Jakieś półtora roku temu przyglądaliśmy się tu na blogu ciężkiej, ale istotnej tematyce, jaką jest kultura gwałtu – nieme społeczne przyzwolenie na przemoc seksualną wobec kobiet (oraz, w mniejszym stopniu, mężczyzn).

Przez tych kilkanaście miesięcy sporo się zmieniło na świecie. Ogromna popularność akcji #metoo sprawiła, że problem kultury gwałtu trafił do publicznej świadomości. Jest szansa, że tym razem na tyle mocno, żeby faktycznie doprowadzić do jakichś zmian. Pomyślałem, że warto wrócić do tematu, przyjrzeć się samej akcji, jak również niektórym jej rozwinięciom.

Zanim zaczniemy – jeśli nie znasz oryginalnego artykułu o kulturze gwałtu warto zacząć od niego.

#MeToo

Choć akcja ta była przez kilka miesięcy bardzo głośna, być może niektórzy spośród Was się z nią nie spotkali, więc kilka słów tytułem wprowadzenia. Sam hashtag #MeToo używany w tym celu jest zresztą co najmniej od 2006, kiedy został w tym celu użyty przez Taranę Burke, aktywistkę społeczną. Wsparła ona w ten sposób nieletnią ofiarę molestowania, dając jej znać, że nie jest sama. Prawdziwą karierę zrobił jednak lata później.

W październiku 2017, po ujawnieniu zarzutów systematycznego, wyrachowanego molestowania seksualnego dokonywanego przez reżysera Harveya Weinsteina, aktorka Alyssa Milano napisała tweeta, który przeszedł już do historii. „Gdyby tylko wszystkie kobiety, które były molestowane seksualnie i napastowane napisałyby status „Ja Też” (ang Me Too), moglibyśmy dać ludziom poczucie skali całego problemu.”


Trudno powiedzieć co było przyczyną tak wirusowego rozprzestrzeniania się tego przekazu. Być może to zwykły przypadek. Może kwestia pewnego przesycenia – amerykanki wciąż jeszcze pamiętały nagranie z kampanii prezydenckiej Trumpa, w której chwalił się, że będąc celebrytą może kobiety „łapać za cipkę” a one nic nie powiedzą. Może po prostu, jak wiele ruchów społecznych, pewne problemy przez lata dojrzewały, aż osiągnęły masę krytyczną? Może w końcu złość okazała się silniejsza niż wstyd?

Jakakolwiek przyczyna, Milano swój tweet wrzuciła w południe. Do końca dnia fraza „MeToo” została użyta ponad 200 tysięcy razy. Następnego dnia osiągnęła pół miliona. Na facebooku niemal pięć milionów ludzi użyło tego hashtagu w 12 milionach postów w ciągu pierwszych 24 godzin. Wg. platformy niemal połowa użytkowników w USA miała wśród przyjaciół kogoś, kto wrzucił post „MeToo”. Wiele osób opisywało również swoje doświadczenia, zyskując w końcu poczucie, że nie są same z problemem i śmiałość, by otwarcie o nim pisać.


Skala reakcji była porażająca. Ilość osób, które przyznawały się do bycia ofiarami molestowania obnażyła ogromny problem społeczny i ogromne tabu zarazem. Oczywiście, nie obyło się bez krytyki i zarzutów. Osoby piszące „MeToo” oskarżano o chęć poklasku, „załapania się do modnej akcji”, konfabulacje czy nadwrażliwość. Zarzuty te były zwykle strasznie chaotyczne i ignorujące fakt, że przyznanie się publiczne narażało raczej na ryzyko pewnego ostracyzmu, zwłaszcza od bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Widać było, że skala akcji uderzyła bezpośrednio w utarte przekonania n.t. gwałtu i molestowania. W przekonanie o tym, że są to zjawiska „rzadkie”, dokonywane przez „wyrzutków społecznych” i których ofiarami padają głównie „źle prowadzące się kobiety”.

Nagle przyjaciółki, żony, siostry i matki wielu osób opisywały coś, co wydarzyło się im. Co zrobił im wujek, ojciec, szef czy kolega z pracy, a nie „dziki imigrant” czy „typ spod ciemnej gwiazdy w równie ciemnej alejce”. I tych matek, sióstr, przyjaciółek i żon było bardzo, bardzo, bardzo dużo.


Trudno dziś ocenić długoterminowe skutki #MeToo. Jestem jednak umiarkowanie optymistyczny. Jasne, ta akcja nie zakończy problemu molestowania. Może jednak dać kilka istotnych korzyści.

Po pierwsze – uświadamia ofiarom, po raz pierwszy na taką skalę, że nie są same. Że to nie pojedynczy przypadek patologii, ale powszechne zagrożenie. Ułatwia to pokonanie wstydu i bezsilności, jakie często towarzyszą ofiarom molestowania i podjęcie aktywnej walki o swoje prawa.

Po drugie – uświadamia ofiarom, że nie są same- więc mogą działać razem. Mogą liczyć na wsparcie i zrozumienie innych osób, które przeżyły coś podobnego. Mogą w ogóle liczyć na wsparcie i zrozumienie – zamiast popularnego w kulturze gwałtu oskarżania ofiary. To OGROMNA korzyść psychologiczna, której po prostu nie sposób przecenić.

Po trzecie – wymusiło, przynajmniej na razie, pewne działania systemowe w różnych organizacjach, oraz doprowadziło do ujawnienia szeregu molestujących. Dotychczas takie osoby żyły powszechnie w poczuciu skrajnej bezkarności. To się powoli zaczyna zmieniać.

Po czwarte – uświadomiło przynajmniej część społeczeństwa o ogromnej skali problemu. Skali o której aktywiści i eksperci trąbili od dziesięcioleci – ale nikt ich nie chciał słuchać! Czemu się dziwić? Świat o takiej skali przemocy wobec kobiet był czymś przerażającym. Łatwiej było całą sprawę zamieść pod dywan, udawać, że to nie istnieje, a jeśli już, to rzadko, gdzie indziej, a ofiary pewnie same sobie na to zasłużyły. Po #MeToo będzie potwornie trudno wrócić do tamtego obrazu świata.

Po piąte – otworzyło przestrzeń na dyskusję n.t. innych systemowych, głęboko utrwalonych przejawów przemocy wobec kobiet, oraz możliwych sposobów przeciwdziałania im.

Droga jest jeszcze bardzo daleka, ale widać pierwsze postępy.


Porozmawiajmy o seksie i akceptacji bólu

Ten tekst, „cena męskiej przyjemności” to jeden z najmocniejszych artykułów, jakie czytałem w ciągu ostatniego roku. Choć nie jest bezpośrednim rozwinięciem #MeToo, jest niewątpliwie pochodną szerszej debaty, jaka pojawiła się w sferze publicznej w wyniku tej akcji.

Dla nie czytających po angielsku, krótkie podsumowanie. Punktem wyjścia jest tekst opublikowany przez portal Babe.net i społeczna reakcja na niego. Artykuł był opisem nieprzyjemnego (choć nie przekraczającego granic nielegalności) doświadczenia pewnej kobiety na randce z komikiem Azizem Ansarim. Materiał ten wywołał publiczną debatę n.t. tego, jakie powinny być granice ruchu „MeToo” i czemu – skoro autorka nie była w żaden sposób w pozycji słabszej od Ansariego i czuła się niekomfortowo, po prostu nie wyszła z jego mieszkania?

Odpowiedź, którą proponuje „Cena męskiej przyjemności” jest następująca: kobiety są kulturowo uczone czuć się niekomfortowo i ignorować ten dyskomfort.


Poczynając od małych, codziennych rzeczy (np. chodzenie na obcasach), aż po dużo poważniejsze kwestie, kobiety są w naszej kulturze uczone, że powinny akceptować pewien poziom cierpienia dla mężczyzn. 30% kobiet odczuwa ból podczas seksu waginalnego, 72% podczas analnego. (źródło). Duża część z nich nie mówi o tym swoim partnerom. (W wypadku mężczyzn te wskaźniki to odpowiednio 5% i 15%.) Autorka „Ceny męskiej przyjemności” sugeruje, że ta podstawowa różnica już wpływa na to, jak mężczyźni i kobiety myślą o dobrym i złym seksie.

Kiedy mężczyźni mówią o tym, że seks był zły, zwykle chodzi im o to, że był nudny, partnerka pasywna albo  stosunek nie doprowadził do orgazmu.

Kiedy kobiety mówią o tym, że seks był zły, zwykle chodzi im o poczucie przymusu, złe samopoczucie emocjonalne, albo wręcz fizyczny ból.


Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie te dane były niczym obuch w twarz. Jasne, łatwo się mówi o tym, że różni ludzie mogą rozumieć coś innego pod tym samym terminem. Sam tego regularnie uczę na szkoleniach. Ale zderzenie się z tak dużą różnicą przy – wydawało się – tak podstawowym i pierwotnym obszarze jak seks… To było strasznie mocne. Zgadzam się też z autorką „Ceny…”, że może to wyjaśniać lekkie, trywializujące podejście części mężczyzn do akcji „MeToo”. Gdy słyszą o nieprzyjemnościach, jakie spotkały kobiety, wyobrażają sobie sytuacje nieporównywalnie lżejsze, niż te, które spotkały ofiary.


To DUŻA dyskusja. Poruszająca, przynajmniej dla mnie. Bardzo. Ale dyskusja, którą musimy odbyć, jako społeczeństwo. Bo to cholernie niesprawiedliwe. Niesprawiedliwe, że od jednej ze stron oczekuje się nieporównywalnie większego cierpienia niż od drugiej. Potwornie niesprawiedliwe, że tą stronę od samego początku uczy się, że „tak trzeba” i żeby nawet nie oczekiwała czegoś innego. I po prostu straszne, że jako społeczeństwo tak bardzo przywykliśmy, że nawet o tym nie myślimy.

Mocny artykuł, warty przeczytania. Mam nadzieje, że jeden z wielu, które w temacie wyjdą.


Tak znaczy tak

„Nie znaczy nie” („No means no”) to popularne hasło ruchów przeciwko przemocy seksualnej. Sugerujące zrozumienie, że gdy ktoś mówi nie na propozycje seksu, to nie ma dyskusji – należy odstąpić. Ze względu na kulturę gwałtu szczególnym punktem skupienia akcji są tutaj oczywiście mężczyźni i nauczenie ich, że kobiety mają prawo odrzucić ich awanse.

Coraz częściej jednak, m.in. na fali „MeToo” pojawiają się nawoływania, aby iść o krok dalej. By nie uczyć ludzi tylko tego, że „nie znaczy nie”. (Czyli, że mają zawsze prawo odmówić, oraz zawsze powinni taką odmowę uszanować.) To wciąż może być za mało w wielu sytuacjach.

Dlatego stopniowo rozkwita akcja „Yes means yes” („Tak znaczy tak”). Akcja afirmatywnej zgody. W ramach tego podejścia, cisza czy brak oporu nie powinny być domyślnie brane za dowód na zgodę drugiej strony na seks. Dopiero jasno wyrażona – słowami lub działaniem – zgoda – umożliwia dalsze działanie.


Zdaje sobie sprawę, że dla części osób akcja ta będzie ciężka do przełknięcia. Zderza się czołowo z kulturą macho-zdobywcy. Tego, który nie prosi, nie pyta, tylko bierze co jego.

Zdaję sobie też sprawę z tego, że niektóre osoby zostały socjalizowane by czuć się dobrze w roli „obiektu zdobywanego” i takiego zachowania oczekiwać.

Jednocześnie jednak ogrom ludzkiej krzywdy – m.in. wyrażonej w „MeToo” – wynikający z domyślnego uznawania braku oporu za zgodę mówi mi „trudno”. Rozważając wprowadzenie rozwiązania, które nieco obniża komfort życia niektórych (lubiących zdobywać i być zdobywanym bez wyraźnego dawania zgody), ale ratuje wielu przed poważnym cierpieniem, naprawdę nie ma co się głowić.


Na ten moment coraz więcej uczelni zaczyna aktywnie promować akcje afirmatywnej zgody i wymagać przestrzegania jej reguł od swoich studentów. Myślę, że to pierwszy krok ku stopniowemu spopularyzowaniu takiego podejścia i stopniowej zmiany społecznej w ogóle. Kultura macho i tak jest od dziesięcioleci w odwrocie – choć niestety mężczyznom trudniej to zaakceptować i często są wciąż socjalizowani w jej ramach. (Co generuje dodatkowe tarcia w kontaktach z kobietami, masowo socjalizowanych już w ramach kultury równościowej.)


Podsumowując:

#MeToo przeszło przez świat jak burza. Ale prawda jest taka, że napięcie, które do tej burzy doprowadziło, rosło już od dawna. Pozostaje mieć nadzieję, że zebrało się na tyle duże, by przynieść pewne zmiany na trwałe.

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis