną z popularnych krytyk wobec coachingu jest to, że coachowie stosują psychoterapię bez odpowiedniego przeszkolenia. Lub, alternatywnie, że klienci wstydzą się iść do psychoterapeuty, ale z przyjemnością pójdą do coacha z tym samym problemem.

W tych krytykach jest ziarno prawdy – faktycznie niekiedy coachowie podejmują się pracy z klientami, których lepiej byłoby odesłać do psychoterapeutów. Faktycznie niektórzy klienci wolą się wybrać do coacha, bo psycholog/psychoterapeuta to wciąż dla nich pewne tabu.  Nie zmienia to jednak tego, że coaching oferuje nieco odmienne narzędzia od psychoterapii i zajmuje się nieco inną tematyką. Jasne, są obszary wspólne – rzeczy, z którymi można pójść i do coacha i do psychoterapeuty i skorzystać w obydwu przypadkach. Są też obszary ewidentnie pod psychoterapię (np. zaburzenia osobowości), albo ewidentnie pod coaching (poukładanie sobie spraw zawodowych przez członka zarządu).

Często spotyka się tu też z hasłem, że coaching dotyczy przyszłości, a terapia przeszłości, ale jest to akurat mit – są metody psychoterapeutyczne skupione na teraźniejszości i przyszłości, są takie, które skupiają się na przeszłości. W praktyce i coaching i psychoterapia to po prostu dwie metody zajmujące się pokrewnymi obszarami, na swoje własne sposoby. O dużej przestrzeni wspólnej – stąd zresztą coachom przydaje się poznać nieco technik psychoterapeutycznych i vice versa. Choćby po to, by coach wiedział, kiedy skierować klienta do psychoterapeuty – a psychoterapeuta do coacha.

 

Czy coaching działa?

Choć badań n.t. skuteczności coachingu nie ma wcale zbyt wiele (realistycznie jest ich mniej więcej tyle, ile na NLP, ale z jakiegoś powodu coaching nie dostaje za to po głowie nawet w ułamku tak bardzo, jak NLP), te które są wskazują na wysoki zwrot z inwestycji firm korzystających z coachingu dla swojej kadry i skuteczność takich narzędzi. Kluczem jest tutaj jednak, przede wszystkim, dobór odpowiednich metod pod klienta.

Klient początkujący – trening, niekiedy coaching dyrektywny

Klient średnio kompetentny – coaching dyrektywny, niekiedy niedyrektywny

Klient bardzo kompetentny – coaching niedyrektywny.

Taki dobór narzędzi zapewni optymalną skuteczność proponowanych narzędzi.



Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem. Pierwszy zjazd rozpoczyna się już 21 września! 


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis