W poprzednim wpisie opisałem nieco mojej historii z ezoteryką. Ten chciałem poświęcić na przegląd różnych metod, które przez ten czas „liznąłem”, wraz z moimi wrażeniami na ich temat.

Szybkie zastrzeżenie – nie jestem w stanie wszędzie tam, gdzie by trzeba było pisać „rzekomym”, „ponoć”, itp. Więc choć trochę tego będzie, to ogólnie sobie daruje. Uznajcie proszę, że wszystko o czym pisze to założenia z tego systemu przekonań, że tak to „miało działać”, a nie, że tak to działało. Bo niemal nigdy nie działało ;)


Hemi-synki (Hemi-Syncs od Hemispheric Synchronisation) – znane też jako nagrania binauralne, czyli nagranie w którym do każdego ucha trafia szum o nieco innej częstotliwości, co w efekcie miało wywoływać synchronizację półkul mózgowych przy jeszcze innej częstotliwości i różne dziwne doświadczenia. W Instytucie Monroe wykorzystywane do wywoływania doświadczeń wyjścia z ciała i innych podobnych stanów. Oprócz „oficjalnych” nagrań znaleźć można też wiele programów generujących takie dudnienia automatycznie. Sam trafiłem na nie jeszcze w liceum i nieco się tymi rzeczami bawiłem wtedy, powrót do tematu miał miejsce gdy stały się modne w środowisku NLP Polska.

Co ciekawe, moje najmocniejsze doświadczenia z Hemi-Synkami były właśnie z tymi nielicencjonowanymi programami z tego zakresu. Do dziś pamiętam stan, patrząc z perspektywy, amnezji, jaki zaliczyłem dzięki nim w liceum, wybudzając się kiedyś ze słuchania takiego nagrania i przez kilkadziesiąt minut nie mogąc dojść jak mam na imię, kim i gdzie jestem. Nic równie silnie uderzającego do głowy nie zaliczyłem w późniejszych latach.

Hemi-Syncs wydają się być przynajmniej częściowo legitne. Tzn. mamy badania potwierdzające, że rzeczywiście coś tam robią w głowie, są badania dobrej jakości potwierdzające ich skuteczność w redukcji bólu. Oczywiście od tego, że coś się dzieje w głowie, do potwierdzenia prawdziwości istnienia duszy itp. rzeczy, które postulują ludzie z Instytutu Monroe daleka droga.


Bioenergia – czyli manipulacja rzekomą siłą życiową/qi/chi/elan vitale, zwał jak zwał, koncepcja wg. której ludzie, zwierzęta, itp. oprócz normalnej biologii mają też jakiegoś rodzaju system energetyczny, który kontroluje nasze zdrowie, a w niektórych wariantach też np. wpływa na kontakt z innymi ludźmi, np. przez zetknięcie ich aur, czyli energetycznych otoczek/warstw promieniowania. (Jeśli to co piszę brzmi trochę niespójnie, to dlatego, że takie jest – teorii n.t. bioenergii było więcej, niż praktyków tych zabaw, a tu staram się przedstawić pewien przekrój.)

Generalnie pracując z bioenergią należało najpierw nauczyć się  ją odczuwać. (Co nie jest specjalnie trudne do wyjaśnienia jako placebo, aczkolwiek może być całkiem ciekawe, jeśli spojrzymy na to z perspektywy neurologicznych map ciała i celowego ich poszerzania/modyfikacji.) Następnie można było próbować wyczuwać „chore” miejsca u ludzi w aurze i „ładować” je dobrą energią. (Dlaczego była dobra? no bo myśleliśmy, żeby była dobra!) Albo np. próbować kogoś „dotykać” energetycznie na odległość i zobaczyć, czy się odwróci. To tu był ten trener, który opowiadał m.in. o wywoływaniu orgazmów na odległość i takim podrywie ;) Z litości (również nad sobą – pamiętajcie, że wtedy to wszystko radośnie przyjmowałem!) pominę nazwisko.

Oczywiście, żeby nie było, były też testy. Np. dwie osoby stawały na przeciw siebie, jedna wysyłała energię w jakimś kolorze, a druga zgadywała jaki to kolor. Trafności nikt nie liczył, za to każdy przypadek trafienia był grupowo podchwytywany jako „tak! to działa!”. Oczywiście bez weryfikacji na ile miało to szansę być zupełnym przypadkiem.

Bioenergią można też było szkodzić – wysyłać negatywną, albo np. kraść ludziom ich energię, w ramach tzw. wampiryzmu energetycznego. Jak się łatwo domyślić, jak ludzie weszli w takie ramy, to nagle stawali się ultrawrażliwi na wszelkie wyimaginowane „ataki energetyczne”, potrafili się też napędzać grupowo (pomagało poczucie bycia wyjątkowym, fantazje o byciu reinkarnowanym wielkim magiem, cudotwórcą i w ogóle hałabałą). Pamiętam jedno środowisko Warszawskich ezo, które przez kilka tygodni zapitalało po mieście zakopując w kluczowych punktach kryształki do obrony przed atakami energetycznymi.

To również z bioenergią wiąże się historia o tym, jak to mało co nie założyłem kiedyś sekty, zupełnym przypadkiem. (Ej, Danny Wallace tak miał, to czemu ja bym nie mógł? ;) ) O tym napiszę więcej w kolejnym wpisie.


Reiki – odmiana bioenergii, japońska (choć są dyskusje, czy nie inspirowana innymi źródłami). Generalnie nastawiona na leczenie i uzdrawianie, z kolejnymi poziomami rytualnej inicjacji (co na zachodzie zmieniło się oczywiście w kolejne poziomy płatnych kursów, bo jakże by inaczej…). Jedna rzecz, którą mogę o Reiki powiedzieć – było tu dużo mniej nawiedzonych manipulatorów niż w innych odmianach bioenergii. Nawiedzonych ludzi było mniej więcej tyle samo, ale ich nawiedzenie było przynajmniej sympatyczniejsze w odbiorze.


Psionika – bardziej ztechnicyzowana wersja bioenergii, bez duchowych podtekstów i wyjaśnień, opierająca się bardziej na koncepcji wykorzystania paranormalnych mocy ludzkiego mózgu.

Szczególnie barwne pomysły mieli pod tym względem Rosjanie, np. z ich systemem DEIR. W sumie te książki polecam, ale pod bardzo konkretnym kątem. Trzeba je bowiem porównać z podobnymi książkami na zachodzie i zobaczyć na czym się skupiają. Są przefascynującym wglądem w mentalność części rosyjskiego społeczeństwa, obsesje n.t. kontroli, wpływu, oddziaływania. Oczywiście ich wartość użytkowa jest żadna ;)

Psi było generalnie bardziej skupione na wpływie i manipulacji, „psiballe”, kulki skupionej energii psionicznej zawierały polecenia dla świata lub innych ludzi, choć były też „testy” typu próby przesuwania papierowego wiatraczka siłą woli.


Regresja reinkarnacyjna – czyli cofanie się w hipnozie do rzekomych minionych wcieleń. Nigdy jakoś się w to nie wkręciłem, za wiele było wśród mnie byłych Napoleonów i Kleopatr, a za mało portowych dziwek i chłopów pańszczyźnianych. Nawet jak trafił się jakiś żebrak, to nie był to zwykły żebrak, nie nie, to był wędrowny magik, który leczył ludzi i został zniszczony przez swoich czarnomagicznych wrogów ;)  To jeden z tych elementów ezo, które nawet w momentach największego zaangażowania wydawały mi się zwykłym pompowaniem balonika próżności…


OOBE – czyli poczucie wyjścia z ciała i wędrówki po świecie (tudzież innych wymiarach) w postaci duchowej. Stosowane zarówno z wspomnianymi hemi-syncami, jak i bez. Doświadczeniowo – fajna rzecz. Naukowo zweryfikowana – choć nie jako faktyczne istnienie duszy opuszczającej ciało, a po prostu jako fakt, że nasz mózg może nam płatać figle i sprawić, że będziemy czuli się jakbyśmy byli poza swoim ciałem. (Da się to prosto zrobić technicznie, jeśli chcecie poeksperymentować – proste google VR połączone z kamerą wideo ustawioną kilka metrów za naszym ciałem.) Ale złudzenie zachodzące w mózgu to jedno, a obiektywna weryfikacja zjawiska (np. w postaci odczytania ukrytej wiadomości niewidocznej dla osoby pozostającej w ciele, ale widocznej dla opuszczającej je duszy) to co innego. I tego czegoś innego nikomu nie udało się uzyskać.



Przerwa na reklamę ;)


Potrzebujesz więcej motywacji do działania? A może potrzebujesz więcej, potrzebujesz determinacji? E-kurs Determinacja w Działaniu na MindStore to rozwiązanie dla Ciebie. 26 lekcji VOD wypełnionych skondensowaną wiedzą i praktycznymi rozwiązaniami. Bo Twój czas jest za cenny na lanie wody!


Wracamy do artykułu :)



Świadome śnienie – tej tematyce poświęciłem już cały wpis, więc tylko na szybko – przejmowanie kontroli nad swoimi snami. Jest możliwe, całkiem fajne, choć jak dla mnie miało sens gdy spałem naprawdę dużo. Jakikolwiek dług snu zjadał mi od razu szanse na sensowne korzystanie z tych zabawek. Co istotne – to narzędzie fajne jako zabawka i doświadczenie, ale nie liczcie na jego wykorzystanie w pracy z jakimikolwiek problemami (no, ew. poza koszmarami sennymi… ).


Ustawienia Hellingerowskie – o Hellingerze i tym jak to działa pisałem już wcześniej. Brałem udział w ustawieniach zarówno jako klient/pacjent, jak i jako asystujący dla innych, jak i jako prowadzący. W wykonaniu kilku różnych osób. Tak jak pisałem na blogu, odbieram je po prostu jako mieszankę panoramy społecznej, psychodramy oraz ezoterycznej otoczki.


Magia rytualna – przedemną Rafael, za mną Gabriel… Inwokację Abramelina, z kreśleniem w powietrzu pentagramów pamiętam do dzisiaj. Gdzieś chyba nawet mam mój stary sztylet rytualny…

Magia, w odróżnieniu od poprzednich metod, była dużo bardziej rozbudowana. Tu też staraliśmy się wpłynąć na świat, ale o ile w wypadku takiej bioenergii było to takie dość prostackie „pchanie energii”, o tyle w magii były całe złożone procedury, zarówno zbudowania wstępnych warunków bezpieczeństwa, jak i późniejszych przyzwań różnych aniołów, bóstw, itp. mających zapewnić określony efekt.

To tu, po przyzwaniu Marduka, babilońskiego boga, zaliczyłem stan w którym czułem się tak niezniszczalny, że sama idea czegoś, co mogłoby mi zrobić krzywdę wydawała się absurdalna i śmiechu warta. To tu kumpla mocno przyprawiałem o lęki po tymczasowym przyzwaniu jakiegoś demona. Doświadczeniowo – niesamowite rzeczy. Czy wierzę, że faktycznie był tam przyzwany Marduk czy jakiś demon? Nie, jasne, że nie . Było natomiast bardzo ciekawe uruchomienie czegoś z jakichś dalekich głębin mojej psychiki.

Patrząc z perspektywy, postrzegam dziś takie formy magii jako swego rodzaju proto-psychologię i poświęcę temu kiedyś pewnie dłuższy artykuł. Generalnie rzecz biorąc, ze względu na wymaganą dyscyplinę i złożoność, magia rytualna nie była zbyt popularna. Wygrywała z nią…


Magia Chaosu – czyli wymyślony przez Phila Hine’a, brytyjskiego okultystę odmiana magii, która pozbywała się większości rytuałów i skupiała się na wypromieniowaniu w świat swojej woli przy użyciu prostych technik, takich jak sygile (symbole którym zlecano określone zadanie i ładowano je silnie nasyconymi emocjami – np. w czasie orgazmu, więc tak, magowie chaosu potrafili np. wieszać sobie sygile nad łóżkiem, by w kluczowym momencie móc „puścić czar” ;) )

Z Chaosu bardzo miło wspominam Ramsey’a Dukes’a, do dziś mam jego książki. Facet miał przeuroczy zwyczaj obalania poglądów czytelnika, po czym obalania swoich argumentów użytych w pierwotnym obaleniu, zgodnie z hasłem „nie chcę Ci zamieniać jednych kajdanów na inne”. Plus miał po prostu ogromny dystans do siebie. Podręcznik magii jako esej polityczny – manifest prawicowego anarchisty? Tylko Dukes ;)


Szamanizm – bardziej animalistyczne i pierwotne techniki, choć na wiele sposobów bliskie magii rytualnej. Często  wspomagane różnego rodzaju substancjami psychoaktywnymi. (Jak już wspominałem wtedy legalnych było więcej rzeczy. Miło wspominam dreamherb, herbatkę, która czyniła sny dużo bardziej namacalnymi. Miała też ciekawy efekt uboczny, przynajmniej dla mnie „wyciągała na powierzchnie” wszystkie rzeczy, które trochę mi przeszkadzały, tak, że stawały się wyraźniejsze i bardziej odczuwalne. Dzięki temu można było je przepracować, choć było to zbyt męczące,by w tym stanie za długo pozostać.) To były niewątpliwie ciekawe doświadczenia, często wspierane różnego rodzaju bębenkami, muzyką, itp. Zdecydowanie pierwszy kierunek dla tych, którzy w ezo wchodzą szukając nowych doświadczeń.

Jedno popularne w moim kręgu z tamtego okresu doświadczenie, którego w końcu nie zaliczyłem (ale chyba zbyt mi tego nie brakuje), to rytuał „zakopania”, gdzie przeżywa się rzekomo swoją śmierć. Nie mam chyba jednak obaw co do śmierci, mam poczucie dużej jej akceptacji, więc może dlatego nie mam żalu, że mnie to ominęło. Bo z drugiej strony lubię komfort i nie lubię pełzających po mnie owadów…


Medytacje buddyjskie – kilka dość ciekawych metod pracy nad odmiennymi stanami świadomości, choć dziś do nich raczej nie wracam. No, została mi jedna „szybka” medytacja z Dzogczen, jaką przedstawił mi znajomy – dobra metoda na szybkie wejście w uptime.

Generalnie do medytacji mam o tyle uraz, że większość grup medytacyjnych na jakie napotkałem była szalenie zadufana w sobie i patetyczna. Zero poczucia humoru i dystansu. To one skłoniły mnie do wprowadzenia motywu z „przyzywaniem ciasteczkowego potwora” w ramach magii rytualnej i prostej zasady „im mniej ktoś jest skłonny pośmiać się z tego co robi, tym bardziej trzymajmy się od niego na dystans.”


Cyberszamanizm – to była fajna zabawka. Takie poczucie, że dużo człowiek robi, przy małym wysiłku. Uruchamiało się program, wpatrywało w mandalę czy inne coś mające na celu odpowiednio pokierować umysłem, a następnie program miał to kontynuować za nas, bez naszego wysiłku. Proste, miało się przekonanie, że coś się robi i zmienia świat. Magia :D


Hermetyzm –  tej szkoły tylko liznąłem, zacząłem z nią kontakt akurat na wyjściu z ezoteryki. Hermetyzm był ewolucją magii rytualnej, dość ciekawą teoretycznie.


Sufizm – jeden nurt, który został ze mną na dłużej i mocno wpłynął na moje podejście do życia i świata. (Choć jak wyszło przy okazji pisania anty-guru, także mój ulubiony autor z sufizmu, Idries Shah, okazał się mieć jeden dość nieciekawy epizod w swoim życiu. Daleko mu do wyczynów anty-guru, ale była to wyraźna rysa na jego obrazie.) Do dziś mam na półce szereg książek Shaha i sufickich przypowieści i czasem do nich sięgam. Myślę, że to ten nurt też, paradoksalnie, zapoczątkował moje wyjście z ezoteryki. Za dużo było tam skupienia na weryfikacji jak wiemy to co nam się wydaje, że wiemy. Za dużo wskazówek, że „cuda” i „magia” tak naprawdę są czymś innym niż ludzie chcieliby, żeby były (to stamtąd wziąłem „wewnętrzną”/psychologiczną interpretację dużej ilości zabiegów magicznych).


Jak widzisz, nieco tego było. Pewne parę rzeczy zgubiłem też we wspomnieniach – to już ponad 10 lat. Mimo, że z tej działki wyszedłem i pewne rzeczy wspominam z zażenowaniem, to cenię tamte doświadczenia. Były niewątpliwie ciekawe i barwne, pewnych rzeczy o sobie się nauczyłem. Jednocześnie stawiałbym grubą kreską między „fajne doświadczenie pozwalające poznać lepiej siebie”, a „trafna wiedza pozwalająca lepiej zrozumieć świat”. Brak takiej kreski jest głównym powodem, dla którego mam dziś problem z większością ezoteryków.

Bo to jest fajna, ciekawa i fascynująca rzecz. Mogąca nam – zwłaszcza gdy mamy dobrych przewodników – pomóc lepiej zrozumieć samych siebie. Po prostu nie jest to coś, co pozwala nam lepiej zrozumieć świat wokół nas. Gdy zatracamy tą granicę, robi się problem.



Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem.


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis