Krótka historia kopanej kostki…

…czyli wpis o przemocy fizycznej, opresji ze strony wykładowców i w ogóle wrednym hardkorze ;)

Jest taka historia. Przywołuję ją ilekroć zdarza mi się rozmawiać z kimś, kto (niekoniecznie świadomie) prezentuje filozofię relatywistyczną. Założenie, że „każdy ma swoją prawdę”, „nie ma prawdy obiektywnej”, „wszystko zależy od opinii”.

Moim pierwszym krokiem w takiej sytuacji jest propozycja, aby taka osoba notarialnie przepisała na mnie cały swój majątek. Jeśli nie ma jednej prawdy i wszystko zależy od opinii, to nie powinno to mieć znaczenia. W końcu może zaraz zmienić swoją opinię, uznać, że majątek jest jednak jej i niczego to nie zmieni, (nomen omen) prawda?

Z jakiegoś powodu takie osoby nie chcą się jednak na to zgodzić. Praktyczna weryfikacja prawdziwości głoszonych przez nie poglądów okazuje się jednak nie być w ich guście.


Żeby nie było -rozumiem ich. Sam kiedyś takie poglądy miałem. Gdy zaczynałem jako młody, gniewny NLPer, też miałem wkrętę p.t. „świat to matriks, wszystko jest umowne, nic nie jest rzeczywiste, itp.” To bardzo atrakcyjna wkręta. Zwłaszcza w pewnym wieku, gdy uczymy się, że pewne reguły, które uznawaliśmy całe życie, są całkowicie umowne. Bardzo łatwo wyjść od tego do „wszystko jest umowne, nic nie jest prawdziwe (wszystko jest dozwolone – PDK ;) )”.

Aż pewnego dnia miałem okazję wygłosić taki pogląd w obecności jednego z moich ówczesnych wykładowców, magistra F. Facet był magistrem filozofii i doktorantem u nas na psychologii. Był jednym z gości, od których najwięcej nauczyłem się na studiach, choć tak naprawdę każde jego zajęcia były o tym samym – nauce myślenia. To od niego nauczyłem się ogromnej części moich umiejętności dyskusji – do dziś pamiętam satysfakcję, gdy po ponad dwóch latach pierwszy raz udało mi się z nim zremisować w debacie na zajęciach ;)

Gdy wygłosiłem wtedy mój pogląd, była już chyba przerwa po zajęciach. Jak to często bywało, długo gadaliśmy z wykładowcami po zakończeniu.

Rzuciłem wtedy to NLPowskie „Mapa nie jest terytorium” wraz z moim ówczesnym, ułomnym rozumieniem pt. „więc nie ma terytorium, wszystko jest uznaniowe”.

Magister F. zapytał więc czemu się myję albo czemu chodzę w ubraniu. Rzuciłem jakąś płytką wymówkę typu „dla własnej przyjemności”, brnąc w zaparte.

Magister F. kopnął mnie w kostkę.

Nie za mocno, ale dostatecznie, żebym to poczuł.

Na mój protest zasugerował, żebym uznał, że wcale mnie nie kopnął.

Po czym kopnął mnie ponownie. I ponownie.


Dość szybko moja noga zaczęła protestować, choć, trzymając się swojego poglądu, nie za bardzo mogłem jak zaprotestować.

Oczywiście, mogłem po prostu uciec od sytuacji, zarzucając F. nieprofesjonalne zachowanie czy inny taki odlot. Ale obydwaj znaliśmy tę grę, obydwaj byśmy przez nią przejrzeli i zobaczyli, że to po prostu wymówka bym nie musiał zmieniać zdania skonfrontowany z czymś, co je podważa.

Moja kostka bolała coraz bardziej…


W końcu, po kilkunastu kopnięciach (a przynajmniej dziś tak to pamiętam), uległem i przyznałem F. rację. Wymuszoną podstępną przemocą, jasne. Ale w tamtej sytuacji przyznaję bez bicia (no, dodatkowego bicia), przemocą będącą najlepszym argumentem. Bo przebijajacym się bezpośrednio przez warstwę mojego bullshitu, przez racjonalizacje i wymówki jakie mogłem mieć do prostego faktu, jakim jest istnienie pewnej niezaprzeczalnej rzeczywistości. Jak to ujął Philip K. Dick „Rzeczywistość jest tym, co trwa dalej nawet wtedy, gdy przestajesz w to wierzyć.”


Przez te wszystkie lata regularnie spotykałem się w środowisku rozwojowym z osobami, które – podobnie jak ja kiedyś – rzucały hasła o relatywizmie. Nie zdarzyło mi się (chyba) nikogo kopnąć w kostkę. Ani nawet zdzielić na odlew krzesłem. (Wszelkie plotki o tym, że kilka osób zasztyletowałem są oczywiście całkowicie fałszywe. Używałem garoty.) Ale wielokrotnie zdarzało mi się ten temat poruszać w dyskusji, proponować przepisanie majątku, a gdy to nie zadziałało, opowiadać historię o magistrze F.

Niektórym to pomogło. Niektórzy brną dalej w swoje, uciekając przed sprawdzeniem swoich przekonań. Przynajmniej próbowałem. A teraz będę mógł po prostu podrzucić link do tego wpisu.


A magister F? Wciąż gdzieś tam grasuje, kopiąc niewinnych ludzi – dla ich faktycznego dobra ;)



Lean Actions  - chcesz zoptymalizować swoje działanie, tak by łatwiej, szybciej i pełniej realizować swoje zamierzenia? Ten kurs zapewni Ci narzędzia do realizacji tego celu. Trzy intensywne dni poświęcone wprowadzeniu podejścia Lean Mind do Twoich codziennych działań. Już w październiku w Warszawie! Kurs dostępny jest samodzielnie, lub jako fragment szerszego cyklu Lean Mind Experience


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis