Nieco o tym, jak miłość pokonała małżeństwo… cz. 2

Kontynuując cykl o wnioskach z „Marriage, a history” (cz. 1 tutaj), w tym wpisie zajmiemy się tym jak małżeństwo działało w starożytności (a w dużej mierze przez większość ludzkiej historii).

Pierwszą część cyklu zakończyliśmy na wskazaniu pierwotnej roli małżeństwa. Na początku służyło ono budowaniu sieci sojuszy na mniejszą, lub większą skalę. Z czasem i wzrostem majętności i nierówności majątkowych, jego istotną rolą zaczęła być kontrola dziedziczenia (i powiązane z tym sojusze).

Ta kontrola dziedziczenia przełożyła się na ściślejszą kontrolę zachowań członków rodzin, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Ponieważ to kobiety mogły „umożliwić” wprowadzenie czynnika zewnętrznego do linii rodzinnej (i praw dziedziczenia), ich zachowanie podlegało ostrzejszej kontroli, a kary dla kobiet za cudzołóstwo czy seks przedmałżeński surowsze. Problem pogłębiło wynalezienie pługu – narzędzie to, choć bardzo przydatne w rolnictwie, dramatycznie pogorszyło pozycję kobiet w społeczeństwie. Było ono postrzegane jako wymagające zbyt dużej siły, oraz – w odróżnieniu od motyki – kiepsko dopasowane do pracy wykonywanej przez kobietę z niemowlęciem. Równolegle z popularyzacją pługów widzimy więc zmianę zwyczajów matrymonialnych – zamiast wpłacać wiano za żonę (dodatkową siłę roboczą dla rodziny!), zaczęli domagać się posagów. To z kolei przełożyło się na dalszą zmianę postrzegania wartości kobiet.

Wraz ze wzrostem majętności społeczeństw, klasy wyższe często wprowadzały zwyczaje służące demonstrowaniu statusu, ale wybitnie niekorzystne dla kobiet. Nowe standardy piękna lub zachowań de facto upośledzały kobiety z takich rodów – demonstrując przy okazji „jesteśmy tak bogaci, że pracują u nas niewolnicy, a nie nasze żony, siostry i córki!” Do takich zwyczajów należały ograniczające ubiory, ciężkie klejnoty, wybitnie długie paznokcie, czy znane do dzisiaj okaleczenia stóp małych dziewczynek, ograniczające ich mobilność. Również w tym okresie widzimy rosnącą popularność ograniczania świata kobiet do wewnętrznych pokojów dziedzińców domostw („jesteśmy tak bogaci, że nasze kobiety nawet nie muszą opuszczać domu”). Klasy niższe, jeśli tylko było je stać, podążały za tymi modami.

To w tym okresie pojawia się np. rosnąca popularność woali i innych zasłon twarzy (popularnych m.in. w starożytnej Syrii czy Grecji), gdzie, co ciekawe, karano nie za brak woali, ale za nieuprawnione ich noszenie, np. przez prostytutki! Również w tym okresie zaczęto postrzegać ciało żony jako należące do ojca lub męża i zezwalające na nieograniczoną przemoc wobec kobiet ze strony „właścicieli”.



Przerwa na reklamę ;)


Chcesz dojść do siebie po zakończonym związku? Pakiet Autocoachingowy Odkochanie pomoże Ci o to zadbać!


Wracamy do artykułu :)



To również w tym okresie małżeństwo zaczęło być uzgadniane z rodzicami panny młodej, a nie z nią samą. Jednocześnie stało się istotnym politycznym narzędziem, otoczonym całą niwą intryg. Nowi władcy często uwiarygodniali swoje rządy przez małżeństwo z wdową lub córką poprzedniego władcy. Niżsi rangą szlachcice lub nawet majętni przedstawiciele plebsu walczyli nie raz o okazję małżeństwa z córami znacznych rodów i podwyższeniem swojego statusu. Co ciekawe, ze względu na ówczesne uwarunkowania, w kulturze mieliśmy raczej fantazje o „księżniczce na białym koniu” i wżenieniu się w majętny ród, niż nasze współczesne fantazje o „księciu na białym koniu” ;) Mamy to nawet w mitach Greckich – Hippomenes zdobył rękę Atalanty pokonując ją w wyścigu, Pelops rękę Hippodarmii pokonując jej ojca w wyścigu rydwanów.

Choć podległość kobiet pod mężów była w tym okresie powszechna, nie była ona absolutną regułą. Np. w starożytnych Chinach, księżniczki mogły być karane tylko przez cesarza. Jedna z nich argumentowała nawet – skutecznie! – że skoro jej brat cesarz ma prawo do haremu, ona też ma do niego prawo. (Dostała 30 konkubentów.) Księżniczki wysyłane przez swoich potężnych ojców dla potwierdzenia sojuszu często przybywały ze swoim rozległym dworem oraz z mocą dyplomatyczną jako przedstawicielki swoich ojców, co dawało im znaczną władzę. (Lub przynajmniej możliwość pokarania męża, który nie dość się starał. Moquiuixtii, jeden z pre-kolumbijskich władców z terenów dzisiejszego Meksyku, rozsierdzony brakiem szacunku, jaki mąż okazywał jego córce, najechał i zniszczył jego królestwo.) Oczywiście córki słabych władców wysyłane na dwór potężnych królów w podobnym celu miały dużo gorszą pozycję.

To wszystko tworzyło zresztą ciekawą dynamikę w parach. Z jednej strony, gdy władca preferował konkubinę lub żonę niższej rangi, nad swoją główną, polityczną żoną, było to zwykle traktowane jako emocje przesłaniające zdrowy rozsądek. Z drugiej strony jednak, takie konkubiny często nie miały konfliktu lojalności między mężem, a rodziną, w odróżnieniu od córek potężnych rodów, którym mogło np. opłacać się dążyć do przedwczesnej śmierci męża i przejęcia jego dóbr przez ich syna.

To skłaniało wręcz niektórych władców do brania za żony kobiet z plebsu, albo np. swoich krewnych.


Wśród plebsu małżeństwa nie były może tak politycznie intensywne, ale wciąż były dużo bardziej racjonalne, niż emocjonalne. Małżonek postrzegany był jako ktoś chroniący wspólne interesy, być może wspólnik biznesowy. Starożytni Grecy w mowach pogrzebowych swoich żon chwalili głównie ich samo-kontrolę (czyli wierność małżeńską oraz dbanie o majątek męża). Ciekawym przebłyskiem tej mentalności był fakt, że gwałt karany był karą pieniężną, ale uwiedzenie żony innego mężczyzny – śmiercią. Ten, kto zdobywa kobietę siłą będzie bowiem przez nią nielubiany, ale jeśli zrobi to urokiem, zyskuje dostęp do pilnowanego przezeń majątku jej męża!

Dobór żony czy męża wśród plebsu był generalnie bardzo praktyczny. Poczynając od tego, czy wspólne ziemie do siebie przylegają (co ułatwia ich uprawę!), a kończąc na tym jaką osobą jest taki człowiek. Nie, nie czy jest miły, uroczy, męski, ma podobne poczucie humoru, czy cała reszta tego współczesnego „badziewia”. Czy będzie ciężko i starannie pracował oraz dbał o wspólny majątek. Wzór ten miał pozostać, a nawet rozwinąć się w wiekach średnich, ale do nich przejdziemy w kolejnej części.

Małżeństwo było podstawową jednostką społeczną. Z musu – pracy niezbędnej do przeżycia było zbyt wiele, by dało się ją wykonać samemu. Presja na to była tak wielka, że gdy wojny zredukowały populacje wolnych mężczyzn w starożytnym Rzymie, wiele zrozpaczonych kobiet brało za mężów niewolników. Aby temu przeciwdziałać, wprowadzono prawo zniewalające każdą kobietę, która mieszkała z niewolnikiem bez zgody pana, a niedługo potem zakazano kobietom uwalniania niewolników w celu małżeństwa z nimi.

Mimo jego znaczenia, małżeństwo nie było obarczone zbyt wieloma rytuałami. O ile u klas wyższych podpisywano często kontrakty małżeńskie, u plebsu małżeństwo de facto zachodziło gdy mężczyzna i kobieta zamieszkali razem z zamiarem wspólnego prowadzenia domu. Nic więcej nie było potrzebne. Również rozwody były stosunkowo łatwe (choć popularne było np. aranżowanie małżeństwa dla żony, z którą się rozwodzono, tak by ułagodzić jej krewnych). Wystarczała jednostronna deklaracja (choć jeśli rzucona w gniewie, mogła być odwołana).


To całe powiązanie małżeństwa z polityką i sojuszami było dość destrukcyjne dla stabilności społecznej. Starożytni nie walczyli za państwo czy miasto, tylko za prywatne sojusze i niesnaski. Dlatego starożytność była również okresem eksperymentów ze zmianą tego systemu. Z tego względu antyczny „tyran” nie był bynajmniej postacią negatywną – stabilny władca, nawet najgorszy, był dla plebsu i kupców lepszym rozwiązaniem, niż nieustanne potyczki arystokracji. Ateńczycy rozwiązali problem inaczej – eksperymentując ze zmianami w prawie, ograniczając dziedziczenie oraz wprowadzając losowo wybieraną radę miasta. Nie bez znaczenia było też wprowadzenie armii podlegającej miastu, a nie poszczególnym rodom. Wielu ateńskich poetów czy scenarzystów zaczęło tworzyć dzieła mniej lub bardziej subtelnie potępiających arystokratyczne myślenie i przedstawiających małżeństwo jako relację dwóch osób, a nie dwóch rodów. Niestety, efektem ubocznym tych działań były inicjatywy zmniejszające znaczenie i prawa kobiet – tak by zredukować ich możliwy wpływ na polityczne gry rodów. Jeśli kobieta nie była przedstawicielką swojego rodu, „ambasadorką” swojego ojca… to była własnością męża.


Taką własnością była też w starożytnym Rzymie, tyle, że tam było to w pewien sposób bardziej zdemokratyzowane – bo CAŁA rodzina, mężczyźni i kobiety, wolni i niewolnicy, należała do ojca rodziny. Tu ciekawa anegdota o pochodzeniu angielskiego terminu na „wychować dziecko”. W oryginale używa się terminu „raising”, oznaczającego również podniesienie/uniesienie. Jeśli bowiem ojciec rodziny podniósł noworodka, rodzina się nim zajmowała. Jeśli nie uniósł dziecka w górę – zostawiano je na śmierć (czasem bywało adoptowane przez inną parę). W rodzinie rzymskiej ojciec rodziny miał władze absolutną – nad żoną, dziećmi, wnukami, niezależnie od płci. Obejmowała ona również niewolników oraz ludzi wolnych, ale uwolnionych przez daną rodzinę i zachowujących jej nazwisko. Ojciec rodziny nie był jej członkiem – był jej panem.

To istotne rozróżnienie, które będzie dla nas stanowiło podstawę średniowiecznego myślenia o rodzinach i związkach i wyjaśni fascynującą rewolucję, która zaszła na przełomie XVIII i XIX wieku. Jest też interesujące ze względu na to jak wpływało na kulturę i sposób myślenia tych ludzi – słynny rzymski pedagog Kwintylian podawał jako przykład błędu logicznego (!) zdanie „Jeśli związek między panią, a niewolnikiem jest bezecny, to związek między panem, a niewolnicą jest bezecny.”


Rzym jednak z czasem zaczął chylić się ku upadkowi, a starożytne tradycje ustępować chrześcijaństwu i średniowiecznym ideom… Nimi zajmiemy się w kolejnej części cyklu :)



Chcesz uczyć się skuteczniej, łatwiej zapamiętywać i wydajniej przywoływać informacje? Nie obiecuję nauki szybszej - obiecuję, że czas, który na nią poświęcisz będzie zdecydowanie lepiej wykorzystany. Skuteczna Nauka już teraz na MindStore.pl!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Zdzisiu

    Powiedziałbym, że to przykre. I pokazuje, że życie to walka o zasoby.

    • Piotr Bekier

      nie wysuwałbym takich wniosków tylko na podstawie wiedzy na temat tego jak wglądało kiedyś małżeństwo.

    • Kamil

      Co najwyżej pokazuje, że życie BYŁO walką o zasoby. Dzięki poprawiającym się warunkom życia możemy coraz bardziej oddalić się od brutalnego, bezwzględnego świata natury :)

      • Zdzisiu

        Do czasu, aż coś pójdzie nie tak. Wojna, kataklizm, kryzys ekonomiczny. Mamy zasobów pod dostatkiem, więc możemy je marnować i dobierać się w pary nie patrząc na majątek. Ale jak kiedyś będzie głód (a tego nie można wykluczyć), to za puszkę konserwy turystycznej będziesz mieć niezłe ruchanko.

        • Piotr Bekier

          Tak czy siak, nie możesz powiedzieć że życie (ogólnie) zawsze jest walką o zasoby. Po tym co napisałeś najwyżej można dojść do wniosku, że życie w określonych (podanych przez ciebie) warunkach może być walką o zasoby.

          • Zdzisiu

            No właśnie mogę napisać, że życie OGÓLNIE zawsze jest walką o zasoby. Jedne organizmy przekazują swoje geny, bo inne gorzej radzą sobie ze zdobywaniem zasobów. To właśnie życie w określonych warunkach sprawia, że można przymknąć oko na zdobywanie jedzenia, wody, terytorium.

            Subiektywnie mogę sobie myśleć, że w życiu chodzi o zabawę, rozwijanie się, odkrywanie nowych rzeczy, czy bycie szczęśliwym. Ale jak nie będę mieć zasobów, to zdechnę z głodu zanim się rozmnożę.

          • Piotr Bekier

            „Jedne organizmy przekazują swoje geny, bo inne gorzej radzą sobie ze zdobywaniem zasobów”

            Nie, przekazanie genów nie ma związku tylko ze zdobywaniem zasobów. Mogę mieć np pieniądze i jedzenie a być po prostu nie atrakcyjnym dla kobiet ( skrajnie mówiąc żadnych) i też nie przekaże genów.

            „To właśnie życie w określonych warunkach sprawia, że można przymknąć oko na zdobywanie jedzenia, wody, terytorium.”

            Też nie. Życie w każdych warunkach będzie wymagało by zwracać uwagę na jedzenie, wodę czy terytorium. Jeśli przymkniesz na to oko to po prostu umrzesz w każdych warunkach.

            „Subiektywnie mogę sobie myśleć, że w życiu chodzi o zabawę, rozwijanie
            się, odkrywanie nowych rzeczy, czy bycie szczęśliwym. Ale jak nie będę
            mieć zasobów, to zdechnę z głodu zanim się rozmnożę.”

            Jasne to czego człowiek oczekuje od życia oraz tego czego od niego potrzebuje to kwestia subiektywna. Oczywistym też jest że żeby spełnić te oczekiwania i potrzeby potrzebne są zasoby, pieniądze, jedzenie, dach nad głową. ok

            W tym znaczeniu jakim wyjaśniłeś teraz mógłbym się zgodzić że Zasoby są na pewno podstawowym elementem potrzebnym do życia

            Lecz zdobywanie tych zasobów nie musi być równe z tym że musisz o nie walczyć… może oznaczać ale nie musi. I szczególnie w dzisiejszych czasach w cale nie musi to oznaczać. To chyba właśni miał na myśli Kamil

          • Generalnie rzecz biorąc od +/- 100 lat żyjemy w raju – tylko tego nie widzimy :) Warto wyjść od tego założenia.

          • Piotr Bekier

            W sumie fakt :). Zapomniałem o tym. Przede mną jeszcze wiele nauki.

            Z drugiej strony wychodząc z tego założenia dalej możemy mieć sytuacje (na świecie) gdzie jakimś ludziom ciężko o pożywienie. Oczywiście zapewne od +/- 100 lat takich sytuacji też jest mniej na świecie, dobrze myślę?

            Ta rozmowa o walce o zasoby skojarzyła mi się z metaforami o których już pisałeś. Jak rozumem może być tak (nie zwracając już uwagi na to kto ma racje) że Zdzisiu i Ja mamy inne metafory względem tego czym jest życie?