Dziś chciałem poruszyć temat mało przyjemny, ale ważny. Problem systemowy, wpisany głęboko w naszą kulturę i wymagający stopniowego, cierpliwego rozwiązania. A jednocześnie problem bardzo emocjonalny, traumatyczny i poniżający, co niewątpliwie utrudnia mówienie i pracę nad nim.




Tym problemem jest tzw. kultura gwałtu, czyli nieme społeczne przyzwolenie na przemoc seksualną wobec kobiet (oraz, choć w dużo mniejszym stopniu, mężczyzn).

Czym jest gwałt?

Gdy mówimy o kulturze gwałtu, warto sprecyzować jak rozumiemy gwałt, czy przemoc seksualną. Może się to na pierwszy rzut oka wydawać zbędne. Sprecyzować czym jest gwałt? Przecież wszyscy to wiedzą, chodzi o przymuszenie kogoś do seksu!

No więc, nie. A przynajmniej nie do końca.

Termin „przymusić” przywołuje od razu wyobrażenia brutalnego osiłka z nożem, atakującego ofiary w ciemnej alejce. Ignoruje tym samym szereg innych narzędzi przymusu, jakie mogą być wykorzystane. Wyklucza również z kategorii gwałtu ogromny zakres zachowań, w których nie ma bezpośredniego przymusu, ale nie ma również zgody (np. dlatego, że ofiara jest nieprzytomna).

To właśnie zgoda jest kluczową koncepcją dla kwestii gwałtu i przemocy seksualnej. Świadome zezwolenie na określone zachowania względem nas samych i naszego ciała. Jeśli taka zgoda występuje, nie można mówić o gwałcie czy przemocy seksualnej – nawet jeśli sam akt seksualny wykorzystuje przemoc (jak w przypadku sadomasochizmu). Jest to bowiem przemoc uzgodniona i zaakceptowana przez obydwie strony.

Esencją kultury gwałtu jest natomiast nawet nie tyle akceptacja dla braku zgody ze strony kobiet. Jej podstawą jest domyślne odebranie kobietom możliwości zgadzania się na cokolwiek.


Kobieta to przedmiot, nie podmiot

Kultura gwałtu jest wpisana w naszą mentalność bardzo, bardzo głęboko. Gdy mówię o „naszej mentalności” nie mam tu na myśli tylko kultury polski czy świata zachodniego – chodzi mi o kulturę większej części znanego świata.

Podstawowym mechanizmem tej kultury jest uprzedmiotowienie kobiet. Pewnie znasz to hasło, jednak jego potoczne rozumienie jest dość dalekie od tego, co faktycznie ma ono znaczyć.


Uprzedmiotowienie kobiet potocznie rozumiane jest jako „A, znowu marudzą, że wrzucają roznegliżowane modelki do reklamy… nie wiem o co im chodzi, no co z tym złego? Estetyczne to jest, co mają, dawać brzydkie i nieatrakcyjne? Wtedy będą zadowoleni? Idioci!”

Tymczasem w kwestii uprzedmiotowienia kobiet chodzi o coś zupełnie innego.

Chodzi o podział na dwie proste kategorie.

Podmiot i przedmiot.

Podmiot jest tym, kto podejmuje działania. Jest inicjatorem sytuacji. Od jego działań zależy dalszy przebieg danej sceny czy sytuacji.

Przedmiot jest tym, na co oddziałuje podmiot. Przedmiot nie podejmuje działań. Nie inicjuje sytuacji. Jest celem podmiotu. Jest narzędziem, które podmiot wykorzystuje. Jest tłem do jego aktywności. Wpływa na przebieg danej sceny czy sytuacji tylko w takim zakresie, w jakim zadecyduje o tym podmiot.




Gdy mowa u uprzedmiotowieniu kobiet, nie chodzi o goliznę, seksualizację czy inne kwestie. To wszystko ma znaczenie, ale jako objawy problemu, a nie jego podstawa.

Podstawą problemu jest sprowadzenie kobiet do roli przedmiotów. Odpodmiotowienie ich. Odebranie im prawa do decydowania o sobie.


Kobieta to nagroda

Uprzedmiotowienie kobiet bardzo wyraźnie widać w większości dzieł kulturowych. To mężczyzna jest zwykle bohaterem. Kobieta nie ma wpływu na przebieg akcji. Lub, dokładniej – jej decyzje nie mają takiego wpływu. Ona sama ma – ale jako cel do którego dąży mężczyzna lub jego nagroda za wysiłek. Odwrotny scenariusz – w którym kobieta jest bohaterką, a mężczyzna nagrodą – jest bardzo rzadki. Nawet jeśli się zdarza, mężczyzna niemal zawsze będzie bardziej upodmiotowiony, niż kobieta w tej samej roli.




Weźmy na warsztat takie Gwiezdne Wojny, razem z ich najnowszą (na chwilę pisania o tym) odsłoną. Dla wygody daruję sobie pisanie o prequelach (Epizody I-III), fabularnie ich struktura jest dość podobna.




Carrie Fisher jako Leia jest w zasadzie jedyną kobietą pojawiającą się w oryginalnej trylogii. Sama określiła nagrywanie Nowej Nadziei jako „Film porno, w którym mogłam się nie rozbierać. Czysto męska fantazja.”

Leia – choć formalnie księżniczka i ważna przywódczyni Rebelii – jest przez wszystkie filmy całkowicie uprzedmiotowiona. To ją muszą uratować Luke i Han (i to oni niszczą Gwiazdę Śmierci, Leia może tylko obserwować) w Nowej Nadzei. W Imperium Kontratakuje nie ma żadnej sprawczej roli (a sprawę pogarsza zachowanie Solo, które trudno określić inaczej niż molestowanie – do tego jeszcze wrócimy). W Powrocie Jedi Leia podejmuje próbę uratowania Hana, ale kończy w roli niewolnicy i ostatecznie to Luke ratuje wszystkich. Później to Han, Chewie, Luke i Lando ponownie odpowiadają za sukces. Nawet przyjaźń Lei z Ewokami ma mniejsze znaczenie niż pokaz mocy w wykonaniu Luke’a.

Co z epizodem VII? W końcu główną bohaterką jest kobieta, Rey? Cóż, to jak głęboko wierzyło w to samo studio najlepiej pokazuje fakt, że na początku nie sposób było kupić żadnej zabawki Rey (sytuacja podobna jak w wypadku Czarnej Wdowy w cyklu Avengers), a szefowie studia byli przekonani, że widzowie bardziej będą się identyfikowali z antagonistą, Kylo Renem. No tak – Rey jest bystra, zdolna, sprawcza, Kylo Ren jest irytującym emo, ale ma chromosom Y. Wybór jest oczywisty!

Nawet ta samodzielna Rey, nieporównywalnie bardziej upodmiotowiona niż Leia, zostaje w pewnym momencie porwana (co stawia jej w typowej roli „damy w opałach”) i kilkukrotnie potrzebuje męskiej pomocy. To decyzje i działania mężczyzn dają prawdziwe efekty! To Poe Dameron niszczy bazę złych. To Han Solo i Finn wyłączają tarczę bazy, pozwalając na atak. Choć to Rey jest główną bohaterką i jest – powtórzmy – nieporównywalnie bardziej upodmiotowiona niż Leia – i tak gra drugie skrzypce dla mężczyzn.


No dobrze, ale co jest takiego złego w tym całym uprzedmiotowieniu?

Jeśli kobieta nie jest podmiotem akcji, a jej celem i/lub nagrodą, to staje się rzeczą. Rzeczy nie decydują. Są obiektem decyzji.


Dlatego typową klisza fabularną jest dwóch facetów walczących o miłość dziewczyny. To, którego wybierze nie jest jednak efektem jej decyzji, tylko ich zmagania. Jeśli bohater się postara, to on wygra w tej rywalizacji i dostanie trofeum – kobietę. Jej opinia nie ma tu nic do rzeczy!

Już to byłoby niefajne, ale prowadzi to do kolejnej popularnej kliszy, której konsekwencje są dużo gorsze. Kliszę tę można by brutalnie opisać jako „Do serca przez gwałt”.


Obiecywałem jeszcze, że wrócimy do Hana Solo. Przez praktycznie cały epizod IV i V Gwiezdnych Wojen Leia jasno daje mu znać, że go nie lubi. Nawet bardzo. Aż dochodzi do sytuacji, gdy są razem na statku na asteroidzie. Tylko oni. Bez żadnej możliwości ucieczki. I mamy scenę w której Leia wyraźnie czuje się niekomfortowo w tej sytuacji, na co Solo naciska, fizycznie ogranicza jej możliwość ucieczki (tak jakby i tak nie ograniczała jej sytuacja) i zmusza do pocałunku. Abrakadabra, Leia teraz go kocha. A w ogóle to tak naprawdę już wcześniej kochała, tylko się teraz do tego przyznała.


Pomyśl o tym chwilę. Jaki przekaz ma ta scena? Jeśli kobieta Cię nienawidzi, odrobina przemocy seksualnej sprawi, że Cię pokocha! Nie przejmuj się tym, że się opiera, to tylko udawany opór, zaraz jej się spodoba!


Nie myślałeś o tym wcześniej w ten sposób, prawda? Ja też nie, a oglądałem Gwiezdne Wojny dziesiątki razy i połowę jestem w stanie cytować z pamięci! Przekaz ten przemyka nam pod nosem dlatego, że z perspektywy dynamiki fabularnej taka sytuacja ma głęboki narracyjny sens.


Dramatyzm fabularny bierze się z tego, że bohater chce czegoś, nie może tego zdobyć, pokonuje przeszkody i to zdobywa. (Względnie nie chce czegoś, musi to mieć, pokonuje przeszkody i się tego pozbywa.)


Han Solo jest bohaterem.

Chce czegoś – Lei. Pal licho, że Leia to osoba o własnych pragnieniach. Fabularnie jest przedmiotem, nie podmiotem. Jej pragnienia są jedynie przeszkodą dla bohatera.

Leia nie chce Hana. To przeszkoda fabularna dla Hana.

Han pokonuje opór Lei, jej protesty tylko podkreślają słuszność jego decyzji (to naturalne, że bohater napotyka tym intensywniejsze przeszkody, im bardziej zbliża się do celu!)

W nagrodę za wysiłek bohatera, zdobywa on nagrodę – miłość Lei.


Fabularnie taki przekaz jest cholernie naturalny. To klasyczna konstrukcja, przełykamy ją bez popitki.


Jeśli jednak bohaterami naszych fabuł są niemal wyłącznie mężczyźni… A kobiety są niemal wyłącznie przedmiotami i nagrodami dla mężczyzn… To film po filmie, książka po książce i gra po grze, dyskretnie uczymy obydwie płcie, że przemoc seksualna wobec kobiet jest ok. Że to nie problem, jak kobieta mówi nie. To tylko taka gra, udawanie. Jeśli ją odpowiednio przymusisz, w końcu cię pokocha! Może będziesz ja musiał nawet zgwałcić, ale wiesz, ona tylko tak udaje, to tak naprawdę nie gwałt wcale. Spodoba jej się!


