Kursy uwodzenia. Jeden z tych tematów, które – gdy wspomnę o nich w przerwie na jakichś szkoleniach biznesowych – wywołują mieszankę niedowierzania i zażenowania. Jak to, kursy uwodzenia? Podrywu? Manipulacji?

Cóż, faktem jest, że nie wzbudzają one najlepszych skojarzeń. I faktem jest, że nieco sobie na ten obraz zasłużyły.

„Nie przyjmuję odmowy”

„Jak gwałciciel” – Jessica Jones

Chyba największym problemem, jaki mam z kursami uwodzenia jest to, że praktycznie wszystkie promują pewien natarczywy model męskości, z którego bardzo blisko do kultury gwałtu. Model, w którym „Nie.” kobiety jest tak naprawdę „Jeszcze nie, ale staraj się dalej.” I dla jasności -tak, zapewne będą takie sytuacje. Będą osoby, dla których takie poczucie bycia zdobywanymi jest atrakcyjne i które traktują „nie” jako swego rodzaju droczenie się i krok w tańcu. Ale nieporównywalnie częściej „Nie” oznacza po prostu „Nie”. Nawet jeśli pod wpływem nacisku czy uporu zmieni się w „Tak”, to bardzo często będzie to „Tak, bo mniej niekomfortowe jest dla mnie na ten moment rozmawiać z tobą/dać ci numer/pójść z tobą do łóżka, niż ryzykować, że zrobisz mi krzywdę.” To kwestia o której mężczyznom – w naszej kulturze wychowanym bez obawy o przemoc seksualną – potwornie ciężko jest pamiętać, czy nawet pomyśleć.

Oczywiście, różni trenerzy uwodzenia mają tu różne granice. Niektórzy jadą zupełnie po bandzie – jak pewien australijski „guru”, który doigrał się nagraniami na których molestuje japonki. Niektórzy wypadają nawet przyzwoicie. Ale środek ciężkości w branży przesunięty jest zdecydowanie bardziej w stronę „nie znaczy tak, tylko jeszcze o tym nie wiesz dziewczyno”, niż szanowania prawa drugiej strony do tego, by po prostu nie chciała z nami spędzać czasu. A to jest po prostu złe.


Przedstawianie kobiety jako przedmiotu/celu – zagadki do rozwiązania, wyzwania do pokonania, itp.

Pokrewne z powyższą kwestią. Przewodnia mentalnością większości kursów jest założenie, że do każdej lub prawie każdej kobiety można dotrzeć, wystarczy tylko znaleźć odpowiedni klucz zachowań, sygnałów atrakcyjności, wytrwałości w reagowaniu na zachowania, itp.

To jednak sprawia, że relacja z drugim, prawdziwym i złożonym człowiekiem zmienia się w zagadkę logiczną z nagrodą… a podmiotowość drugiej osoby gdzieś zanika. Nie ma opcji, że dana kobieta po prostu nie chce z nami gadać – choćbyśmy byli najatrakcyjniejszym facetem pod słońcem. No po prostu tak ma, że nie chce i już i ma do tego prawo. Nie – my musieliśmy coś źle zrobić, nie zdać testu. W tej mentalności kobieta nie jest osobą decydującą o sobie, tylko obiektem wpływu faceta. Co żadnej stronie nie wychodzi na zdrowie.


Stereotypizowanie płci

A skoro mowa o kobietach i facetach, kursy uwodzenia potężnie stereotypizują. Zarówno uogólniają doświadczenia guru w nieuprawniony sposób, jak i tworzą stereotypy płciowe, w dużej mierze oparte na starych, XIX-wiecznych modelach meżczyzn zdobywców i kobiet zdobywanych, lekko tylko podkoloryzowanych i zaktualizowanych. W ten sposób obdzierają ogromnie złożoną i fascynującą interakcję między bardzo odmiennymi osobami z niemal wszystkich niuansów. Nie ma już konkretnej osoby, powstaje stereotypowa przedstawicielka płci…

Co jak się temu przyjrzeć jest trochę smutne, bo szalenie utrudnia odkrycie prawdziwej osoby, z którą rozmawiamy i całej jej ogromnej różnorodności…

Inna sprawa, że dla wielu kursantów taka różnorodność nie jest wartością, bo…


Jesteś tak bardzo facetem, jak wiele kobiet zaliczyłeś

Inny problem z kursami uwodzenia, to silna tendencja budowania mentalności, w której miarą męskości jest skala doświadczenia seksualnego. To potworne spłycenie tego, jak można myśleć o męskości i jak ją mierzyć. To coś bardzo krzywdzącego dla mężczyzn, którzy dają się na taki układ złapać (w tym wielu guru uwodzenia, którzy też potrafią się przyznawać do tego, że mają trochę dość tego podejścia).  To również często mechanizm samospełniającej się przepowiedni – idę na kursy uwodzenia bo chcę się czuć pewny z kobietami… ale uznaję, że jestem mało męski bo nie mam dużo/żadnych doświadczeń z kobietami… więc czuję się jeszcze mniej pewny z kobietami… więc chodzę na kolejne kursy… więc zaczynam się zastanawiać co u licha jest ze mną nie tak, że tyle chodzę na te kursy, a wciąż mam takie problemy?


Hedonizm pozbawiony odpowiedzialności

O ile są od tego wyjątki, o tyle bardzo wiele kursów promuje mentalność ZZZ – zarwać, zaliczyć, zapomnieć – ignorując kwestie tego, że druga strona może się po prostu poczuć zraniona, wykorzystana, czy jej reputacja może ucierpieć. Trudno to etycznie usprawiedliwić.


Zamykanie w ograniczonym i samoutwierdzającym się światopoglądzie

Większość systemów uwodzenia przedstawia gotowy wzorzec na to jak kobiety myślą, zachowują się, czego pragną i czego nie. Wzorzec ten może być bardzo daleki od rzeczywistości, ale zwykle przedstawiony jest w taki sposób, by jakiekolwiek wątpliwości służyły jedynie wzmocnieniu tego modelu.

Jeśli niezgoda kobiety na jakieś zachowanie interpretowane jest jako „test”, który należy zdać odpowiednio tą niezgodę ignorując, to bardzo łatwo wszystkie sytuacje gdy w końcu kogoś wkurzyliśmy łamaniem jego granic interpretować jako „nie zdałem testu”. Gdy masz nastawienie na grę wysokostatusową, automatycznie redukujesz empatię, przez co ciężej wyczuć kiedy dana sytuacja jest faktycznie droczeniem się czy flirtem, a kiedy ktoś czuje się niekomfortowo z nami, ale nie potrafi wyraźnie tego pokazać. Takie odcięcie od informacji zwrotnej widziałem dość często u osób ze środowiska uwodzicieli i po takich kursach –  i widziałem jak potrafi im zepsuć życie.


Cały klasyczny szajs pop rozwojowy ;)

Kursy uwodzenia są też narażone na wszystkie standardowe problemy z pop-rozwojem. Nie są to rzeczy częstsze niż w klasycznym rozwoju, ale skoro mówimy o temacie, warto je wskazać. Wielbienie guru, wyssane z palca pseudotechniki nie mające realnej wartości, pozowanie, itp. są tu problemami, o których warto mówić.


Kowboje klawiatury

Powyższe mechanizmy sprawiają, że kursy uwodzenia szczególnie sprzyjają powstaniu środowiska pełnego pozowania i swego rodzaju kowbojów klawiatury, chwalących się swoimi podejściami tak prawdziwymi (bez wskazania na proporcje udanych i nieudanych), jak i wyssanymi z palca, byle podkreślić swoją rzekomą męskość i zyskać status w grupie.


A najgorsze w tym wszystkim… że coś takiego jest potrzebne

Na koniec zostawiłem ten problem, który realnie czyni pozostałe problematycznymi. Bo wiecie, jakby to po prostu był od początku do końca zbędny szajs, to krótka piłka – odradzamy, trzymajcie się z dala, nagłaśniamy sprawę i tyle.

Natomiast poważnym problemem z kursami uwodzenia jest to, że faktycznie istnieje realna potrzeba, na którą one są odpowiedzią.

Jest to odpowiedź często wypaczona i mocno problematyczna. Ale nie zmienia to faktu, że istnieje realna potrzeba.

Bo wielu facetów po prostu nie wie jak zagadać do dziewczyny.

Wielu się boi lub denerwuje i jest w stanie coś zrobić dopiero po kilku drinkach.

Wielu wypadło z „rynku” randkowego na wiele lat i ma ogromne kłopoty z odnalezieniem się po powrocie.

Wiele z tych problemów jest napędzanych przez dokładnie te same toksyczne stereotypy płciowe, jakie wiele kursów uwodzenia również promuje. Nie zmienia to jednak faktu, że te stereotypy i tak są w naszej kulturze i robią dużo złego. Usunięcie kursów uwodzenia tych stereotypów by nie zlikwidowało.


Idealnym rozwiązaniem byłyby kursy uwodzenia pozbawione problematycznych motywów. Uczące jak pokonywać opory i obawy przed nawiązywaniem relacji. Dajce umiejętności bycia bardziej otwartym, angażującym, interesującym czy zabawnym w rozmowie. (Albo otwartą, angażującą, interesującą czy zabawną – bo dotyczy to obydwu płci.) Kursy bez stereotypizacji, bez pseudosamczości i rywalizacji na to kto ile zaliczył, skupione na wspieraniu ludzi w poznawaniu ludzi i budowaniu fajnych relacji – czy to krótko, czy długoterminowych. Ale relacji fair i wartościowych dla obydwu stron. Takie kursy byłyby naprawdę fajną rzeczą.

Ale nawet takie, które są, dają pewną wartość, która w mojej ocenie jest większa, niż straty. Choć żałuję tego, co mogłoby być, nie mogę całkowicie przekreślić tego, co jest. Natomiast mogę nawoływać do zmiany w kierunku tego, co mogłoby być – i temu właśnie służy ten artykuł :)



Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem.


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis