W poprzednich wpisach pisałem o mojej historii z ezoteryką i narzędziach, które eksplorowałem z tego zakresu. Czas na nieco bardziej osobiste anegdoty, przemyślenia i uwagi.

„Czuję Twą moc” czyli jak niemal nie założyłem sekty

Są takie momenty, patrzysz sobie w oczy i myślisz „co ja takiego narobiłem?” Czasem te momenty są też okazją do jakiejś weryfikacji siebie. Ten nauczył mnie o sobie jednego – że jakkolwiek bywam narcystyczny, to nie na tyle, by wykorzystywać czy krzywdzić ludzi. A było to tak…

W latach gdy siedziałem mocno w ezo sporo korespondowałem z różnymi ludźmi ze środowiska, mniej lub bardziej zaangażowanymi w ezoterykę, przy użyciu komunikatorów takich jak Gadu-Gadu. Jedną z takich osób, z którymi rozmawiałem była dziewczyna, w ramach dbania o prywatność nazwijmy ją Anią. Pisywała do mnie czasem z różnymi pytaniami o lekkie ezo, a pewnego dnia – była wtedy studentką – napisała do mnie, że ma jutro ważny egzamin i czy mógłbym jej dodać energii. Ja na to, że spoko, akurat robiłem tego dnia jakiś rytuał i jestem naładowany, skoncentrowałem się, wyobraziłem sobie, że wysyłam jej energię, jak to wtedy wierzyłem, że to działa..

Po chwili dostaję wiadomość „Człowieku, czuję to! Czuję Twoją moc! Prowadź mnie! Ucz mnie!” i strumień podekscytowanych obietnic zaangażowania.


To taki moment, w którym otwierają Ci się w głowie dwa możliwe scenariusze. Wiedziałem w tamtym momencie dość n.t. powstawania sekt i podobnych organizacji, by mieć świadomość, że w tamtym momencie miałem idealną okazję na jej założenie. Głęboko wierząca i zaangażowana osoba (jak się później dowiedziałem byłyby dwie – współlokatorka Ani dała się od razu porwać jej zachwytowi) do tego młoda i atrakcyjna kobieta, co zdecydowania ułatwia rekrutację i to obydwu płci. Układ, który tak naprawdę sam wpadł mi w ręce i z którego banalnie łatwo byłoby skorzystać. Nie trzeba by wtedy było zbyt wiele wysiłku, by w rok czy dwa zbudować całkiem sprawnie pracującą na mnie wspólnotę religijną.

Żałuję, że do tamtej sytuacji doprowadziłem – bo byłem za nią odpowiedzialny. Ale jednocześnie mam ogromne wewnętrzne źródło stabilności w tym, że moją reakcją w tamtym momencie było szczere i spójne „oż kurwa! co ja zrobiłem?” Chęć odkręcenia tej sytuacji, a nie jej wykorzystania na swoją korzyść.

Po dłuższym czasie mniej-więcej się to udało zrobić, ale do końca życia będę pamiętał o tamtym wydarzeniu. Jest doskonałą ilustracją tego, jak niewiele ludzie potrzebują by uwierzyć i jak chętnie się w taką wiarę angażują. Oraz jak łatwo taką wiarę schwytać. Zwłaszcza u osób z jednej strony wrażliwych i doświadczonych przez życie, a z drugiej obdarzonych bujną wyobraźnią. Wiele sekt zaczynało właśnie od takich pierwszych wiernych…


Wpływ grupowy

Tak sekty, jak po prostu grupy ezoteryczne są strasznie podatne na myślenie grupowe. Wspominałem już o paranoi, jaka potrafiła ogarniać środowiska ezoteryczne „bo ktoś nas atakuje energetycznie”. Tego typu doświadczenia czy grupowe „zarażanie” się doświadczeniami mistycznymi jest w tych kręgach na porządku dziennym. Ktoś czegoś doświadcza, ja zaczynam się doszukiwać czy sam tego nie doświadczam i tak to leci… (No bo jeśli nie, to co jest ze mną nie tak? Czemu atakują tylko jego, a nie mnie? Czyżbym był tak mało warty? Nie może być! Czyli jak się wczoraj słabiej poczułem, to znaczy… ATAK!)

Oczywiście ezoteryka nie jest jedynym obszarem, w którym takie myślenie grupowe jest powszechne. Gdzie ludzie, tam i ono. W ezoteryce jest po prostu dużo potężniejsze, bo typowym testem większości sytuacji jest bardzo podatne na sugestie „no i co teraz czujesz”? W takiej sytuacji naprawdę łatwo wmówić sobie, że czujemy cokolwiek, często pod wpływem mniej lub bardziej bezpośrednich instrukcji ze strony innych osób w grupie. A jeśli przypadkiem odczułem coś niepasującego? To też da się zawsze zracjonalizować.

Ten wpływ grupowy w ezo jest o tyle problematyczny, że po dłuższym czasie takiej socjalizacji bardzo trudno jest sprzeciwić się grupowemu myśleniu. W efekcie łatwo zatracić swoje granice i zgodzić się na rzeczy, z którymi niekoniecznie mogłoby nam być po drodze.



Przerwa na reklamę ;)


Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)



Wracamy do artykułu :)



Racjonalizacje

W ezo łatwo tkwić także dlatego, że łatwo racjonalizować różne problemy oraz wyolbrzymiać różne doświadczenia. Pamiętam, jak jeden z moich znajomych ezoteryków twierdził, że jest w stanie swoją mocą sparaliżować kogoś od pasa w dół, że ma taką ogromną moc i nie wykorzystuje jej dla ataku na ludzi tylko dlatego, że jest taki dobry.

Cóż, gdy byłem na etapie dystansu do ezoteryki, poprosiłem go o mały test. Miał wybrać określoną godzinę następnego dnia – nie mówić mi o tym – i mnie tak sparaliżować. Miałem nie znać godziny, żeby się nie wkręcać…

No i się okazało, że z tym paraliżem to nie do końca tak, bo tak naprawdę to kiedyś w hipnozie kumpla jak wprowadził, to wywołał mu takie wrażenie, że ten nie może ruszać nogami. Ale hipnoza „wspomagana” bioenergią (tzn. hipnotyzując wyobrażał sobie, że coś posyła do kumpla) więc to już „prawie” sparaliżowanie kogoś bioenergią i w zasadzie to ma taką moc. Ilekroć faktycznie zgłębiałem takie twierdzenia, zawsze dochodziło do tego samego. (Ilość ezoteryków, którzy mieli mi zesłać na łeb demony, diabły, złą energię itp. jest tak duża, że powinienem chyba sprzedawać bilety do nawiedzonego mieszkania, ale jakoś brak w nim atrakcji…)

Miałem iluś ezoteryków opisujących to co mam wokół monitora w ramach rzekomego widzenia na odległość (jeden z rzekomych przejawów wyjścia z ciała lub psioniki – obydwa te „nurty” biorą za to odpowiedzialność). Akurat jako rasowy nerd mam sporo nietypowych gadżetów, np. wieżyczkę z PORTAL’a w tygrysie paski, których zgadnięcie byłoby faktycznie czymś mało prawdopodobnym. Albo metalową figurkę Śmierci i Śmierci Szczurów ze Świata Dysku. Jarzycie – nerdem jestem. Ale choć miałem tam takie atrakcje, ludzie widzieli kubki, długopisy, kalendarze (których nie używam), słowem „typowe” rzeczy przy biurku… Nie byli często nawet w stanie mi powiedzieć, czy piszę z laptopa czy desktopa – choć to strzał pół-na-pół.

Czy sprawiało to, że zmieniali zdanie? Jasne, że nie. Ezoteryka bardzo podpada pod racjonalizacje. Porażkę testu łatwo odrzucić moim oporem, blokadą energetyczną czy innym wymysłem. Oczywiście sukcesów już nikt racjonalizować nie próbował…


Brak dystansu

Jak już wspominałem w jednym z poprzednich wpisów, dystans do siebie był moim kluczowym testem tego, czy dane środowisko ezo miało jakiś potencjał. Czy potrafili się z siebie śmiać? Czy potrafili dostrzec absurdalność tego co robią? Czy też przeciwnie, napuszenie sięgało 1258%? Czy pisemne wypowiedzi tych osób mówiły o Miłości, Służbie i Uzdrawianiu, bo zwykłe, pisane z małej litery miłość, służba i uzdrawianie były zdecydowanie zbyt plebejskie? Czy czuć było, że te osoby ewidentnie sobie coś ezoteryką kompensowały?

Bo prawda jest taka, że ezo wyjątkowo łatwo jest sobie coś kompensować. Łatwo wyrobić sobie poczucie, że o to jesteśmy kimś wyjątkowym. Mamy „prawdziwą” wiedzę o świecie, nie to co nieoświecone masy, nie rozumiejące, że tak naprawdę rządzi nami bioenergia/myślokształty/wpływy bogów i demonów… Pragnienie statusu, wyjątkowości, uwagi, niekiedy zemsty za minione odrzucenia – to wszystko bardzo popularne motywatory do zaangażowania się i/lub tkwienia w ezoteryce. Często dodatkowo nakręcane wspomnianym wcześniej myśleniem grupowym. Jeśli potrzebujecie ekstremalnych przykładów (i dowodu na to, że, jak to mi kiedyś powiedział jeden z kursantów, „Chyba dochodzi do mnie inny internet, niż do niego…”), poszukajcie najpierw pod hasłem otherkin… a potem otakukin. Witajcie w tym innym internecie…


Nie, żebym sam miał zawsze dystans. Pamiętam, jak na studiach skomentowałem do kumpla, że chyba przesadzam z ezo, bo na poprzednich zajęciach zwracałem uwagę na biust koleżanki obok nie ze względu na ten biust, ale dlatego, że wisiał na nim naszyjnik który sugerował, że zajmuje się bodajże magią rytualną. (Zajmowała jak się okazało, ale to inna historia.) Albo jak chciałem znajomym sprawdzać aury wahadełkiem na korytarzu wydziału na przerwach. Niewątpliwie byłem odleciany, niewątpliwie brakowało mi również dystansu oraz niewątpliwie takie czynniki jak status czy chęć uwagi były dla mnie wtedy silnymi motywatorami zajmowania się ezoteryką. I skoro przy tym wszystkim mówię Wam, że niektórzy zupełnie, ale to zupełnie nie mieli do siebie i ezoteryki dystansu – to doda to chyba wagi moim słowom.

Z tego okresu wyniosłem więc dużą lekcję – zawsze bądź gotów być pierwszym, który wykpi to czym się zajmujesz. Jeśli nie potrafisz – Carcosa, mamy problem!


Naucz się uczyć się

Jeśli miałbym wskazać na czynniki, które sprawiły, że zacząłem z ezoteryki odchodzić, to myślę, że była to mieszanka trzech głównych kwestii oraz jednego dużego zasobu, jaki miałem. Zresztą już o tym kiedyś pisałem cały artykuł.

Zasobem byli przyjaciele spoza środowiska rozwoju. Do dziś zresztą nimi są, czego nie mogę powiedzieć niemal o nikim ze środowiska rozwoju czy ezo z tamtego okresu. Tamte relacje,  przy wszystkich deklaracjach i butnych hasłach, były jednak tak naprawdę dużo płytsze… Myślę, że to kwestia tego, że w całym środowisku była jednak masa pozowania (ze wszystkich stron, również mojej ;) ) Nie przyznawano się do problemów czy trudności – to nie wypadało. I super, tylko taka postawa budowała wyraźne granice, znacznie utrudniające prawdziwe zbliżenie się z ludźmi. W każdym razie ci przyjaciele spoza rozwoju kopali mnie w głowę (no, metaforycznie) gdy zbyt mi odwalało z tym zapitalaniem z wahadełkiem czy zwracaniu uwagi na biust z nie tego powodu, co trzeba. I jestem im za to nieskończenie wdzięczny, bo wiem jak łatwo byłoby odlecieć bez tego.

Jeśli chodzi o główne kwestie – jedną była obserwacja ludzi, którzy w ezo są od lat, robią ryty małe i duże, łącznie z wielomiesięcznymi praktykami… A są tam, gdzie ich widziałem trzy czy cztery lata wcześniej, jak ich poznawałem. Takich ludzi była cała masa i jakoś tak dziwnie to się miało do deklaracji o niezwykłych mocach. Drugą ważną kwestią był fakt, że w tamtym okresie coraz bardziej angażowałem się w poznawanie tematyki błędów poznawczych i ograniczeń naszego mózgu. A to skłaniało do dystansu do swoich odczuć i tego, co nam się wydawało. No i trzecia istotna kwestia – moje zaangażowanie w materiały z sufizmu Idries Shaha.

Jeśli miałbym wskazać na jeden nurt filozoficzno-rozwojowy, który najbardziej na mnie w życiu wpłynął, to byłby to właśnie Idries Shah i jego prace. Jego regularne podkreślanie naszej głupoty, samooszukiwania, ale też i aroganckiego i niczym niepodpartego przeświadczenia, że sama chęć do nauki jest czymś wystarczającym. Tymczasem fakt, że chcemy się czegoś nauczyć nie znaczy, że jesteśmy gotowi do tej nauki. Być może potrzebujemy wykonać jakąś wcześniejszą pracę, bez której nic nie zdziałamy. Być może nauka w danym obszarze nie jest tym, co przyda nam się do zdrowego rozwoju, jakkolwiek emocjonalnie atrakcyjna może być. Jako osoba chcąca się uczyć nie potrafimy tego często ocenić trafnie, jakkolwiek może nam się inaczej wydawać. Ten duch podważania swoich przekonań i – tak naprawdę- po prostu własnej próżności – jest czymś u Shaha, co strasznie dużo mi dało – i skutecznie nauczyło dystansu do prostych, masowych odpowiedzi ezoteryki.


Co ciekawe, do dziś piszą do mnie osoby, które znały mnie z tego ezoterycznego okresu, zwykle potężnie zaskoczone tym, że mogłem tak bardzo się zmienić. Jak to, energia nie istnieje? Aury nie istnieją? Zbijam się z nich? Czasem wychodzą z tego ciekawe rozmowy, czasem po prostu ilustracja jak odległe mamy dziś perspektywy. Osób, które dzięki ezo osiągnęły wielki sukces, szczęście, miłość, zwojowały świat i w ogóle dotąd nie uświadczyłem.


Czy ma to jakąkolwiek wartość?

To może nieco Was zaskoczyć, ale przy tej całej krytyce, tak, uważam, że w ezoteryce kryje się wartość. Potencjalnie nawet dużo wartości. Po prostu zalanych ogromną masą odlotów i fantazji.

Wartości w ezoteryce widzę dwie. Pierwszą jest po prostu doświadczenie. Te wszystkie rzeczy są odleciane, ale są też często fajne, fascynujące, niesamowite. To ma jak najbardziej wartość -tak jak wartość ma świetny film, niezwykły koncert, ciekawy wyjazd czy poruszająca rzeźba. Rytuał szamański może być równie wzbogacającym doświadczeniem, co obejrzenie Ręki Boga Auguste Rodina, wysłuchanie „Nightstalker” Kenjiego Kawaji, obejrzenie „The man from earth” czy spróbowanie bingsu w Korei. Tyle, że bingsu jest pyszne, ale nie pomaga specjalnie lepiej zrozumieć świata – i podobnie z rytem szamańskim. (Choć może pomóc lepiej zrozumieć siebie i swoje uzależnienie od nieziemskich deserów, zawsze coś.)

Druga wartość w ezo jest potencjalnie dużo trudniejsza do wydobycia, ale dużo cenniejsza. Tak jak chemia opierała się na technikach wykształconych w alchemii, a medycyna wiele leków – choćby aspirynę – oparła na testowaniu rozwiązań stosowanych przez samouków i szamanów, tak w ezoteryce widzę wiele potencjalnych narzędzi do przeniesienia do psychologii. Oczywiście, tak jak z medycyną i naturalnymi lekami, okaże się, że ogromna większość testowanych rozwiązań w najlepszym wypadku nie działa, a niekiedy wręcz szkodzi. Ale to co zostanie, może być naprawdę ciekawe. Np. patrząc z perspektywy, przyzywanie bóstw i demonów z magii rytualnej/ceremonialnej wydaje mi się być pewną formą pracy z aspektami/subosobowościami i jako takie mogłoby dawać wskazówki co do kierunków ciekawych eksperymentów w tym zakresie. Oczywiście z dużą ostrożnością i pod odpowiednią kontrolą.


To chyba tyle, jeśli chodzi o moje doświadczenia z ezoteryką. Jeśli macie jakieś pytania, chcecie, żeby coś rozwinąć, dajcie znać w komentarzach. A sam jestem ciekawy reakcji kolejnej osoby, która zarzuci mi brak doświadczenia w kwestiach ezo i dostanie link do tego cyklu ;)



Lean Actions  - chcesz zoptymalizować swoje działanie, tak by łatwiej, szybciej i pełniej realizować swoje zamierzenia? Ten kurs zapewni Ci narzędzia do realizacji tego celu. Trzy intensywne dni poświęcone wprowadzeniu podejścia Lean Mind do Twoich codziennych działań. Już w październiku w Warszawie! Kurs dostępny jest samodzielnie, lub jako fragment szerszego cyklu Lean Mind Experience


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis