Jest nieco narzędzi rozwojowych, za którymi po prostu nie przepadam. Nie pasują mi. Nie lubię ich. W ogóle nie stosuje ich na sobie. Nie stosuję ich w pracy z klientami, o ile nie są akurat idealnie dopasowane do sytuacji.

Ale działają, często mają solidne oparcie badawcze, więc nie mogę zrobić nic innego, niż tylko je polecać.


To właśnie różnica między naukowym, a emocjonalnym podejściem do rozwoju. Mogę danego narzędzia nie lubić i samemu nie używać, ale jeśli daje efekty, będę o tym mówił. Moje doświadczenie z daną metodą może być kiepskie, ale jeśli badania mówią, że działa – to po prostu przyjmuję do wiadomości, że działa i stosownie reaguję :)


W tym wpisie chciałem się zająć trzema takimi narzędziami, za jakiś czas wrócę może do tematu i opisze jakieś inne.


1. Mindfulness/ Uważność

… czyli buddyjska medytacja pozbawiona buddyjskich naleciałości. Po prostu uczysz się obserwować siebie i swoje myśli, dysocjując się od tego doświadczenia. MBCT, czyli psychoterapia poznawcza oparta na praktyce mindfulness ma, wg. sporej liczby badań, całkiem niezłą skuteczność, szczególnie w zakresie redukcji stresu oraz profilaktyki dla osób które cierpiały na depresję. Jest też nieco obiecujących wyników z zakresu wykorzystania MBCT w zaburzeniach lękowych.

Fakt, jakość tych badań zostawia jeszcze sporo do życzenia i przydałyby się próby lepszej jakości. Fakt, MBCT zaliczyło na początku lat 2000-nych spory „hype” i tendencję do nadinterpretacji korzyści, jakie może zaoferować. Nie zmienia to faktu, że wg. dostępnych badań daje korzyści i jest wartościową metodą.

Prywatnie? Nie lubię jej. Moje główne doświadczenie z MBCT to trening z doświadczonym terapeutą tej metody (i zarazem kapłanem buddyjskim) z Australii, zaproszonym na warsztat na Wydziale Psychologii UW. Warsztat nie przemówił ani do mnie, ani do większości obecnych na sali psychologów, mocno zniechęcające było dla nas podejście terapeuty pt. „tak długo, jak pacjent jest uważny co do swoich problemów depresyjnych/lęków/stresu, sprawa jest załatwiona”. Miało to dla nas zdecydowany posmak rozwiązania tymczasowego i w dużej mierze uzależniającego dla pacjenta i zostawiło pewien niesmak. Niestety, takie podejście nie było wyjątkiem i od tego czasu spotkałem więcej terapeutów MBCT mających takie podejście do kwestii pracy z problemami.

Ok, więc nie lubię MBCT. Kiepsko też dla mnie działa. Techniki na uptime są dla mnie dużo wydajniejsze. JEDNAK faktem jest, że MBCT działa. Jeśli więc mam klienta, dla którego byłoby przydatne – sugeruje mu tą metodę. Jeśli ktoś mnie o nią pyta, odpowiadam zgodnie z prawdą, że prywatnie nie lubię, ale jest niewątpliwie skuteczna. Jeśli w końcu pasuje do tematu, zamieszczam ją w swoich materiałach, tekstach czy szkoleniach. Bo po prostu wspierają ją badania.

www.dianadomin.com

2. Hipnoza

Tak, skuteczność hipnozy bywa mocno przeceniana. Tak, jej zwolennicy lubią się zamykać w swoich „gettach” i unikać niezależnych pomiarów skuteczności swoich interwencji, tworząc tym samym różne kółka wzajemnej adoracji. Tak, klienci poszukujący pomocy hipnotyzera często szukają „magicznej pigułki”, która rozwiąże sprawę za nich, bez jakiegokolwiek wysiłku z ich strony. Niekiedy z lenistwa, częściej z braku wiary w to, że sami mogą coś z tym problemem zrobić – ale szukają takiej właśnie „pigułki”.

To powiedziawszy, ponownie, hipnoza działa. Słabiej i wolniej niż chcieliby jej zwolennicy, ale badań na temat jej skuteczności jest naprawdę sporo. Ba, w końcu sam magisterkę pisałem właśnie z tematyki hipnozy i podatności hipnotycznej. Jest niewątpliwie skuteczna w uzyskiwaniu efektu znieczulenia, pomocna w całym szeregu zastosowań terapeutycznych (choć najlepiej sprawdza się w roli terapii wspomagającej, nie przewodniej). Ma umiarkowaną (20-30%) skuteczność przy zmianie nawyków (np. palenia), bywa pomocna w redukcji wagi. Otacza ją też niestety sporo mitów i problemów, jak choćby kwestia przywoływania fałszywych wspomnień podczas regresji hipnotycznej (krótka piłka – dowolne wspomnienie, jakie przywołujesz, staje się przynajmniej częściowo zafałszowane w toku przypominania, przypominanie jest procesem kreacji, nie odtwarzania).

Prywatnie? Nie mam nic przeciwko hipnozie, ale rzadko kiedy chce mi się na nią tracić czas na sesji – w zakresie tego co robię są po prostu wydajniejsze narzędzia. Mam ogromną świadomość tego, jak bardzo hipnoza bywa przeceniana i jak jej zwolennicy lubią się wkręcać. Nie dziwie się temu, duża część hipnozy jest oparta o efekt WOW i wywoływanie niesamowitego wrażenia. Sam pamiętam tą fascynację gdy widziałem czy stawiałem most kataleptyczny, czy robiłem inne dziwne rzeczy. Gdy wchodziłem w środowisko rozwoju osobistego, hipnoza była jedną z większych czekających na mnie atrakcji.

Niestety, z biegiem czasu okazało się, że duża jej część to dym i lustra. Miło, fajnie, efektownie, tylko niekoniecznie efektywnie. Nie ma w tym nic złego per se, po prostu warto mieć świadomość, że to raczej narzędzie wspierające terapię, niż stanowiące jej podstawę. JEDNAKŻE, w tej roli wspierającej, jest to metoda o sensownej i potwierdzonej skuteczności. M.in dlatego program mojej Szkoły Coachingu i ChangeWorku zawiera dzień nauki z hipnotyzerem, tak by absolwenci szkoły mieli w swojej skrzynce z narzędziami to konkretne narzędzie i mogli z niego, w razie potrzeby, skorzystać.


3. Timeline Therapy (TLT)

Czyli oficjalnie stworzona przez Tada Jamesa, a nieoficjalnie ukradziona Bandlerowi technika zmiany emocji przez wyobrażoną podróż po przestrzennej reprezentacji swojej historii życiowej. Tu sytuacja jest nieco bardziej specyficzna, gdyż w zakresie badań nie ma żadnych sensownych testów metody. No, jest jedno „badanie”, które przypomina raczej żart – nie opublikowane w żadnym piśmie typu peer-review, oparte o małą, nierandomizowaną próbę z kiepską grupą kontrolną. Tym niemniej prior probability tej metody jest całkiem przyzwoite – miesza ona dysocjację, warunkowanie i przestrzenną reprezentację czasu, czyli rzeczy o konkretnych psychologicznych podstawach badawczych.

Prywatnie? Byłem lata temu na szkoleniu z TLT u Adama Dębowskiego. Nie mam nic do metody w jego wykonaniu, po prostu sama metoda mi nie podeszła zupełnie. Ot, kwestia osobistych gustów. Po latach zacząłem też dostawać sygnały z różnych źródeł z zachodu, że osoby długo praktykujące TLT mają tendencję do, jak to określił jeden z moich kontaktów „robienia za czołgi w relacjach”. „Przyzwyczaili się do tego, że reakcja na problem to wzniesienie się w wyobraźni nad problem i przebicie się przez niego i tak samo zachowują się w kontaktach osobistych.” jak to określił inny. Są to jednak obserwacje z zachodu – być może są konsekwencją jakiegoś uwarunkowania lingwistycznego, którego nie da się (na szczęście) przetłumaczyć, może są pochodną tego jak tam się metody uczy, może są po prostu pewną obserwacją, której nie da się trafnie uogólnić. Za mało znam osób korzystających z TLT w PL by móc starać się zweryfikować te obserwacje na naszym gruncie.

TO POWIEDZIAWSZY o ile dla mnie TLT nie pasuje, to na podstawie jego prior probability można dopuszczać jego skuteczność i może być czymś do przetestowania i lepszego zbadania.


Tak jak wspominałem – niektórych metod mogę sam nie lubić. Tak długo, jak długo będą za nimi stały dowody, będę jednak o nich mówił pozytywnie. I vice versa – jeśli są dobrej jakości badania pokazujące wyraźnie brak skuteczności jakiejś metody, a moje doświadczenie mówiłoby co innego, zawierzę badaniom przed doświadczeniem.


Beyond NLP w Praktyce to kurs dla wszystkich, którzy chcieliby opanować NLP i zacząć korzystać z tych narzędzi na co dzień.  Usprawnij swoją komunikację, inteligencję emocjonalną i skuteczność w codziennym życiu. Ogromny pakiet nagrań i materiałów w wyjątkowo przystępnej cenie!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis