Naiwna pogoń za „naturalnością”

Raz na jakiś czas trafiam w pracy z klientem na pewien specyficzny opór. Dana osoba chciałaby, żeby jej problem został pokonany, albo cel został osiągnięty „naturalnie”. Żeby „to się po prostu wydarzyło”.

Brzmi to niegroźnie, ale w praktyce stanowi jedną z bardziej paskudnych przeszkód dla zmiany osobistej.


Jakoś tak mi się ostatnio trafił w życiu pakiet ;) Ta problematyczna idea trafiła mi się akurat w krótkim odstępie czasu w pracy z klientką, w rozmowie z bliską osobą i w jednej dyskusji internetowej. Pomyślałem więc, że warto poświęcić jej wpis.

Klientka odrzucała wiele metod pracy nad sobą, bo uznawała je za nienaturalne zmiany. Dyskutant w internecie odrzucał możliwość zastosowania leków na depresję, bo miały rzekomo tworzyć „sztuczną osobowość”. Bliska osoba z którą rozmawiałem szukała sposobów by coś „samo” się stało i nie wierzyła w możliwość pracy nad zrealizowaniem danego celu. Każda z tych osób tak naprawdę sabotowała swoje działania, nie mając tego świadomości.

„Naiwna” w tytule może tu błędnie sugerować, że uznaje takie poszukiwanie „naturalności” za głupie lub łatwowierne. Jest to jedna z sytuacji, gdy potoczne rozumienie jakiegoś terminu niekoniecznie pasuje do psychologicznego. W psychologii mamy bowiem coś takiego jak „naiwne teorie umysłu”. To teorie, jakie ludzie tworzą na własny użytek, bez posiadania odpowiedniej wiedzy, na temat tego jak sami działają i jak działają inni. Pogoń za „naturalnością” jest tu „naiwna” w takim sensie, w jakim te teorie umysłu są naiwne. Nie jest głupia czy łatwowierna – jest po prostu wynikiem potocznego wyobrażenia na temat tego, jak działa umysł.


Potocznie mamy bowiem tendencje do tworzenia sztucznej bariery. To, jacy jesteśmy dotychczas oraz to co dzieje się z nami bez naszego świadomego dążenia – to rzeczy naturalne.

To, czego musimy się uczyć – to rzeczy sztuczne, nienaturalne, wyuczone. Ze swej, nomen omen, natury, nie będące tak „prawdziwe”, jak to, co mamy „naturalnie”.


Takie podejście ignoruje jednak kluczową kwestię w zakresie neurologii, psychologii czy kognitywistyki…

To jacy tu i teraz jesteśmy też jest wynikiem nauki.


Jasne, nie rodzimy się jako „tabula rasa”, absolutnie czysta karta bez żadnych skłonności czy uwarunkowań. Mamy pewne wstępne uwarunkowania, takie jak wrażliwość układu nerwowego na bodźce czy potrzeba poszukiwania podniet. Siła tych wstępnych uwarunkowań jest jednak dużo mniejsza, niż się popularnie uznaje. (Np. W przypadku wyszukiwania podniet genetyka wydaje się wyjaśniać niecałych 7% zróżnicowania.) Ogromna większość tego jacy jesteśmy jest natomiast wynikiem zwykłego uczenia się.

Niestety, nie myślimy o tym procesie, jako o uczeniu się. Domyślnym wzorem „uczenia się” jest dla nas siedzenie w szkole nad książkami, względnie trening na sali gimnastycznej. (Tak jak domyślnym wzorem „ptaka” jest dla nas gołąb czy jastrząb, a nie pingwin czy struś.)  Uświadomienie sobie, że uśmiech rodzica gdy coś robimy i jego brak reakcji gdy robimy coś innego też jest formą nauki jest pewnym wyzwaniem. Podobnie jak uświadomienie sobie, że kumple reagujący na nas dobrze gdy zachowujemy się w taki sposób i niezadowoleni gdy zachowujemy się inaczej też nas uczą.

W praktyce jednak tak właśnie się uczymy. Każdego dnia przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat naszego życia. To, że nie nazywamy tego nauką, że nie myślimy o tym jak o nauce nie czyni owoców tego procesu ani trochę bardziej naturalnymi, niż wyników procesu świadomej nauki.

Czyni natomiast te owoce bardziej losowymi, przypadkowymi i potencjalnie szkodliwymi. Ucząc się świadomie wiemy do czego zmierzamy. W procesie „naturalnej” nauki jesteśmy miotani między przypadkowymi bodźcami i oczekiwaniami otoczenia – niekoniecznie pasującymi do naszych oczekiwań. Można to ewentualnie uznać za ciekawsze czy bardziej nieprzewidywalne. Nijak jednak nie da się tego ukazać jako bardziej „prawdziwego”, lepszego dla nas czy „naturalnego”.


Takie podejście do „naturalności” jest więc nieuzasadnione. Jednocześnie jednak ma bardzo negatywne konsekwencje. Osoba, która takie podejście wyznaje oddaje kontrolę nad swoim życiem czynnikom zewnętrznym. Ona sama nie może się zmienić, swoim własnym wysiłkiem. (Gdyż byłoby to „nienaturalne”, a więc „sztuczne” i „nieprawdziwe”.) Może co najwyżej tak spróbować zaaranżować czynniki zewnętrzne, żeby doprowadziły do pożądanej zmiany.

Sama nie może ulec zmianie. Sama nie może pracować nad zmianą swoich poglądów, przekonań, uwarunkowań. Zmiana musi przyjść z zewnątrz, najlepiej zupełnie przypadkowo, by była naturalna.

To oczekiwanie na cud, na magiczne zaklęcie, które ma wyjątkowo małą szansę się spełnić.


Jasne, jakąś ma. Ludzie wygrywają też w końcu w totka. Nie ma jednak większego sensu opierać na takiej planowanej wygranej swojej kariery, prawda? Podobnie opieranie swojego życia na szansie na „naturalną”, pozbawioną naszego wysiłku zmianę naszcy emocji czy umiejętności społecznych w pożądanym kierunku.


Fascynujące jest przy tym, że ludzie takie podejście do naturalności zdają się wykazywać tylko względem swojego umysłu. Nigdy w życiu nie spotkałem się z cieniem takich oczekiwań odnośnie swojego ciała. Spotkałem się z „naturalnymi” wyjaśnieniami czyichś kompetencji – on „naturalnie” ma dobre poczucie rytmu w tańcu, ona „naturalnie” dobrze biega. Nigdy jednak te „naturalne” wyjaśnienia nie były używane jako sposób unikania własnej zmiany.

Nikt nie oczekuje, że nagle, magicznie, naturalnie stanie się dobrym tancerzem. Ludzie oczekują, że jeśli chcą się nauczyć tańczyć, muszą włożyć w to konkretną pracę.

Nikt nie zakłada, że nauka jazdy jest czymś „nienaturalnym” i nie oczekuje cudownego stania się dobrym kierowcą. Wkłada w to konkretny, realny wysiłek.

Nikt nie zakłada, że nagle coś się stanie i obudzą się z wielkimi bicepsami. Wiedzą, że swoje muszą podnieść i zjeść, nawet jeśli wspieraliby się sterydami.

Jeśli nawet takie osoby wierzą w „naturalność”, to zakładają, że niektórym łatwiej przyjdzie wykształcenie jakiejś fizycznej cechy, a innym trudniej. Nigdy jednak „naturalność” nie polega na oczekiwaniu zmiany „samej z siebie”.


Gdy jednak przychodzi do kwestii społecznych, emocjonalnych i poznawczych – nauczenia się charyzmy, stania się pewniejszym siebie, polubienia nielubianego obowiązku domowego czy przepracowania przekonań na swój temat – nagle pojawia się oczekiwanie naturalnej zmiany.

Dlaczego tak jest? W mojej ocenie przede wszystkim dlatego, że wszyscy mamy mniej lub bardziej bogate doświadczenia ze świadomą nauką fizycznych kompetencji. Trenowaliśmy i rozciągaliśmy się, choćby na WF-ie. Uczyliśmy się jeździć czy tańczyć czy gotować.

Ale większość z nas ma bardzo ubogie doświadczenia ze świadomą nauką innego odczuwania emocji, innych zachowań społecznych czy poznawczego podejścia do siebie i świata. Nawet wśród osób interesujących się rozwojem osobistym zdarza się, że pewne formy pracy nad sobą są odrzucane, pomijane lub traktowane po macoszemu. Dzieje się tak właśnie ze względu na to, że są one przez takie osoby kategoryzowane jako „naturalne” i wymagające naturalnej zmiany, „samej z siebie”.

Tyle tylko, że to podejście nie mające nic wspólnego z rozwojem osobistym. To rzucenie się na łaskę świata, któremu zależy na nas mniej więcej tak, jak naszemu psu na zakupie nowego domku dla naszego kota…


Oczywiście, gdy się czegoś uczymy, to na początku nauki nowego zachowania czy sposobu funkcjonowania będziemy się czuć nienaturalnie. Robimy coś nowego i innego niż dotychczas. To z definicji nienaturalne. Tyle tylko, że im częściej będziemy to robić, tym bardziej naturalne się to stanie.

To jak z jedzeniem pałeczkami. Na początku wszystko leci Ci z rąk. Trudno je nawet utrzymać, a co dopiero złapać nimi coś i przenieść do swoich ust nie przeprowadzając przy okazji improwizowanej lobotomii.  Z czasem jednak robi się tak automatyczne i bezmyślne, że jak włączysz nowy odcinek Gotham nad miską ramenu to tylko po chwili będziesz się zastanawiał kiedy to zjadłeś.

Albo jak z piciem piwa czy kawy. Za pierwszym razem jak trafiły do Twoich ust, reakcją było pewnie wzdrygnięcie. Bleh, jakie to gorzkie! A dziś ciężko może być wystartować dzień bez kubka kawy, czy przeżyć letniego grilla bez kufelka piwa. Nienaturalne byłoby, jakby ich nie było.

Nowe zachowania, sposoby rozmowy czy myślenia działają dokładnie tak samo. Na początku będą nienaturalne, sztuczne, wyuczone i wymagające skupienia. Ale prędzej czy później to one staną się nową normą bez której ani rusz.


Bo cała tajemnica w tym, że nie ma czegoś takiego jak „naturalne” i „sztuczne”. Jest tylko „dobrze wyuczone” i „słabo wyuczone”.



Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem.


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis