Nie masz prawa do własnego zdania

Filozof Patrick Stoakes rozpoczyna swoje zajęcia od pewnego stwierdzenia:

„Na pewno spotkaliście się z wyrażeniem „każdy ma prawo do swojego zdania”. Być może nawet sami to powiedzieliście, aby uniknąć dyskusji lub ją zakończyć. Cóż, chce wam powiedzieć, że jak tylko wchodzicie do tego pokoju, ta zasada przestaje obowiązywać. Nie macie już prawa do własnego zdania. Macie prawo tylko i wyłącznie do zdania, które jesteście w stanie uargumentować.”

Nie mógłbym się bardziej zgadzać :)

Fakty, fakty... a, chodzi Ci o taką gazetę Fakt!

Fakty, fakty… a, chodzi Ci o taką gazetę Fakt!

Problem ze stwierdzeniem „każdy ma prawo do swojego zdania” sprowadza się do jego wieloznaczności.

Czy mamy je rozumieć, że każdy ma prawo myśleć co chce? Jeśli tak, to pełna zgoda, policji myślowej nie uznajemy* :) To jednak dość trywialne.

Czy mamy je rozumieć jako „każdy może mieć inny gust, lubić coś, czego ty nie lubisz”? Jeśli tak, znów – prawdziwe, ale trywialne.

Problem pojawia się, kiedy to zdanie jest używane w trzecim znaczeniu – „Każdy ma prawo do swojego zdania, więc moja niepodparta niczym opinia powinna być traktowana na równi z uzasadnionym i opartym na faktach stwierdzeniem z nią sprzecznym.”


Niewątpliwie masz prawo mieć własne zdanie w swojej głowie. Niewątpliwie masz prawo głosić własne zdanie. Jednocześnie, w momencie gdy to zdanie opuszcza granice Twojej głowy i wychodzi w świat jako wypowiedź, książka, artykuł czy post w internecie, to zdanie nie podlega już żadnej specjalnej ochronie.


Jeśli powiedziałeś coś głupiego, kłamliwego, sprzecznego z faktami – inni mają prawo Ci to wskazać.

Dla jasności: ludzie nie mają prawa nazwać Ciebie głupim dlatego, że powiedziałeś coś głupiego – mądrzy ludzie też mówią głupoty, ba, nawet bronią ich mądrzej. Mają jednak prawo wskazać wszelkie błędy i słabości w Twoich wypowiedziach. Możesz się z tymi błędami nie zgadzać, możesz podważać argumentacje rozmówców – ale próbując zakazać im tej argumentacji pod pretekstem „prawa do własnego zdania”, de facto próbujesz im odebrać prawo do ich zdania.


No dobrze, ale skąd to prawo do dyskusji? Dlaczego należy je uznać?

Cóż, podstawowy powód jest dość prosty, choć – niestety, często ignorowany.

Odpowiedzialność. Za siebie i za słowa, które wypowiadasz.


Biorąc coś z siebie i umieszczając to w przestrzeni publicznej, wpływasz na ludzi. Dorzucasz jakiś kamyczek do ich wizji świata. Co więcej, ze względu na efekt tzw. misattribution of memory, błędnego przypisania źródła wspomnienia, za jakiś czas ludzie zapomną kto powiedział daną rzecz, będą jedynie pamiętali to stwierdzenie. To właśnie mechanizm słynnego Goebbelsowskiego „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Ludzie nie będą pamiętali tego, że dana wypowiedź była Twoją subiektywną opinią, a Ty się nie znasz na temacie. Ta „laicka subiektywna opinia” będzie im się kołatała po głowie jako fakt.

A to już ogromna odpowiedzialność. Za wszystko co mówisz, nawet gdy jest to pogawędka na Twoim wallu na facebooku.

Pomyśl o tym – jakaś głupotka, którą powiesz, może być podjęta przez dziesiątki ludzi, z których część przekaże ją kolejnym dziesiątkom, a oni kolejnym. Taki memetyczny wirus, którego konsekwencje, długoterminowo, mogą być naprawdę nieprzyjemne, dla wszystkich ludzi – jak widzimy obecnie w przypadku memu antyszczepionkowego/proepidemiologicznego.

To jest odpowiedzialność, która spoczywa na Twoich barkach ilekroć wypowiadasz się publicznie. Odpowiedzialność, którą lubimy ignorować, bo gdyby zdawać sobie z niej ciągle sprawę, można by po prostu oszaleć.


To właśnie z powodu tej odpowiedzialności prawo do podważania kłamstw, bzdury i fałszywych stwierdzeń, prawo do debaty, jest tak ważne. Bo daje ono szansę na oczyszczenie atmosfery, na zaszczepienie przeciwko tym ideologicznym wirusom.

I z tego powodu, wypowiadając się publicznie na cokolwiek ,co nie jest kwestią gustu, zbywasz swoje prawo do własnego zdania. Zostaje Ci tylko prawo do tego, co jesteś w stanie skutecznie uargumentować.

Jakakolwiek alternatywa byłaby zwykłą, szczeniacką nieodpowiedzialnością za świat i społeczeństwo, w którym wszyscy żyjemy.




P.S. Artykuł ten został zainspirowany tekstem Stoakes’a, do przeczytania tutaj.

* Przepraszam, Bester. Nie uznajemy i już.


Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Grzegorz Styczeń

    A co sądzisz o opinii na własny temat? Czy odpowiedzialnosc za to co sądzę na swój temat jest równie ważna, co odpowiedzialnosc osoby która ma przeciwne zdanie? Np. ktoś uważa się że Super wygląda, i na potwierdzenie znów dodaje na fb 50 zdjęc w nowej kreacji. Z drugiej strony jest osoba która opierając opinię na „swoich” faktach komentuje zdjęcia że są do dupy…

    • Tu wchodzimy w kwestię gustu, nie opinii o faktach :)

  • Cezary Bachley

    Artur zgadzam się z większością tego co napisałeś. Mam tutaj pytanie. Mówisz że człowiek ma prawo do własnego zdania dopóki go nie publikuje. Wyjdźmy na chwilę poza internet, i skupmy się na chwilę na podobnej sytuacji wziętej z życia.
    Zauważyłem że np. w mniejszych skupiskach ludzi (np. na wsi) ludzi interesują się życiem innych ludzi, gdy ktoś odstaje od wspólnie wyznaczonej normy inni zwracają mu uwagę że coś robi źle. W UK nikt nie ma prawa zwracać uwagi innemu człowiekowi na to jak żyje, to ma swoje uzasadnienie chociażby z tego powodu że życie pana x jest jego życiem i on ma prawo do popełniania własnych błędów.
    Co jeżeli takie błędy mają wpływ na zachowanie innych, na ich światopogląd i sposób myślenia. Wiadomo że ludzie modelują innych ludzi, jednak tutaj również pojawia się odpowiedzialność za swoje słowa i zachowanie w realu.
    Interesuje mnie twoje zdanie. Czy uważasz że powinniśmy stosować podobną taktykę w życiu? (pomimo że nie jest to akceptowane społecznie, lub sprzeczne z prawem..)