Nie będziesz mi mówić z czego mogę się śmiać!

Dyskusje na temat komedii, żartów, dopuszczalnych standardów (i ich łamania) przez różnego rodzaju komików niemal zawsze kończą się kliszą pt. „Nie będziesz mi mówił z czego mogę się śmiać! Za kogo się uważasz, żeby mi to narzucać?! Komuś żarty przeszkadzają? To niech przestanie to nadmiernie brać do siebie! To w końcu tylko żart!”

Jednocześnie, w miarę jak świat świat się coraz bardziej świadomy konsekwencji pewnych działań, śmianie się z pewnych kwestii faktycznie zaczyna być pewnego rodzaju tabu. Ludzie zaczynają dostrzegać, że śmiech może powodować ból i cierpienie.

Dlatego pomyślałem, że warto zaproponować wariant pośredni. Nie będę Ci mówił z czego możesz się śmiać. Ale silnie zasugeruję kiedy możesz się śmiać.

Tak naprawdę, wariant ten już teraz obowiązuje. Kiedy jesteś na pogrzebie, nie rzucasz żartami, prawda? I nie oskarżasz żałobników o „nadmierne branie żartów do siebie”. Po prostu „czytasz sytuację” i rozumiesz, że tego typu zachowanie skrzywdziłoby obecnych tam ludzi.

Już teraz godzimy się więc na to, że w pewnych sytuacjach nie żartujemy w ogóle.


Będą też sytuacje, w których żartować możemy, ale pewne tematy omijamy. Ciągnąc temat pogrzebowy – spotykając wdowę czy wdowca kilka tygodni po pogrzebie, będziemy już mogli żartować. Będziemy jednak raczej wystrzegali się czarnego humoru. Bo rozumiemy, że może on wzbudzić przykre skojarzenia. Znów, nie uznawalibyśmy tutaj, że taki wdowiec „nadmiernie bierze do siebie żarty o nekrofilii.”

Już teraz godzimy się więc na to, że w pewnych sytuacjach nie żartujemy na określone tematy.

(Szybka uwaga: jeśli nie zgadzasz się z powyższymi dwiema tezami, to prawdopodobnie dalej już się nie dogadamy. Jeśli jesteś osobą czującą się komfortowo żartując na pogrzebie czy mówiąc o nekrofilii przy wciąż cierpiącej wdowie, to prawdopodobnie Twoje rozumienie procesów społecznych jest tak odległe od mojego, że równie dobrze mógłbym tu rozmawiać z kosmitą. Wątpliwe więc, by dalsza część tego artykułu coś Ci dała.)


Humor jako broń

Humor jest zwykle postrzegany jako coś pozytywnego i dobrego. Fajnie jest się pośmiać. Daje to poczucie relaksu, ulgi, rozładowania napięcia. (Często, wcześniej, celowo budowanego i potęgowanego dla uzyskania silniejszego efektu.)  U niektórych osób stanowi wręcz mechanizm obronny, sposób unikania trudnych doświadczeń czy rozmów.

Niewątpliwie wszystkie te mechanizmy zachodzą u osoby żartującej, albo u widowni odbierającej żart.

Dużo rzadziej zwracamy jednak uwagę na to, co humor robi ze swoim obiektem. A tutaj jest zwykle po prostu formą społecznej agresji. Poniżenia. Przemocy. (Niekiedy również fizycznej, jak w wypadku slapsticku.) Humor ma ofiary.

Dobrzy komicy o tym wiedzą – dlatego standuperzy zwykle biorą na cel przede wszystkim siebie i kpią z tego jak źle jest w ich życiu. Ponieważ publika na nich silnie reaguje, końcowy ładunek statusowy jest w miarę zrównoważony. (To, swoją drogą, duży problem z polskimi standuperami. Rzadko kiedy decydują się na żarty z siebie. Dlatego rzadko kiedy są śmieszni.)  Komik wie jak „ograć” swoją pozycję, jednocześnie poniżając się i podwyższając i budując bliską, dynamiczną relację z publicznością. Inaczej to jednak wygląda, gdy humor zaczyna dotyczyć innych osób i obiektów.


Taki humor może bardzo łatwo stać się narzędziem przemocy i przerodzić w zwykły bullying. W prześladowanie słabszych i robienie z nich kozłów ofiarnych.

Jasne, taka forma też może być zabawna. Ludzie potrafią się śmiać z różnych rzeczy. Kiedyś rozrywką było ćwiartowanie ludzi na rynku, albo palenie żywcem kotów. Obserwując czyjeś cierpienie ludzie zyskiwali, paradoksalnie, jakąś ulgę, doznanie typu „to nie ja, ja jestem bezpieczny.” Temu służy rola kozła ofiarnego, pojawiająca się w wielu grupach. Ktoś cierpi, by reszta grupy mogła czuć się lepiej.

Tylko kluczowa kwestia jest tu następująca: grupy nie potrzebują kozłów ofiarnych. To jedna z wielu opcjonalnych ról, bez których grupy wciąż mogą sobie doskonale dawać radę.


Skoro już humor bywa agresją, to może warto zastanowić się kto powinien być obiektem tej agresji?

Słabi? Ci, którzy i tak już są na dole?

Czy może silni? Ci, którzy są na szczycie?


Z perspektywy skuteczności humoru, druga opcja jest zdecydowanie lepsza. Można to łatwo sprawdzić, choćby na przykładzie wspomnianego slapsticku. Wyobraź sobie dwie scenki:

  1. Biedny, smutny i przybity koleś wywala się na skórce od banana.
  2. To samo robi napuszony gość ubrany w luksusowy strój.

Co jest zabawniejsze?

Komicy od dawna wiedzą, że to drugie. (Oczywiście jest tu kilka dodatkowych kryteriów, np. po wywaleniu się na skórce od banana gość nie może wstać z zakrwawioną głową – bo to by sugerowało, że spotkała go realna namacalna krzywda.)


Śmianie się z tych na szczycie jest więc po prostu zabawniejsze. Jest też bardziej etyczne – bo kopanie tych, którzy już są na dole jest może proste, ale naprawdę niezbyt sportowe.

Dlatego wyśmiewanie przez komików mniejszości różnego rodzaju, choć jest prostym obiektem do kpin, jest po prostu słabe. Nie jest wyrazem „odwagi” czy „niepodlegania politycznej poprawności”. Jest wyrazem lenistwa. Skupienia się na tych, z których najłatwiej się śmiać, bo już są postawieni w roli kozła ofiarnego.

Jest też wyrazem tchórzostwa. Bo z silnych lepiej się śmieje. I bardziej fair. Ale, a nuż ktoś silny poczuje się urażony? To ma siłę, by zareagować i próbować oddać komikowi.


Humor, a kontekst

No dobrze, ale komicy komikami. Wiadomo, że to specyficzna grupa. A co z ludźmi takimi jak Ty czy ja? Czy my nie mamy prawa okazyjnego zażartowania sobie z murzynów, gejów czy żydów? Albo z gwałtu czy pedofilii? Czy naprawdę żyjemy w świecie takiej ‚politycznej poprawności”?


Cóż, jedno proste słowo. Kontekst.


Po raz kolejny kwestią nie jest „czy żartować”, ani „na jaki temat żartować”. Jest nią „kiedy żartować?”


Odpowiedź: kiedy jesteś stosunkowo pewny, że Twój żart nikogo nie skrzywdzi. (Jeśli w jakimkolwiek momencie stracisz tą pewność, po prostu przeproś za przesadę.)

To nie jest kwestia „politycznej poprawności”. To kwestia nie bycia dupkiem. Jeśli Twój żart mógłby komuś sprawić przykrość, to po prostu zachowaj go na okazję, gdy nikomu tej przykrości raczej nie sprawi.

To naprawdę nie jest takie trudne. Potrafisz to robić. Serio!

Potrafisz np. nie pierdzieć w towarzystwie, tylko wstrzymać wiatry aż oddalisz się na bezpieczną odległość. Nie traktujesz takiego zachowania jako „politycznej poprawności”, a po prostu jako dbanie o innych.

Podobnie w wypadku żartów. No, z tym dodatkowym wyzwaniem, że w wypadku żartów musisz wyjść trochę z własnej głowy. Spróbować wczuć się w innych i ich podejście. Wyczuć kontekst.


Gdy spotykam się z przyjaciółmi na planszówki, końcówką wieczoru jest często gra p.t. Karty Dżentelmenów. To jest gra pełna bardzo chamskiego, bezczelnego, nieco studenckiego humoru. (Studenckiego – bo to jest ten wiek w jakim wiele osób odkrywa, że można się śmiać z pewnych rzeczy dotychczas uznawanych za tabu – i zaczyna lecieć w to na całego.) To gra w której non stop padają żarty bardzo ostre, chamskie, czasem wręcz prymitywne.

Jednocześnie to sytuacja, w której wszyscy rozumiemy, że to po prostu gra. W której wszyscy się dobrze znamy i wiemy, że nic co zagramy nie skrzywdzi nikogo z kim gramy. Bo wiemy, że nikt nie zostanie tym skrzywdzony.

Nie ma opcji, bym powtórzył takie żarty czy teksty np. tutaj na blogu.

Bo tutaj te same rzeczy mogą już kogoś skrzywdzić.

O to chodzi w rozumieniu kontekstu. Nie tyle „nie wolno Ci się z tego śmiać”, co „Wiesz co, może akurat TERAZ, W TYM TOWARZYSTWIE, się z tego nie śmiej. Bo wyjdziesz na dupka.”


Swoją drogą, coraz mocniej zgadzam się z obserwacją, jaką swego czasu przytoczył jeden z moich znajomych. Obserwacją o tym, że zwłaszcza w internecie ludzie gubią poczucie kontekstu. Mają poczucie, że rozmowa tocząca się wśród kilkuset czy kilku tysięcy osób na publicznym forum jest wymianą miedzy dwiema-trzema osobami, często dobrze znanymi. Pozwalają sobie więc na rzeczy, które w takim dwu-trzyosobowym kontekście byłyby ok, ale w miejscu publicznym już nie są. A następnie nie mogą zrozumieć reakcji, jaką wywołują u postronnych osób.


„Nadmierne branie do siebie”

Ostatnią kwestia, którą warto poruszyć w kontekście humoru, to popularne podejście pt. „Po prostu nie bierz tego tak do siebie.” Przesunięcie ciężaru odpowiedzialności za reakcję na humor, z osoby żartującej, na osobę z której się żartuje.

Bardzo często jest to wykorzystywane jako dość paskudne podwójne wiązanie, układ w którym ofiara nie ma dobrego wyjścia. Albo „przyjmie” żart i związanie z nim poniżenie, albo nie przyjmie – i dostanie etykietkę „nadmiernie wrażliwej”, „pozbawionej poczucia humoru”, itp. „Orzeł, ja wygrywam, reszka, Ty przegrywasz.”

Pomyśl, jakby to było, gdybyśmy inne rodzaje przemocy tak traktowali. „Dał Ci ktoś w mordę? Oj coś Ty taki wrażliwy! Nie bierz tego tak do siebie!” Humor traktujemy tu wyjątkowo – prawdopodobnie dlatego, że jedna osoba kpiąca z drugiej sprawia przyjemność też kilku innym, które nie chcą myśleć, że ich przyjemność jest czymś złym. Ławo więc racjonalizują swoje zachowanie, przenosząc ciężar odpowiedzialności na ofiarę. „My jesteśmy fajni, to Ty się zbyt spinasz!”


Tymczasem może ta kwestia „brania do siebie” jest prostą konsekwencją uwarunkowań danej osoby? Czy naprawdę ofiara gwałtu (której bardzo łatwo przywołać traumatyczne wspomnienia) oburzająca się na żarty z gwałtu ma cienką skórę? Naprawdę jest nadmiernie wrażliwa?

Czy może odwrotnie – to żartujący nie są wystarczająco wrażliwi? Nie widzą, że to co mówią może po prostu być bolesne dla kogoś?

Ponownie – to kwestia kontekstu. Wyczucia sytuacji. Nie bycia dupkiem.

Na koniec dnia – to Ty mówisz to co mówisz. Tak, będą pewne osoby mające kłopoty z czytaniem ze zrozumieniem, szukające wszędzie afery, czy na inne sposoby uciążliwe. Ale wiesz co?

Dostrzeżenie ich i reagowanie odpowiednio też jest umiejętnością odczytywania kontekstu.

Bo nie chodzi o to z czego żartujesz. Chodzi o to kiedy i przy kim.



Lean Actions  - chcesz zoptymalizować swoje działanie, tak by łatwiej, szybciej i pełniej realizować swoje zamierzenia? Ten kurs zapewni Ci narzędzia do realizacji tego celu. Trzy intensywne dni poświęcone wprowadzeniu podejścia Lean Mind do Twoich codziennych działań. Już w październiku w Warszawie! Kurs dostępny jest samodzielnie, lub jako fragment szerszego cyklu Lean Mind Experience


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis