Nieco o tym, jak miłość pokonała małżeństwo… cz. 6

Zamykamy powoli cykl inspirowany „Marriage, a History” (cz. 1 tutaj , cz. 2 tutaj, cz.3 tutaj, cz.4 tutaj, cz. 5 tutaj). Czas na wiek XX i przemiany, które doprowadziły nas do współczesnej sytuacji…

W XX wiek wchodzimy z silnie utrwalonym w powszechnej wyobraźni podziałem na „czułe, emocjonalne” kobiety i „racjonalnych, światowych” mężczyzn. Mamy też silnie zbudowany model „męskiego dostarczyciela”, gdzie mężczyzna pracuje i zarabia na całą rodzinę.

To przekłada się na wiele rzeczy, w tym na szeroko rozumiane uwodzenie. Np. w tamtym czasie randki odbywały się u kobiety, a dokładniej u jej rodziny i na jej koszt. A skoro tak, to nie wypadało, żeby mężczyzna „narzucał się” i się wpraszał. W tym okresie to do kobiety należała inicjatywa i to ona miała mężczyznę zaprosić, on co najwyżej miał dawać sygnały, że takie zaproszenie z przyjemnością by przyjął. (A pamiętajmy, że, równocześnie, kobiety w tym okresie uznawano wręcz za aseksualne i pozbawione libido!)


Wszystko to zaczyna się zmieniać wraz z coraz większym udziałem kobiet w życiu publicznym. Czy to przez działania dobroczynne, czy przez stopniowe odrzucanie dawnej obyczajowości przez młodych ludzi, czy w przez powolne wkraczanie kobiet na kolejne obszary rynku pracy, kobiety zaczynały wyrywać się z dotychczasowych standardów.

Co ciekawe, to poluzowanie standardów u uboższych przyczyniło się do podobnego poluzowania u bogatszych kobiet. Kobiety z klas wyższych często angażowały się bowiem w akcje pomocy „upadłym” kobietom… ale gdy lepiej poznawały ich świat i życie, coraz częściej dołączały do ich zmagań o wyższą płacę, bezpieczniejsze warunki zdrowia czy prawo do głosu.

Istotne były również zmiany technologiczne. Usprawnienie technologii antykoncepcyjnej oraz metod aborcji przyczyniło się niewątpliwie do powolnej zmiany standardów związanych z seksualnością.


Te wszystkie zmiany wywołały oczywiście opór ze strony bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. A pisząc opór mam tak naprawdę na myśli skrajną histerię. Lekarze twierdzili, że jazda na rowerze była dla kobiet pierwszym krokiem do rozwiązłości seksualnej. Przyznanie kobietom prawa głosu było określane mianem zdrady stanu! Opór był jednak daremny…


Nowe pokolenie kobiet nie godziło się już na standardy narzucane ich matkom. Ruch ten był powszechny i uniwersalny, obejmował wszystko od Ameryki, przez Europę aż po Azję. „Nowe” kobiety odrzucały podział na sferę męską i damską. Były bardziej świadome swojej seksualności. A wraz z nimi świat też zaczął się znów seksem interesować – czy to przez koncepcje Zygmunta Freuda, czy  Havelocka Ellisa, czy przez dzieła niezliczonych pisarzy i poetów. XIX-wieczne życie domowe wciąż pochłaniało wyobraźnię publiki… ale teraz do tego życia dodano sferę seksualną.


Zmiany standardów życia społecznego i ról płciowych doprowadziły też do zmiany standardów uwodzenia. Zanik  konieczności nadzoru nad kobietą sprawił, że spotkania nie musiały odbywać się już w domu jej rodziców. Randki zaczęły teraz odbywać się w miejscach publicznych i wymagać pieniędzy,  a ze względu na niższy status ekonomiczny kobiet, oczekiwano, że to mężczyzna będzie płacił.

A skoro to on płaci, to nie wypadało, by ona się „wpraszała”. To mężczyzna miał teraz zapraszać kobietę na randkę. Ona mogła co najwyżej sugerować, że zaproszenie chętnie by przyjęła.

Tak, tak :) „Tradycyjny”, „naturalny” sposób zapraszania na randki jest świeżutkim wynalazkiem z początków XX wieku. Pamiętam jednego ze swoich kursantów, mocno zaangażowanego w środowisko uwodzenia, dla którego ta jedna wiadomość była chyba największym szokiem ostatnich lat. (Swoją drogą, tak, wynika z tego też to, że w miarę wyrównywania sytuacji ekonomicznej między płciami możemy oczekiwać wyrównania się „prawa” do zapraszania na randki. Co właśnie powoli się dzieje.)

Proces ten niewątpliwie usprawniła popularyzacja samochodów. Umożliwiły one wspólną wycieczkę młodej pary daleko poza zasięg rodzicielskiego nadzoru i przyczyniły się do rosnącej swobody seksualnej.


Wszystkie te zmiany były w dużej mierze pozytywne, ale miały jedną dość istotną konsekwencję… Nakładały dodatkowe oczekiwania wobec udanego związku.

XIX wiek nauczył pary, że małżeństwo ma się łączyć z miłością emocjonalną.

XX zaczął je uczyć, że w tym małżeństwie powinien też być satysfakcjonujący seks.



Przerwa na reklamę ;)


Chcesz dojść do siebie po zakończonym związku? Pakiet Autocoachingowy Odkochanie pomoże Ci o to zadbać!


Wracamy do artykułu :)



Te wzrastające oczekiwania przekładały się na rosnące problemy z małżeństwem. Pojawiało się coraz więcej rozwodów oraz zdrad. Pod tym względem głos konserwatywny był częściowo trafny. Jeśli odejdziemy od małżeństwa jako instytucji służącej dziedziczeniu i majątkowi, a zmienimy je w instytucję służącą szczęściu i spełnieniu dwojga ludzi, to czyni to małżeństwo bardziej kruchym. Wynika z tego bowiem jasno, że jeśli ludzie nie czują się szczęśliwi i spełnieni w małżeństwie, to może najwyższy czas to małżeństwo zakończyć i poszukać innego. Nieco paradoksalnie skupienie małżeństwa na miłości zmniejsza jego trwałość – choć w zamian sprawia, że małżeństwa, które przetrwają, będą nieporównywalnie szczęśliwsze niż w minionych wiekach. Akceptacja małżeństwa z miłości w naturalny sposób prowadziła też do stopniowej zmiany poglądów na temat związków homoseksualnych (choć trend ten miał wkrótce ulec odwróceniu).  Z kolei wzrost znaczenia seksu sprawił, że seksapil zaczął stawać się dla kobiet większą cnotą niż dotychczas promowane posłuszeństwo. Przyczynił się do tego rozwój kinematografii i promowanie nowych wzorców zachowań przez filmy. Ich regularnym przekazem było „kobiety tracą mężów bo skupiają się na pracy domowej albo rozwoju intelektualnym, zamiast stać się bardzie seksowne.”


Stopniowa zmiana poglądów na temat homoseksualizmu doprowadziła jednocześnie do odrzucenia bardzo bliskich relacji przyjacielskich, jakie powszechne były w XIX wieku. To, paradoksalnie, sprzyjało rozwojowi „nuklearnych” rodzin, skupionych na relacjach z najbliższymi. Sprawiło to też, że kobiety w tym okresie stały się bardziej zależne, niż w przeszłości – utraciły bowiem sieci społeczne, które kiedyś je wspierały. Jeśli małżeństwo działało w tym okresie, działało lepiej niż w przeszłości. Jeśli jednak nie działało, kobiety miały dużo większe problemy z budowaniem innych wspierających relacji. Trend ten byłzresztą dużo powszechniejszy. Nawet przed małżeństwem grupowe spędzanie czasu zaczęło zanikać na rzecz spotkań w parach lub niewielkim gronie.

Również relacje z rodzicami i dalszą rodziną były stopniowo oddalane. Psychiatrzy zaczynali patrzeć na zbyt bliskie relacje z rodzicami jako na patologię.


Otwarcie kobiet na seks miało też ciemne strony. W połączeniu z przeniesieniem miejsc spotkań z bezpiecznego terenu dla niej, na neutralny lub bezpieczny dla niego, naraziło to kobiety także na niechciane zaloty i przemoc seksualną. Co więcej, powszechnym standardem w społeczeństwie stało się założenie, że jeśli „mężczyzna posunie się za daleko, to jest to wina kobiety”, „mężczyźni posuną się tak daleko, jak kobiety im pozwolą”, itp. Z wstrzemięźliwości seksualnej promowanej w XIX wieku wykształciła się presja na dostępność seksualną żony dla męża ilekroć ten wykaże zainteresowanie seksem. Brak takiej dostępności był traktowany jako patologia, zachęcanie męża do prostytucji i zdrady, albo wyraz „braku dojrzałości seksualnej”.


Przemianę tego stanu rzeczy przyniosła wielka depresja i druga wojna światowa. Kryzys finansowy wymusił bardziej powszechną pracę kobiet, byle tylko utrzymać rodzinę. Prowadziło to często do konfliktów, bo było wbrew modelowi męskiego dostarczyciela, stąd wiele dzieci wychowanych w tym okresie kojarzyło pracującą matkę z dużym poziomem stresu w domu. (Wywołało to  też dużą niechęć społeczną do pracujących kobiet, które postrzegano jako „zabierające prace ojcom rodzin” oraz liczne ustawowe ograniczenia ich pozycji na rynku pracy.)

Ten opór społeczny wobec pracy kobiet nie mógł jednak przetrwać wymogów drugiej wojny światowej. Kobiety były wtedy po prostu potrzebne na miejsce powołanych masowo mężczyzn. Szczególnie sprzyjała ona kobietom czarnoskórym, które wcześniej nie miały żadnego dostępu do bardziej prestiżowych prac. Zmiana nastawienia do pracy kobiet była istotna i skłoniła ogromne ich rzesze do podjęcia takiej pracy zarobkowej.

Koniec wojny wywołał więc duży opór części kobiet, które czuły się „wyganiane” z rynku pracy by „zrobić miejsce” dla powracających żołnierzy. Efekt ten wzmacniał fakt, że ustawy dające weteranom prawo do darmowych studiów nieproporcjonalnie wspomagały białych mężczyzn.


Powojenny boom gospodarczy ułatwiający mężom utrzymanie całej rodziny, powrót żołnierzy do kraju w chwale bohaterów oraz silny nacisk autorytetów na znaczenie małżeństwa, to wszystko sprawiło, że przedwojenne „złote” standardy małżeństwa odżyły w powojennej dekadzie. (Nieco opóźnionej w Europie względem USA.) Małżeństwo stało się absolutnym standardem, wchodziło w nie 95% ludzi, a same małżeństwa trwały dłużej – zawierane były wcześniej, a małżonkowie żyli nieporównywalnie dłużej, niż kiedyś. (O ile wcześniej? 21-letnia niezamężna studentka mogła się obawiać, że zostanie starą panną!)

Okres ten, co istotne, był unikatowy dla historii zachodu. Jednocześnie jest tak silnie osadzony w naszej kulturze, że traktujemy go jako swego rodzaju złoty standard, „tradycyjny sposób życia”, „niezmienny od wieków”. Warto uświadomić sobie, że żadne z takich określeń nie jest prawdą. W rzeczywistości było to zjawisko świeże słabo umocowane w historii. Było to też zjawisko absolutnie tymczasowe – bo model, na którym się opierało nie mógł tak dalej trwać…


„Kryzys” małżeństwa w latach 70-tych był jednak zaskoczeniem dla ludzi, którzy zdążyli już zapomnieć protesty, jakie jeszcze całkiem niedawno wzbudzało małżeństwo oparte na miłości. Protesty, które wyrażały prostą prawdę – jeśli małżeństwo opierać się ma na miłości, intymności i szczęściu partnerów, będzie ono dużo bardziej nietrwałe, niż alternatywy.


Zanim ten kryzys nastąpił, fermentował po cichu w trakcie „złotej dekady małżeństwa”… Niby był to okres promujący „równość” w małżeństwie, ale ówczesny model „równości” polegał na tym, że ojciec w niedziele może wyjątkowo nakarmić dzieci czy raz na tydzień zmienić pieluchy. Żony miały interesować się pracą męża, ale nie pozwalać sobie na krytykę jego działań czy decyzji. Przede wszystkim jednak ogromnie wiele kobiet było w tym okresie potwornie samotnych, zamkniętych w domu bez głębszego celu i sensu poza „wychowaniem rodziny”. (Wiele z nich usilnie zniechęcało więc swoje córki przed podążaniem w ich ślady, również przyczyniając się do zmian z lat 70-tych.) Układ ten stresował też mężczyzn, narzucając im odgórne wymagania dotyczące życia i kariery, do których dostosowanie się było dla wielu wyzwaniem. („Playboy” powstał właśnie jako głos sprzeciwu przeciwko tym oczekiwaniem.)

Seksualnie „złota dekada” była dość specyficzna. Z jednej strony większa otwartość na seks, z drugiej oczekiwanie, że wyjdzie się za pierwszą osobę, z którą pójdzie się do łóżka. Presja była duża i wykraczała poza presję czysto społeczną. Był to okres gdzie dzieci z nieprawego łoża miały to wpisane w certyfikatach narodzin i dokumentacji szkolnej! Kobieta nie będąca dziewicą nie mogła też w wielu stanach zgłosić gwałtu, nie uznawano też koncepcji gwałtu małżeńskiego. Również przemoc domowa była w tym okresie trywializowana. (Wyciąg z raportu Scotland Yard z 1954 „w Londynie jest tylko koło dwudziestu morderstw rocznie i nie wszystkie są poważne – niektóre z nich to tylko mężowie zabijający żony.” Nawet kobiety które osiągnęły wielki sukces zawodowy -np. trafiły do senatu – nie były chronione przed tak przemocą.

Ferment potrzebuje jednak odpowiedniego paliwa – tym były powolne zmiany technologiczno-ekonomiczno-społeczne.  Rynek pracy lat 60-tych potrzebował kobiet na tyle, by płacić im więcej. Nowe technologie pozwoliły uczynić prace domowe dużo lżejszymi. A wynalazek antykoncepcji hormonalnej dały kobietom większą kontrolę nad swoją seksualnością.


Wszystkie te fermentujące problemy i napędzające je zmiany doprowadziły w końcu do eksplozji lat 70-tych.  Przyczyniły się do niej też ruchy praw obywatelskich, które pomogły zmniejszyć stygmat „dzieci z nieprawego łoża” (czy nadać im prawa w rodzaju prawa do dziedziczenia po matce) czy umożliwiły rozwody bez orzekania o winie. (Doprowadziło to do tymczasowego, ale drastycznego skoku rozwodów we wszystkich tych związkach, które dotychczas nie mogły się legalnie rozwieść.)

Na to wszystko nałożyła się, ponownie, gospodarka. Kobiety w latach 60-tych częściej szły do pracy, ale trafiały zwykle na inne posady niż mężczyźni. W latach 60-tych wyszły na tym gorzej, ale kryzys lat 70-tych oszczędził te sektory, a najmocniej uderzył w sektory w których dominowali mężczyźni. W efekcie, choć ogólny poziom płac w tym okresie spadł porównywalnie do Wielkiej Depresji, realne płace kobiet wzrosły! W efekcie, pracująca kobieta miała teraz dla rodziny nieporównywalnie większą wartość niż kiedyś. A pieniądze te były potrzebne – wzrost cen nieruchomości sprawił, że pracującego mężczyzny zwykle nie było już stać na kredyt mieszkaniowy, musiała się na niego zrzucać cała rodzina.

Praca dawała kobietom nie tylko pieniądze, ale też poczucie wartości, satysfakcję i wsparcie społeczne. W badaniu z 1976, trzy-czwarte zatrudnionych kobiet stwierdziło, że pracowałyby nawet gdyby ich rodzina nie potrzebowała tych pieniędzy.


Co doprowadza nas do obecnej sytuacji. Relatywnie stabilnej, ale jakże innej od pozornej stabilizacji powojennej! Nieporównywalnie większy procent kobiet pracuje (będzie prawdopodobnie się zwiększał, ale tylko do pewnego stopnia). Równouprawnienie w małżeństwie – łącznie z ojcem zajmującym się w domu dziećmi, jeśli to żona zarabia więcej – staje się dużo bardziej akceptowane Dużo więcej par zarabia wspólnie. Dużo więcej par mieszka ze sobą bez ślubu. Dużo więcej dzieci żyje w rodzinach innych niż nuklearne (dwójka rodziców + dzieci). Wszystkie te trendy stabilnie się utwierdzają i normalnieją.

Wszystko wskazuje na to, że trendy te będą się utrzymywały i utrwalały. Że dotarliśmy do końcowej fazy XIX-wiecznej rewolucji małżeństwa, kiedy to małżeństwo z miłości pokonało małżeństwo dla dziedziczenia…

Dotarliśmy też do końca mojego podsumowania :) No, pozwolę sobie na jeszcze jeden, krótszy wpis, poświęconym moim przemyśleniom po lekturze ;) Jest tego warta.



Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Zdzisiu

    Obraz małżeństwa z XIXw i późniejszych lat dotyczy Europy, Ameryki czy obu? Pasował on do sytuacji w Polsce?

    A poza tym, gdzie się podziała reklama „odkochania”? We wcześniejszych wpisach o małżeństwie nadawała taką nutkę sarkazmu ;)

    • Obydwu. Pasowała. A reklamy zmieniają się wraz z pojawianiem się nowych produktów czy zbliżania terminów szkoleń :)

  • Michał Stolarczyk

    Dzięki ze ten cykl i włożoną w niego pracę. Bardzo wartościowy!