Mam nadzieję, że mdli Cię, gdy to czytasz, bo mnie potwornie chce się rzygać, gdy to piszę. I ponownie, gdy pomyślę jak powszechny jest ten przekaz w naszej kulturze. Krew, James -Macho- Bond, zarówno w starym jak i nowym ujęciu, powinien być w encyklopedii pod hasłem gwałciciel! Tymczasem zrobiliśmy z niego bohatera! I to mimo że w przynajmniej dwóch sytuacjach nie ma najmniejszych wątpliwości – to co robi to czysty, bezwstydny gwałt (Pussy Galore w Goldfinger i Vesper Lynd w Casino Royale). Gwałt, po którym zgwałcone kobiety nagle zakochują się w nim na zabój. Że też nie mamy nigdy w filmach takiego syndromu sztokholmskiego w kontekście więziennych gwałtów pod prysznicem…


Tzn. to oczywiste, czemu nie mamy. Bo ofiarą jest wtedy bohater, podmiot. A podmiot ma swoje opinie i nastroje. On będzie po gwałcie cierpiał i się mścił. To nie przedmiot!


To właśnie takie uprzedmiotowienie kobiet sprawia, że zła staje się ich nadmierna seksualizacja w reklamie, itp. Gdybyśmy nie mieli w tle ogromnie silnego przekazu p.t. „kobieta to mniej-lub-bardziej atrakcyjna rzecz, a nie osoba”, to podkreślanie tej atrakcyjności nie byłoby żadnym problemem. Tymczasem to uprzedmiotowienie sprawia, że każdy taki obraz podkreślający seksualność kobiet i korzystający z niej, jednocześnie podkreśla narzuconą kobietom rolę rzeczy, ozdoby, błyskotki i obiektu pożądania. Obiektu, nie osoby. Jeśli dojdziemy kiedyś do momentu, gdy kultura gwałtu i uprzedmiotowienie kobiet zniknie, nikt nie będzie też miał problemu z używaniem seksu w reklamie. Tyle, że seks w reklamie nie będzie już wtedy sprzedawał, a przynajmniej nie w taki sposób jak obecnie.


Konsekwencje uprzedmiotowienia

Jeśli traktujemy kobietę jako przedmiot, to ma to poważne konsekwencje. Przestajemy myśleć o niej jako o osobie, zaczynamy myśleć jako o rzeczy do wykorzystania. Albo o celu do zdobycia, po pokonaniu określonych przeszkód. To nie jest tak, że my się możemy kobiecie podobać, lub nie. Że ma ona prawo wyboru. Nie, ona jest kontrolowana przez uwarunkowania społeczne, które musimy sprytnie obejść by ją zdobyć!

Takie podejście do kobiet w najlepszym wypadku prowadzi do mocno niezdrowych zachowań. Może też skłaniać do zachowań manipulatywnych, nieuczciwych czy przemocowych.

Jest to jeden z powodów, dla których mam dość mieszane uczucia co do środowiska trenerów uwodzenia. Z jednej strony znam naprawdę przyzwoitych ludzi z tego środowiska i dostrzegam realne problemy na jakie pomagają. Uprzedmiotowienie kobiet ma też negatywne konsekwencje dla mężczyzn, o czym napiszę za chwilę. Z drugiej… zdecydowanie zbyt często to środowisko jako całość zmierza w stronę manipulacji lub wręcz akceptowania przemocy seksualnej. (Wystarczy przypomnieć niesławną sytuację z jednym z międzynarodowych trenerów uwodzenia molestującym Japonki.)


Kobiety postawione w takiej sytuacji, przyzwyczajone do tego, że bywają traktowane jak rzeczy, a ich wola jest ignorowana… Jakby to delikatnie ująć: nie czują się najbezpieczniej.

Lub, mówiąc wprost, czują się po prostu zagrożone. To utrudnia budowanie relacji. Utrudnia pracę wśród mężczyzn czy budowanie z nimi znajomości. Utrudnia nawet cieszenie się przygodnym seksem, także u kobiet, które nie mają pod tym względem innych – moralnych czy społecznych – zahamowań. Bo zawsze jest ryzyko, że jak akurat taka kobieta nie będzie miała na coś ochoty, to facet tego nie zrozumie. Bo to on decyduje, nie ona. Ona nie jest w stanie decydować – a przynajmniej tak mówi kultura gwałtu.


Paradoksalnie kultura gwałtu i podejście pt. „kobieta nie ma prawa decydować, czy się jej podobam, czy nie”… zmniejsza szanse facetów na to, żeby faktycznie pójść z kobietą do łóżka! Sprawia bowiem, że kobieta musi porównać oczekiwaną przyjemność z seksu, z potencjalnym ryzykiem, że facet nie zrozumie „nie” i zastosuje przemoc. Porównanie to kiepsko wypada dla facetów. Mamy ciekawe badania, w których do biseksualnych kobiet podchodził atrakcyjny facet lub atrakcyjna kobieta i proponowali bez większych ceregieli pójście do łóżka. Szanse kobiety na sukces były w tej sytuacji nieporównywalnie większe, niż faceta. Być może kobiety oczekiwały, że inne kobiety będą po prostu lepsze w łóżku. Ale z dużym prawdopodobieństwem (na co wskazuje wiele innych badań) kluczowym czynnikiem było tu poczucie bezpieczeństwa. Gdyby kobiety nie czuły się zagrożone, chętniej zgadzałyby się na przygodny seks.


Uprzedmiotowienie kobiet ma jednak jeszcze jeden negatywny efekt na facetów. I tutaj faktycznie widzę przestrzeń dla kursów uwodzenia, itp. tylko mądrze podanych.

Jeśli bowiem kobieta jest przedmiotem, celem, który muszę zdobyć, to mówi to też dużo o mężczyznach. Dokładniej, mówi: „jeśli nie jesteś odpowiednim mężczyzną, nie licz na zbudowanie relacji z kobietą” oraz „jeśli nie masz relacji z kobietami, to znaczy, że nie jesteś wartościowym mężczyzną.” Zmienia naturalną, swobodną relację z drugim człowiekiem w konkurs o niejasnych kryteriach, które należy spełnić. I to mocno uderza w wielu facetów. W ich tożsamość i poczucie pewności siebie. W ich szanse na normalną, ludzką i zdrową socjalizację z połową ludzkości.

Dla jasności – to wciąż dużo lepszy układ, niż konsekwencje uprzedmiotowienia dla kobiet! Lepiej czuć się niepewnie i nie uprawiać seksu, niż ryzykować przemoc i gwałt!

Ale nawet jeśli faceci myśleliby czysto egoistycznie, powinni zrozumieć, że w ich bezpośrednim interesie jest zmiana tej kultury!


Kultura gwałtu na codzień

Niestety, kultura gwałtu ma więcej codziennych przejawów, niż tylko uprzedmiotowienie kobiet widoczne w naszej kulturze popularnej i wysokiej, naszych mediach, grach, filmach i książkach.

To również akceptacja dla żartów na temat gwałtu, czy tekstów typu „Mogę cię zgwałcić i zabrać ci długopis?”, które rzekomo miałyby być zabawne.

To tolerancja dla codziennego molestowania, „niewinnego” klapsa czy komentarzy na temat wyglądu z silnym podtekstem seksualnym.

To podejście typu „prostytutki nie da się zgwałcić”. Oczywiście, że się da. Wystarczy, że nie wyrazi na coś zgody, a ktoś to wymusi!

To trywializowanie seksu z osobami, które nie miały możliwości odmówić, bo były np. zbyt pijane.

To trywializowanie gwałtu i stosowanie wobec kobiet „argumentów” typu „niewyruchana” czy „jej nikt nawet zgwałcić by nie chciał”.

To „zawsze się trochę gwałci”, czy „najpierw nie chcą, ale potem im się podoba”.

To absolutnie chora tradycja wybielania gwałcicieli, wskazywania na to, jak surowa kara więzienia będzie miała negatywny wpływ na ich przyszłość. A przecież ta tak dobrze się zapowiadali w życiu! Czy chcemy ten potencjał przekreślić? O potencjał ofiar jakoś nikt nie pyta…

To milion drobnych rzeczy, które są tak potwornie naturalne i codzienne, że szalenie łatwo jest nad nimi przejść do porządku dziennego. Bo to jest NASZA kultura. Moja. Twoja. Nas wszystkich. Dorastaliśmy w niej i nie jesteśmy skłonni do jej analizowania czy weryfikacji. Nie widzimy jej, jest dla nas jak woda dla ryby. Sam wiem, że w wielu kwestiach jestem tu winny i mam wiele pracy przed sobą…


Co możesz zrobić?

Jeśli artykuł ten przekonał Cię, że kultura gwałtu jest problemem i zastanawiasz się co z tym da się zrobić, to jest kilka takich rzeczy.

Po pierwsze – przyjrzyj się sobie. Zweryfikuj swoje poglądy w tym obszarze, ale też wracaj do nich i sprawdzaj je regularnie. Tu jest wiele elementów, które łatwo da się przeoczyć.

Po drugie – wspieraj kulturę, która przywraca kobietom podmiotowość. Joss Whedon, jeden z moich idoli, zapytany kiedyś czemu tworzy tak wiele silnych postaci kobiecych, odpowiedział „bo wciąż zadajecie to pytanie”. Innymi słowy – jak przestaniecie zadawać to pytanie, jak silna postać kobieca będzie czymś tak oczywistym jak silna postać męska, wtedy Whedon zacznie tworzyć mniej silnych postaci kobiecych, a więcej silnych postaci męskich. I o to chodzi. O równowagę w tym, co domyślne. Jest wiele takich dzieł kultury. Widać, że twórcy też się coraz bardziej starają w tym zakresie. Doceńmy ich wysiłek, także swoim portfelem.

Po trzecie – zrezygnuj z żartów n.t. gwałtu, itp. Serio, nie są zabawne. A przy tej częstotliwości przemocy seksualnej, masz potwornie dużą szansę, że następnym razem gdy powiesz taki żart, wśród słuchaczy będzie ktoś, kto przeżył gwałt lub jego próbę.

Po czwarte, zapewne najtrudniejsze – reaguj. Ogromna część kultury gwałtu trwa dlatego, że nawet jeśli nam przeszkadza, to jej przejawy są zwykle małe. Na tyle małe, że reagowanie na każdy pojedynczy z tych przejawów wydaje się nadmierną reakcją. Nie pasującą do przewinienia. Gość niewinnie klepnął sekretarkę w tyłek, a ty już chcesz aferę robić? Weź wyluzuj, dystansu nie masz? Trochę poczucia humoru! Koszta takiej interwencji wydają się zawsze za duże jak na samo wydarzenie.

Tylko jeśli zareagujesz na jedno zdarzenie, to następnego może już nie być. Jeśli nie zareagujesz, to drugie, trzecie i dziesiąte będą same w sobie równie małe – ale dla ofiar ich suma będzie coraz cięższa do zniesienia. A jednocześnie Tobie za każdym razem będzie coraz ciężej w końcu zareagować. W końcu skoro pięć razy tolerowałeś coś, to głupio będzie wybuchnąć za szóstym… Jakbyś faktycznie był taki moralny czy tak się przejmował, to byś wcześniej nie milczał.

To błędne koło. Jedynym wyjściem z niego jest okazanie odwagi tu i teraz. Za pierwszym czy za pięćdziesiątym razem, bez znaczenia – po prostu protestując, gdy widzisz przejawy takich zachowań.


Zrobiliśmy potworną krzywdę połowie ludzkości (i mniejszą, ale też realną, drugiej połowie). Podtrzymujemy tą krzywdę, w dużej mierze siłą bezwładności.

Czas z tym skończyć. Czas zerwać z kulturą gwałtu.



Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem.


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis