Kilka wpisów temu wspominałem, że mam zamiar zacząć cykl o nieudanych projektach, w które w jakimś stopniu byłem zaangażowany, oraz lekcjach, jakie z tego wyciągnąłem. Na pierwszy rzut postanowiłem opisać projekt, z którym powiązany byłem tylko bardzo luźno, ale który był na tyle głośny, a jego upadek na tyle popisowy, że warto się nim zająć.

Tym projektem była Authalia. Nie słyszeliście o niej? Ja też wtedy nie, choć miała być to rzecz, która znajdzie się na ustach każdego, gdy w końcu wystartuje.

A, zanim ruszymy z opowieścią – w jej toku będę zaznaczał cyframi (1), (2), itp. kolejne sygnały problemów, do których będę się później odnosił przy podsumowaniu. Zaznaczam też, że opisuję swoje wrażenia i doświadczenia z tematem, być może zniekształcone w stosunku do pełnego obrazu sytuacji przez źródła, z którymi miałem kontakt.

Z Authalią było tak…

Lata temu zgłosił się do mnie znajomy i były klient zarazem, prosząc o zdjęcie jego opinii o coachingu z mojej strony, gdyż „pracuje teraz nad czymś dużym i znika całkowicie z internetu”. Oczywiście zgodziłem się i zapomniałem o sprawie, aż do chwili gdy po kilku miesiącach znajomy zgłosił się ponownie, mówiąc, że ma dla mnie pewną propozycję, ale zanim będziemy o tym mogli porozmawiać, muszę podpisać umowę o poufności, gdyż do momentu startu projektu, nikt nie może się o niczym dowiedzieć (1).

Po podpisaniu umowy i skrajnie przekombinowanym przesyłaniu hasła do systemu, moim oczom ukazała się Authalia, czyli system, który rzekomo miał służyć indywidualnej ochronie praw autorskich (nie pytajcie mnie jak, nawet wtedy nie było to zbyt jasne dla mnie, przyznam, młodszy i głupszy, uwierzyłem znajomemu na słowo – o tym, że był to błąd, nie muszę chyba pisać). Mój znajomy był bardzo podekscytowany całym projektem (2) i zaproponował mi w nim udział – miałem zająć się copywritingiem niektórych ich tekstów, tak by były lepsze dla odbiorcy. Wszystko w barterze (3), w zamian oferowali kredyt do wykorzystania w ich systemie, gdy już oczywiście ruszy. Ponieważ miałem wtedy dość wolny okres działalności i sporo czasu, zdecydowałem się na to, wychodząc z założenia, że w najgorszym wypadku będę miał po prostu kolejną opinię od firmy do wykorzystania na stronie.

Moja inwestycja w Authalie nie była więc zbyt duża – kilka godzin poświęconych na pracę z ich tekstami. Miałem jednak dzięki niej okazję z bliskiego, lecz bezpiecznego miejsca oglądać jedną z najbardziej spektakularnych porażek biznesowych,  z jakimi zdarzyło mi się zetknąć.

Authalia wyszła na rynek – liczyli z tego co mówił mój znajomy na duży szum, ale niewiele z tego wyszło… A przynajmniej niewiele pozytywnego szumu, bo dość szybko zrobił się negatywny, w postaci prawnika-blogera, który przeanalizował ofertę Authalii i stwierdził, że jest ona bezsensowna z punktu widzenia prawa, a jej produkt bezwartościowy. Authalia zareagowała na to w najgorszy możliwy sposób – poszli z blogerem na wojnę, grożąc sądem (4). Oj, zjeżyła się polska blogosfera, gromy posypały się na Authalię, robiąc jej bardzo kiepski PR, a tymczasem sam prawnik zgłosił swoje wątpliwości do Państwowej Wytwórnii Papierów Wartościowych, współpracą z którą promowała się Authalia.

Gdy wiec blogerzy Authalii – nie wiem niestety, czy wynajęci, czy po prostu nakręceni, w sumie do jednego się to sprowadza – próbowali przeciwdziałać PRowej katastrofie, dostali nagle obuchem z drugiej strony, gdyż PWPW zażądało od nich zaprzestania powoływania się na siebie w jakiejkolwiek postaci. Kilka dni później serwis Authalia wkroczył w stan przerwy technicznej, w której – co dość ciekawe, bo minęło już wiele lat i zastanawiam się kto płaci za domenę – siedzi do dzisiaj.

Jakiś czas później zetknąłem się z moim znajomym, który w międzyczasie odleciał bardziej w stronę swoich ezoterycznych zainteresowań, ostatni raz jak o nim słyszałem próbował robić warsztaty duchowościowe za cenę „co łaska” (5). Jako, że było to już lata temu, wydaje się, że „co łaska” nie wystarczyło. W każdym razie, korzystając z okazji, zapytałem go wtedy o Authalię. Co tam poszło nie tak, itp. Jak się okazało, wg. niego za wszystkim stał spisek koncernów fonograficznych, którym zagrażała Authalia, a wspomniany bloger był ich pionkiem (świadomym, czy nie, tego już niestety nie pamiętam). Ale prawnicy Authalii już nad tym pracowali i jeszcze zobaczymy… (6)

No cóż, dwa lata później, wciąż czekam i „paczę”, ale nie widzę…

Widzę natomiast wiele lekcji, które można było wyciągnąć z tamtej sytuacji. Oto kilka z nich:

Po pierwsze, o czym wspominałem na początku, ale chyba warto podkreślić, nie wierz na słowo. Jeśli czegoś nie rozumiesz, sprawdź to, skonsultuj z kimś niezależnym, kto rozumie, poducz się, ale nie wchodź w projekt, którego założeń nie potrafisz wyłapać. Oczywiście, te lekcje również zaliczają się do tej kategorii, więc nie wierz mi na słowo – to po prostu coś, co może skłonić do lepszego zbadania pewnych kwestii.

(1) Ekstremalna tajemniczość projektu powinna była sprawić, że w mojej głowie rozbrzmieją dzwonki alarmowe. Naprawdę niewiele jest projektów, przy których taki poziom tajemniczości jest wymagany. Z drugiej strony łatwo prowadzi on osoby zaangażowane w projekt do ślepej wiary w jego założenia, bez możliwości niezależnej konsultacji. W efekcie może powstać wręcz sekciarski układ wzajemnego wzmacniania się w błędnej idei. Wiem już, by na przyszłość mieć duuuży dystans do projektów z takimi wymogami.

Co istotne, nie chodzi tu o typową, umowną klauzulę poufności. Ta jest powszechna i zwykła. Ale jeśli nie można w ogóle mówić czego projekt dotyczy, weryfikować tego, trzeba się bawić w przesyłanie haseł rodem z „24 godzin”, to coś jest nie tak.

(2) Wiem, że wielu czytelników może się z tym nie zgodzić i mówię tu stricte o swoim doświadczeniu, a jak w wielu miejscach pisałem, doświadczenie jest bardzo kiepską podstawą do wyciągania wniosków. Jednocześnie muszę powiedzieć, że mimo bycia świadkiem wielu projektów, w które zaangazowane osoby były nimi bardzo, wręcz neoficko podekscytowane, nie potrafię sobie przypomnieć ani jednego takiego projektu, który odniósł sukces.

Pewien poziom ekscytacji jest oczywiście fajny i cenny. Ale gdy jest bardzo duży, cóż, to czas na dzwonki alarmowe.

(3)  Barter jako taki bywa ryzykowny, a barter w zamian za produkt, którego do końca nie rozumiałem i nie wiedziałem czy potrzebowałem – szkoda gadać. Moją główną planowaną korzyścią, atrakcyjną na tamtym etapie mojej kariery, była możliwość uzyskania kolejnej opinii od firmy na stronę, ale nawet ten projekt padł.

Barter bywa oczywiście przydatny i mam z niego kilka dużych korzyści, ale w moim doświadczeniu skłania też do umawiania się na produkty i rozwiazania, których się po prostu nie potrzebuje.

(4) Grożenie sądem blogerom to z definicji bardzo, bardzo głupie rozwiązanie, zwłaszcza u nas. W krajach, gdzie batalie sądowe są bardzo drogie nawet dla niewinnych (np. USA czy UK) może tu zadziałać efekt zastraszania, ale gdziekolwiek indziej nie ma na to szans, a lokalny internet natychmiast rzuci się do gardła stronie, którą postrzega jako atakującą wolność słowa.  Zdecydowanie lepiej dla PR jest takiego blogera po prostu zignorować, ew. spróbować załatwić sprawę z organizacjami stricte internetowymi.

(5) Idea oferowania usług za „co łaska” sprawdziła się dla niektórych firm czy zespołów na zachodzie, ale nawet wtedy wymagało to uprzedniego, wieloletniego istnienia na rynku i zgromadzenia odpowiedniej bazy fanów. Robienie tego na samym początku, dodatkowo w Polsce, gdzie mentalność jest jednak nieco inna (vide choćby różnice w popularnosci Kickstartera czy IndieGoGo, a Polakpotrafi), było tym bardziej problematyczne. Gdy zaś było to w zasadzie planowane jako główne źródło dochodów – a z tego co rozumiałem, znajomy tak właśnie celował… Cóż, są lepsze strategie ;)

(6) Ostatni, ale chyba najbardziej popularny błąd z wymienionych – niezdolność do wziecia odpowiedzialności za porażkę, ani nawet uznania porażki, trzymanie się złudzeń o racji za wszelką cenę. Czasem coś się po prostu kończy, coś się nie udaje i warto to zostawić.

Ok, tym razem projekt, z którym byłem bardzo luźno związany, ale kolejne w tym cyklu będą już takie, w których byłem intensywniej zaangażowany. Na pierwszy ogień idzie forum Sekrety Rozwoju i idea Ambasad Rozwoju.

Do usłyszenia :)


Tradycją jest już, że w okresie od Świąt do moich urodzin - 5-go stycznia - mamy na MindStore promocję. 

Tak jest i w tym roku. 30% na wszystko (niedługo będzie też okazja kupić kilka szkoleń otwartych zaplanowanych na 2019, tak stacjonarnych jak i webowych). Zapraszam!


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis